IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 You can't burn fire

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 11:54 pm


Miejsce urodzenia: White Oak
Data urodzenia: 01.01
Wiek: 26
Zawód: była już każdym
Orientacja: hetero
Stan cywilny: zależy, kto pyta
Wyznanie: wierzy w siebie



Lubię być tu i tam, lubię znikać i się pojawiać. Lubię być na językach i lubię, gdy w patrzących na mnie oczach pojawia się błysk. Lubię szybko biegać, szybko się przemieszczać, uciekać, gdy mnie potrzebują i pojawiać się, gdy mnie nie chcą. Lubię tłumy, głośne i ciasne, lubię szukać ciekawych słów w morzu rozmów, wyławiać ciekawe twarze w morzu głów, lubię, gdy samochody trąbią, hamują z piskiem lub po prostu stoją w zwartym rządku. Lubię, gdy się dzieje, ale najlepiej tylko patrzeć i schować się za całym zamieszaniem. Lubię długie rozmowy o życiu w cztery oczy pod gołym niebem, chłodne noce i ciepłe poranki, niespodzianki i wielkie gesty. Lubię wszystko robić z rozmachem, nie tuptać bez celu w miejscu i nie mazgaić się, tylko działać, najlepiej bez zastanowienia. Lubię ludzi, którzy uważnie słuchają moich kłamstw i głęboko w nie wierzą, lubię tworzyć wokół siebie aurę tajemnicy, lubię wszystko, co skomplikowane, nie do rozwiązania, tragicznie nieokreślone i zagadkowe.



To ja, zaginiona dziewczyna. W miejscu, z którego pochodzę, być może stałam się już legendą. Może jestem też legendą w kilku miejscach, które odwiedziłam po drodze?

Urodziłam się w White Oak i to tam spędziłam kilkanaście pierwszych lat swojego życia. Nienawidziłam tamtego miejsca, nienawidziłam całą sobą. Ci wszyscy ludzie cieszący się spokojnym życiem na łonie natury, z zadowoleniem zbijający bąki, popijając piwo, lub pocący się w słońcu, pracując fizycznie? Wszyscy udają albo okłamują samych siebie. Nie da się tak żyć. I czułam to właściwie od swojego urodzenia, przez wszystkie lata. Nie znosiłam leniwych poranków w słońcu i ciepłego mleka prosto od krowy, ciszy wieczorów przerywanej tylko brzęczeniem telewizora i wyciem wiatru na zewnątrz i nie znosiłam też wszystkiego, co było pomiędzy. Co prawda w White Oak mieszkali też ludzie, których kochałam - moja siostra, szkolni przyjaciele, rodzice - ale kiedy przyłapywałam się na tym, że dobrze się bawię, ganiając się z nimi na polu albo brodząc w jeziorze, czułam się kłamcą. I zdecydowałam, że nie mogę tak żyć.

Miałam szesnaście lat, kiedy uciekłam z domu. Nie zostawiłam żadnej wiadomości i zawsze wyobrażałam sobie, że przekroczeniem progu rodzinnego domu wymazałam się z pamięci bliskich. Byłoby dla nich lepiej, żeby o mnie zapomnieli, bo ja zdecydowałam za wszelką cenę za nimi nie tęsknić, a przynajmniej nie pozwolić, żeby ta tęsknota sprowadziła mnie tu z powrotem. Wzięłam tylko swoje chowane głęboko w pokoju oszczędności, które zawsze czekały na moment, w którym wreszcie postanowię uciec i nigdy nie wrócić - nie zabrałam ze sobą nawet żadnych ubrań, dokumentów czy jedzenia, wyciągnęłam tylko ze starego albumu zdjęcie siostry. Tego dnia unikałam głównych dróg, żeby nikt mnie nie wiedział, żeby nikt nie zdołał mnie wyśledzić - i gdy tylko przekroczyłam granicę miasta, stopem odjechałam w swoją podróż.

Zaczęłam od Nowego Jorku, do którego zawsze mnie ciągnęło; znalazłam pracę w kawiarni na wyspie należącej do Bronksu, pewien grajek uliczny zaprowadził mnie do squatu, w którym sam mieszkał. Nie posiadałam się wtedy z ekscytacji, ale nie zabawiłam w mieście, które nigdy nie śpi zbyt długo - bo moje marzenie o wymazaniu się z pamięci mieszkańców White Oak się nie spełniło i wkrótce poszukiwania opuściły nasz stan i rozszerzyły się na cały kraj - na każdym rogu można było zobaczyć moją twarz. Robiąc raz dłuższe, raz krótsze przystanki w większych miastach, okrężną drogą, wyjechałam do Meksyku - a stamtąd, po dwóch latach, do Europy.

Zwiedziłam wiele miejsc i w każdym byłam kimś innym. Byłam Georgią, Jessicą, Melissą, Florence, Hillary, Winoną, Beverly, Indią, Caroline i Wednesdey, byłam Donovan, O'Hara, Hepburn, Hemingway, Newton i Jones. Pochodziłam z różnych miejsc i miałam różnych członków rodziny: raz starszego brata, raz młodszych bliźniaków, raz byłam sierotą. Nie zliczę na palcach jednej ręki wymyślonych historii, które przedstawiałam jako prawdę o sobie. Na początku robiłam to po to, żeby się ukrywać, a później weszło mi w krew, a obserwowanie zmieniającej się bez wiedzy słuchacza mimiki twarzy, gdy opowiadałam o mordzie na mojej matce, którego byłam świadkiem lub o pożarze, w którym spłonął dobytek całej mojej rodziny, stało się moją ulubioną rozrywką.

Przeżyłam wiele rzeczy, dobrych i złych. Pływałam w ponad stu jeziorach, zdobyłam przynajmniej sto mniejszych czy większych szczytów, spałam w przynajmniej tysiącu pokojach lub doliczyłam się przynajmniej tysiąca gwiazd, śpiąc na zewnątrz. Pracowałam jako krawcowa, kelnerka, sprzątaczka, recepcjonistka, wróżbitka, kasjerka, pomoc domowa i uliczna artystka, wszystko w kilkunastu językach. Poznałam niezliczenie wielu ludzi - dobrych i złych.

A w pewnym momencie, gdy wygrzebałam z dna plecaka wymięte zdjęcie Celii, uświadomiłam sobie, że minęło prawie dziesięć lat. Nie mam pojęcia, kiedy, bo przysięgłabym, że moja przygoda trwała dużo krócej. Dziesięć lat, a przez cały ten czas nie zamieniłam ani słowa z rodziną, która wciąż, najprawdopodobniej, nie miała pojęcia, co się ze mną dzieje. Wkradając się na statek do Ameryki, nie mogłam powstrzymać uśmiechu, bo wyobrażałam sobie miny wszystkich, gdy pojawię się znowu w rodzinnej wsi. Wracałam, żeby to zobaczyć - i trochę dlatego, że byłam zmęczona. Z planem zniknięcia w odpowiednim - czyli najmniej spodziewanym - momencie, postawiłam swoją stopę w domu.



» Była już każdym, więc stwierdziła, że Omega to idealne imię na jej powrót do domu. Chociaż wszyscy w White Oak znali ją jako Tessę, i tak przedstawi się jako Omega.
» Podczas swojej podróży nauczyła się płynnie mówić po hiszpańsku i skutecznie porozumiewać w kilku innych językach. Wtrąca w wypowiedziach powiedzonka z niemieckiego, włoskiego, rosyjskiego, norweskiego albo innych, często też takich, których nie zna w ogóle.
» Nie wie nic o polityce, ekonomii, chemii czy też fizyce, ale może opowiedzieć ci sto miejscowych legend z każdego zakątka świata, wyłożyć zasady manipulacji, odczytać okultystyczne symbole, opowiedzieć o prywatnym życiu znanych postaci; przeczytała też wiele książek i przez wszystkie prace, które wykonywała przez ostatnie dziesięć lat, ma wiele umiejętności praktycznych.
» Opowiadając o sobie, swoim pochodzeniu lub podróży, częściej zmyśla, niż mówi prawdę; niechętnie wspomina innym o tych fragmentach swojego życia w drodze, które nie należą do przyjemnych.
» Ma świetną pamięć; chociaż spotkała na swojej drodze wielu, wielu ludzi, potrafi wymienić imię każdego, z kim spędziła trochę więcej czasu.
» Nienawidzi być fotografowana; jeśli ktoś posiada jej zdjęcie, musiał zrobić je z zaskoczenia, prawdopodobnie też bez jej wiedzy, w innym przypadku kazałaby je natychmiast usunąć lub podrzeć.
» Tak sobie wie, jak obchodzić się z elektroniką i zupełnie nie ogarnia działania portali społecznościowych; resztę internetu jako tako, ale warto pamiętać o tym, że z komputerami styczność miała ewentualnie w pracy.
» Przez dziesięć lat w ogóle nie używała telefonu.
» Z każdego odwiedzonego kraju ma znaczek pocztowy; nie zabierała większych pamiątek, bo w drodze dobrze jest mieć mało rzeczy.
» Nie jest przyzwyczajona do wygód.
» Ma bardzo lekki sen i łatwo ją obudzić; nie mogła sobie zbyt często pozwolić na spokojny, głęboki sen. Bardziej czuwa, niż śpi.
» Biega jak gazela, skacze jak zając, jest silna, szybka i zwinna.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 7:30 am

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-27, 21:40   [CYTUJ]
Niedługo przed ostatecznym wyjazdem Moona z Nowego Jorku, podczas ostatniej konsultacji, jego lekarz prowadzący - sędziwy już, doświadczony i, wydawałoby się, niezmordowany doktor Rigenfeldt, zalecił Livingstonowi zdrowotne spacery. "Nawet jeśli boli, Panie Livingstone, to dla pańskiego dobra", powiedział, trzęsąc się jak osika (Parkinson już od kilku lat uprzykrzał mu życie), a Moon, o dziwo, wziął sobie jego słowa do serca. I z tej właśnie prostej przyczyny, choć mróz ciął go w zaróżowione policzki, a chłodny wiatr wysuszał oczy, Livingstone parł przed siebie zawzięcie. Jeszcze niedawno spomiędzy drzew prześwitywały jasne smugi słońca, ale teraz niebo zasnuły ciężkie chmury. Nabrzmiałe od mającego spaść wkrótce śniegu zwisały tak nisko, że Moon zaczął wyobrażać sobie, jak osuwają mu się na barki. Nie gwałtownie, lecz powoli, systematycznie, jak lawa spływająca zboczem wzgórza. Idąc wolno w stronę majaczącego na horyzoncie starego zamku, snuł marzenia o ciężarze nieba wgniatającym go w podłoże. Bo to oznaczałoby koniec wszystkiego. A przede wszystkim koniec bólu, który dziś kwitł akurat w jego plecach i nadgarstkach, promieniując kłującym zimnem.
Z drugiej jednak strony nasz młody bohater, kuląc się w swej granatowej budrysówce, czuł masochistyczny rodzaj przyjemności. I dumę, bo czy inni nie poddaliby się na jego miejscu? Czy inni nie zachowaliby się niczym tchórze, wpełzając do pościeli i użalając się nad własnym losem w bezpieczeństwie czterech, ogrzewanych ścian? Oczywiście. Inni tak, ale nie on - heroicznie stawiając kolejne kroki na oszronionej ścieżce. Zdążał do celu, choć lodowaty wicherek wkradał się za jego kołnierz i szczypał go we wciąż i wciąż szczuplejsze ciało.
Oto, jak dla Moona Livingstone'a, jak zawsze zapatrzonego w siebie i nierozsądnego, krótki spacerek stał się wzniosłą metaforą walki z przeciwnościami. Cóż, takie tłumaczenie sobie rzeczywistości przynajmniej działało trochę lepiej niż dziesięć paracetamoli, na których jego organizm zdążył się już dawno uodpornić.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-27, 22:41   [CYTUJ]
Kiedyś to było jej ulubione miejsce. Nie pamiętała, kto przyprowadził ją do zamku pierwszy i kto opowiedział o tym, że jest nawiedzony, żeby ją wystraszyć, ale bardzo dokładnie pamiętała historie, które opowiadał. Pewnie zmyślone naprędce, chwilami w ogóle nie trzymające się kupy, ale zapadły jej głęboko w pamięć – najbardziej jedna, o starym, samotnym rybaku, który z męczony życiem postanowił przejść kraj na piechotę i zatrzymał się tu na noc. Nigdy nie dokończył swojej wędrówki i nikt więcej go nie zobaczył.
Wbrew założeniu, historie jej nie przeraziły. Zaintrygowały, tak samo jak intrygowały ją wysokie, kamienne mury, wtedy zdające się sięgać nieba. Omega przychodziła tu i zastanawiała, ile duchów na nią patrzy, jakie mają historie, jak umarli, dlaczego wciąż tu są. Wmawiała sobie, że czasami jakoś tak dziwnie pachnie rybami, raz wygrzebała z trawy okruch plastiku i z przekonaniem, że to rybia łuska, zachowała go sobie na szczęście. Kiedy była starsza, przychodziła do zamku już rzadziej, zazwyczaj w potrzebie opatulenia się ciszą, ale wciąż wyobrażała sobie bezwiednie bezbarwne sylwetki pochylających się nad nią i szukających kontaktu ze światem żywych zaginionych w drodze podróżników, których ruiny uwięziły na zawsze.
Przypomniała sobie to wszystko natychmiast, gdy otulona dwoma starymi swetrami dziadka pachnącymi kulkami na mole, zapuściła się znów w tę okolicę. Każde słowo historii wróciło do niej, gdy tylko jej wzrok spoczął na znajomym kształcie kamieni. Teraz chyba bliżej mi do nich, niż do reszty ludzi.
Chciała spędzić tam kilka godzin, tak jak kiedyś, zanurzyć się w rozmyślaniach i siedzieć w takim półśnie aż do momentu, gdy nie zerwie się silniejszy wiatr i nie zaszeleści głośniej w liściach, wyrywając ją z transu. Okazało się, że dużo trudniej o skupienie, gdy nie ma się porządnej puchowej kurtki, na którą zapracowali rodzice, a ziemia promieniuje chłodem. Skostniała po piętnastu minutach, wkrótce też zaczęło się ściemniać. Po godzinie odpuściła. Najwyraźniej tkwienie w dziwnym niepokoju było jej na razie przeznaczone.
Nie spieszyła się na łódź. W ruchu było cieplej. Powolny spacer nie był aż tak efektywny dla wyciszania myśli, ale coś dawał.
Do pewnego momentu. Majacząca na horyzoncie sylwetka z góry nie zapowiadała nic dobrego, ale już od pierwszych chwil wydawało jej się, że skądś zna ten krok, sposób, w jaki tułów kołysał się, prąc naprzód. Uczucie oczekiwania na coś złego natężyło się razem z mięśniami karku, napinającymi się zupełnie bezwiednie. Przysięgłaby, że prawie dało się słyszeć skwierczenie podpalonego lontu i niedługo coś wybuchnie.
Tymczasem intruz zbliżał się zupełnie bezdźwięcznie (pewnie huczenie krwi w uszach zagłuszało wszystkie odgłosu), jak duch. Im bliżej się znajdował, tym bardziej ducha przypominał (chociaż w szarym świetle zachodu i ona pewnie przypominała zjawę). Im bliżej się znajdował, tym silniejsze było wrażenie, że wszystko w tej sylwetce jest znajome. Nie zawiodła jej intuicja. Im bliżej się znajdował, tym bardziej jasne się stawało, że był Moonem. Billem.
Przystanęła na chwilę. Tylko kilka sekund, bo ostatni miesiąc sprawił, że stawała się coraz lepsza w konfrontacjach z dawno niewidzianymi ludźmi. Problem stanowiło to, że na resztę była względnie przygotowana. Moona nie spodziewała się zobaczyć już nigdy.
Następny raz zatrzymała się już dopiero tuż przed nim. Nawet uśmiechnęła się lekko, chociaż w tym wykrzywieniu warg było coś z karykatury.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-28, 00:19   [CYTUJ]
Kiedy Moon zauważył niespodziewanego przybysza (przybyszkę?) wyłaniającego się spomiędzy szkieletów bezlistnych o tej porze roku drzew, przeszedł go lodowaty dreszcz, potęgujący tylko uczucie zimna wzbudzane przez wciąż nasilający się wiatr. Nie przypuszczał, że kogoś tu spotka - nie dziś, kiedy większa część mieszkańców White Oak wciąż jeszcze napychała się świątecznymi przysmakami, łapczywie grzebiąc w zawieszonych na kominkach skarpetach i grając w otrzymane na święta planszówki. Tym bardziej nie przypuszczał, że napotka tu kobietę - która z mieszkanek Białego Dębu byłaby na tyle zuchwała (głupia?), by snuć się samotnie po lesie, o zmierzchu, jakby w oczekiwaniu na zgubę, a przynajmniej tarapaty? No dobrze, może Tessa, ale przecież Tessy nie było wśród żywych od jakichś dziesięciu lat - przynajmniej wnioskując z tego, co zaraportowała Moonowi jego siostra, na jakimś etapie jego jedyny łącznik z Krainą Żywych.
Zmarszczył brwi i zwolnił tempa, ale nie zatrzymał się. Zmierzał na spotkanie z drobną istotą zbliżającą się z naprzeciwka (choć nadżarty chorobą, wciąż był jeszcze całkiem rosłym i dość zwinnym chłopakiem, nie przypuszczał więc, że spotkanie z filigranową dziewczyną mogłoby stanowić niebezpieczeństwo - oh, jakże się mylił!). Postronnemu obserwatorowi mogli przypominać dwie kulki rtęci, przyciągane do siebie naturalną siłą. Obydwoje w szarościach i szarością osnuci mieli się minąć już za chwilę.
I wtedy Moon Livingstone rozpoznał w przybyszce Tessę Finley.
Wiatr zahuczał w ruinach zamku.
Słowo honoru, Moona mniej zdziwiłaby obecność Starego Rybaka, którego historią podzieliła się z nim kiedyś sama Omega Tessa, niż jej własna, drobna sylwetka okryta przeplatanką wełnianych swetrów. I jeszcze ten blady uśmiech... Tessa jak żywa, trochę starsza, poważniejsza, pozbawiona dziecięcości ruchów, które zastąpiło delikatne kołysanie kobiecych bioder, ale jednak Tessa!
Musiała być zjawą.
Jeśli była martwa (a przecież była, prawda? Nie milczałaby przez dziesięć lat, gdyby nie umarła naprawdę), to musiała być Duchem. Duchem z Zamku, duchem z Przeszłości, przybyłym po pomstę.
Jeśli była żywa, to nienawidził jej całym sobą, a jeszcze bardziej nienawidził samego siebie, choć to akurat nie należałoby do szczególnych nowości. Jeśli była żywa, to oznaczałoby, że - milcząc przez tyle czasu - była jeszcze zimniejsza niż ten grudniowy wiatr, a jego serce miałoby roztrzaskać się na sryliard drobinek, jak landrynkowy lizak ciśnięty na asfalt przez rozgrymaszone dziecko. Jeśli była żywa, to oznaczałoby, że był sam sobie winnym własnego cierpienia i, co gorsza, że właśnie nadszedł moment rozliczenia.
Jeśli była tu rzeczywiście, to najpewniej albo postradał zmysły, albo los postanowił się na nim zemścić i naprawdę, literalnie, wpędzić go do grobu.
Przez chwilę trwał w absolutnym, niedorzecznym wręcz bezruchu, jak skamieniały, albo zaczarowany i tylko kosmyki miedzianych włosów tańczyły nad jego pobladłym nagle czołem, czyniąc go rozpoznawalnym od rzeźby.
- Tessa - powiedział w końcu, bardzo powoli, tonem niższym niż zazwyczaj. Nie poczuł nawet gniewu, może uzasadnionego w tej sytuacji, zbyt zszokowany, by w ogóle zdać sobie sprawę z własnego zaskoczenia - Tessa Finley.

Jak nic przywołała go, opowiadając o nim Samuelowi. To na pewno przez to. Gdy milczała przez całe dziesięć lat, skrupulatnie – i nieudolnie – wymazując wspomnienie o nim z pamięci, pozostawał tylko tym – wytartą czasem twarzą w pamięci. Nie potrafiła zdecydować, czy to lepiej, czy gorzej, że teraz – przez to, że zwieńczyła wieloletnie starania widowiskowym fiaskiem – stał przed nią, wciąż trochę daleki, ale jednak materialny. Nie potrafiła określić, co oznacza ścisk w żołądku i rozpływające się dreszczem po ciele zdenerwowanie.
Uważnie przebiegała spojrzeniem po jego twarzy, uwzględniając wszystkie pory, wszystkie komórki, atomy. Powoli podeszła jeszcze bliżej, by ułatwić sobie to zadanie. Stanęła zaledwie łokieć od niego i zadarła głowę. Musiała się upewnić, czy to na pewno on. Może to sobie zmyśliła, może właśnie zamarzała w ruinach zamku i jej dusza wyszła szukać pomocy, musząc przy okazji zmierzyć się ze wszystkim, co ścigało ją po całym świecie. A może to ktoś tylko odrobinę przypominający Moona, jej Moona, a przez opowiadanie nowojorskich historii na dobre wydarła wspomnienia z kryjówek swojej świadomości i teraz doszukuje się go naiwnie w przypadkowym Bogu ducha winnym przechodniu.
Wszystko wskazywało jednak na to, ze Livingstone faktycznie stał tuż przed nią. Było jej zbyt zimno, żeby okazała się duszą wędrującą ciałem. Teorię o podobnym do niego nieznajomym obaliły oczy, do których wreszcie dotarła spojrzeniem. Nie dało się podrobić tego, co tam zobaczyła. Nie było nigdy nikogo, kto patrzyłby na Tessę w ten sposób. Za chwilę ogarnęła też wzrokiem całą jego twarz i jej wyraz na dobre potwierdził jego tożsamość: był tak samo zdumiony i skonsternowany na jej widok.
- Moon Livingstone – powtórzyła za jego przykładem. Jej uśmiech wykrzywił się przy tym jeszcze bardziej. – Bill.
Pochyliła głowę z zamkniętymi oczami. Była już pewna, że ma do czynienia z prawdziwym Billem, a patrzenie na niego wywoływało w niej dziwne uczucia, o wiele, wiele więcej uczuć, niż była przyzwyczajona. Otoczenie się ciemnościami nie zdziałało zbyt wiele, ale dawało przynajmniej złudzenie komfortu. W końcu patrzyła na człowieka, który ostatecznie skazał ją na tułaczkę; miała ucieczkę we krwi, ale to on tę krew rozgrzał, uwalniając gen uciekinierki na dobre. Był tym, który jako jedyny w przeciągu ćwierćwiecza posiadł całe jej oddanie.
- Wiedziałam, że jeszcze kiedyś wrócisz do White Oak – powiedziała do ich stóp, z wciąż zamkniętymi oczami. Kiedyś wiedziała, kiedyś tak myślała, kiedy jeszcze Moon był dla niej Bytem Idealnym z wizerunkiem nie do zszargania. Ale wtedy nie chciał wrócić z nią tutaj, do bezpiecznych pól i lasów, w których mógłby tym Bytem Idealnym pozostać. Wtedy Nowy Jork trzymał go szczelnie i nie pozwalał Tessie go wydrzeć.
Powoli podniosła głowę i wyciągnęła rękę w kierunku jego twarzy – po dziesięciu latach przekonania, że nie zobaczy go nigdy, nigdy, nigdy więcej chyba nie mogła łatwo przekonać się do myśli, że jest prawdziwy i płynnie przejść z myślenia o nim, jako o przeszłości, do przekonania, że stoi na wyciągnięcie ręki od niej. Może chciała zmierzyć tę odległość albo sprawdzić, czy nie jest zbudowany z papieru, ale ostatecznie rozmyśliła się. Jej dłoń zatrzymała się kilka centymetrów od jego skóry i opadła z powrotem.


  Podziel się na:  


Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-28, 02:05   [CYTUJ]
Przez chwilę pojedynkowali się na spojrzenia. Wrzał wewnątrz, bezwiednie zaciskającręce w pięści tak mocno, że w końcu poczuł we wnętrzu dłoni kłucie i wilgoć świeżej krwi. Nie odwrócił jednak oczu, patchworku chłodnej zieleni, wypłowiałego błękitu i niespodziewanych piwnych cętek, które w słoneczne dni robiły się niemal złote, od Tessy Finley.
- Wiedziałem, że jeszcze kiedyś wrócisz do żywych? - idąc za jej przykładem, zastosował szczególny rodzaj semantycznej mimikry. Często rozmawiali ze sobą w taki sposób, w innym świecie, dziesięć lat wstecz. Uczyła się od niego dorosłych rozmów, więc to ona zazwyczaj zaczynała: kiedy Moon wypowiadał jakieś zdanie, parafrazowała je, może zamierzenie, a może automatycznie. On zaraz przekształcał jej wypowiedź, a Tessa robiła to samo z jego kolejną sentencją. Tą drogą, ich konwersacje były jak kostki domina, uderzające jedna w drugą. Płynnie niosące ich od punktu a do b, od rozmowy o pogodzie do pseudofilozoficznych wywodów o sensie i bezsensie istnienia, na które zresztą żaden dwudziestolatek nie powinien sobie pozwalać w towarzystwie trzynastolatki. Jakkolwiek nie było to niezdrowe, mogli wówczas przerzucać się zwierzeniami całe godziny, przykucnąwszy na rozgrzanym słońcem krawężniku w mieszkalnej części Białego Dębu. Później, gdy odnalazła go w Wielkim Jabłku, ich rozmowy przyjęły zgoła inny kształt. Mniej w nich było naiwności, wizjonerstwa, były jednak bardziej szczere, zabarwione nutą goryczy, która wkrada się w życie człowieka jakoś po piętnastych, może szesnastych urodzinach.
A teraz stali naprzeciw siebie, tacy dorośli. Dorośli i przerażeni jednocześnie.
- Byłem przekonany, że... - zaczął, a głos uwiązł mu na chwilę w ściśniętym nagle gardle. Był przekonany, że co? Że umarła i teraz da mu spokój? Tak. Że nigdy nie wróci i będzie mu z tym o tyle łatwiej, że nigdy nie będzie zmuszonym naprawiać dawnych krzywd? Tak. Że nie odświeżając jej obrazu w pamięci w końcu wyprze go na dobre? Że czas wywabi wreszcie jej jasną, drobną twarz i plątaninę ciemnych włosów okalająca gładkie czoło spomiędzy jego nerwowych splotów? Tak, na miłość boską! Żył w przekonaniu, że czas leczy rany (choć najwyraźniej czasu upłynęło jak dotąd zbyt mało...). A teraz... No cóż... - Tessa, jesteś tutaj naprawdę, czy to...?
Czy to leki? Czy to nadaktywny mózg trawiony tęsknotą? Zmysły już nieraz płatały mu figle. Ile razy zdarzało się, że - kiedy miotał się w gorączce, a stawy wypełniał mu żywy ogień - widywał Tessę w kąciku oka, słyszał jej głos za plecami. Mrugał wtedy gwałtownie, odwracał się z nadzieją i lękiem jednocześnie. Ale zawsze rozpływała się; inne majaki zastępowały ją systematycznie. Jego pytanie było więc całkiem zasadne, musisz przyznać.
Ledwie powstrzymał się, by nie pochwycić jej dłoni, na sekundę przed tym, jak pozwoliła jej znów spocząć wzdłuż ciała. I dobrze, bardzo dobrze. Musiał pamiętać, że Tessa Finley - żywa, czy martwa - była chorobą, która wytrącała go z cennej równowagi.
Ograniczenie kontaktu stanowiło zatem w obecnej sytuacji najlepszą formę prewencji.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-28, 15:21   [CYTUJ]
- Wiedziałam, że łatwo o mnie zapomnisz. - Na chwilę napięcie opuściło jej kark, gdy jego słowa przywołały letnie skwierczenie betonowych konstrukcji, zapach lenistwa w powietrzu, smak słonych paluszków, które wyniosła z domu, by móc je przegryzać w trakcie ich rozmowy, rytm, w którym uderzała kolanem o kolano. Bezpieczne, dobre czasy, w których potrafiła zapomnieć, że nie chce wiecznie patrzeć na ten sam horyzont. Nie potrafią już jednak dać się porwać poczuciu bezpieczeństwa i nie umiała przypomnieć sobie, jak to było wierzyć w niego zupełnie bezprzytomnie.
- Nie wiem. Jestem? – Obejrzała swoje dłonie. Może jednak to zimno oznaczało właśnie, że zamarza w ruinach i jednak odbywała wędrówkę poza ciałem, może oboje byli tylko duchami? Nie, on był Moonem, on był prawdziwy, to już ustaliła – ale może nie ona? Wszystko wydawało się tak odrealnione, że miotała się w swoich przypuszczeniach i nie mogła zdecydować na zakwalifikowania tego zdarzenia jako w stu procentach realnego. Gdyby nie tęskniła za nim tak bardzo, gdyby pozbyła się wszystkich uczuć, które do niego żywiła, może wtedy to byłoby łatwiejsze. Koniec końców życie przyzwyczaiło ją do posiadania niskich oczekiwań. Była stale przygotowana na ziemię obsuwającą się pod nogami i wypatrywanie czegoś, czego mogłaby się schwycić w takich chwilach, weszło jej w nawyk. Teraz czymś takim było właśnie niedowierzanie.
Przesunęła spojrzeniem po swoich smukłych palach z krótkimi paznokciami (wydawały się prawdziwe, sine od mrozu, a na drugim od lewej knykciu prawej dłoni wciąż miała niewielki strupek po nieudolnej próbie otwarcia konserwy tępym nożem). W milczeniu pokręciła krótko głową, a potem znów spojrzała na Livingstone’a. Wyraz jej twarzy zmieniał się przy tym powoli, skostniałe mięśnie mimiczne nie nadążały za jej myślami. Ale coś sobie przypomniała, to można było odczytać już w spojrzeniu.
- Zostawiłeś mnie wtedy – powiedziała cicho. Oskarżenie było tylko akcentem w jej słowach, schowanym za rzeczowym tonem przeznaczonym do stwierdzania najprostszych faktów. Gdy fala zaskoczenia skończyła ją obmywać, pierwsze skrzypce znów zagrał żal, który przez wszystkie lata scalił się nierozerwalnie z jego twarzą. To było ostatnie wrażenie, jakie po sobie pozostawił. Odkąd nikłe światło świtu objawiło przed nią pusty pokój w motelu, w którym nie było śladu po Moonie, ani po jego rzeczach, a ostatnim świadectwem jego obecności była rozkopana pościel w łóżku, które zajmował, żal pęczniał w niej na sam widok miedzi, nocnego nieba albo klawiszy pianina, pojawiał się, zanim jeszcze zdążyła ułożyć myśli w kształt jego imienia. Przez wiele lat chciała zapytać, dlaczego to zrobił. Teraz nie pytała, zdążyła ułożyć swoją teorię i postanowić, że definitywnie uważał ją za przybłędę, może zabawną, może całkiem sympatyczną, ale nieważną. Taką, o której w ważnych chwilach myśli się w ostatniej kolejności.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-28, 22:16   [CYTUJ]
Wtedy, w tamten duszny poranek, który przyniósł za sobą burzowy dzień i tygodniowe oberwanie chmury, Moon Livingstone obudził się nagle z wrażeniem, że coś siedzi mu na piersi. Dokładnie pamiętał tamte chwile: chłodne światło wsączające się do motelowego azylu i pełznące systematycznie w górę pokrytych wyblakłą tapetą ścian; śpiącą Tessę, jej drobne ciało zwinięte w pozycji embrionalnej, ciemne włosy rozsypane na poduszce; drżenie własnych dłoni, którymi mechanicznie upychał książki i skarpetki w swoim idiotycznym marynarskim worku. I uczucie głębokiego przerażenia, paraliżujący strach przed konsekwencjami. Czuł się znów jak dziecko, chowające się za fortepianem, przyciskające zwiniętą w pięść lodowatą dłoń do ust, byleby tylko uniemożliwić samemu sobie wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Oczekiwanie na karę było uczuciem, które doskonale znał. Zapomniał o nim na chwilę... No dobrze, może na kilka lat. Ale tamtego poranka odżyło w nim nagle, obudziło się z rykiem. Wychodząc niemal bezszelestnie, ostrożnie zamykając za sobą drzwi, czuł się jak złodziej. Długo zresztą zastanawiał się, co jej wówczas zabrał Tessie, co jej ukradł. Niewinność? Wiarę w ludzką dobroć? Nie, to stracili obydwoje dużo wcześniej, ona kilka tygodni wstecz, gdy śmierć wkradła się podstępnie do jej życia. On, Moon, już wcześniej dostał cierpieniem przez łeb. Ale ona... Ona, jak dotąd, żyła pod kołderką złudzeń. Tak, jak każda nastolatka żyć powinna. Za sprawą spotkania z nim zaś, stała się świadkiem rzeczy, których nie powinna była nigdy oglądać. I wszelkie te złudzenia straciła raz na zawsze. A przynajmniej tak Moon sądził i przed tym poczuciem właśnie uciekał. Tamtego ranka nie chciał znać Tessy Finley, to prawda. Nie chciał jej znać, bo każda sekunda w jej towarzystwie przypominałaby mu, że ściągnął na nią wydarzenia, przed którymi powinien był ją chronić. A tego mógłby nie znieść, więc... zachował się egoistycznie. Zniknął, mylnie zakładając, że każde z nich lepiej poradzi sobie z bólem w izolacji. Myślał, że pozostając razem, będą tylko wzajemnie podsycać wspomnienia, które sam chciał wyprzeć, wyprzeć, wyprzeć, wypierdolić z pamięci raz na zawsze. Kiedyś już udało mu się zapomnieć. Sądził, że i tym razem nie będzie inaczej.
- To prawda. Zostawię cię i teraz - powiedział tylko; wydało mu się to sprawiedliwym posunięciem. Nigdy jej nie skłamał, prawda? Nigdy nawet nie zataił przed nią prawdy. Tylko zniknął. Ale zniknięcie to nie kłamstwo. Zniknięcie to najczystsza forma szczerości - Tak będzie lepiej, Tessa. Unikałbym cię, gdybym wiedział, że tu jesteś.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-30, 01:42   [CYTUJ]
Tamtego poranka pękła do końca. Nie pękła, uciekając z domu. Nie pękła, widząc wycelowaną prosto w nią lufę. Nie pękła, oglądając sączącą się razem z życiem krew obcego człowieka. Wszystko to pozbawiło ją konstrukcji i zdeformowało, ale fragmenty jeszcze się trzymały. Dopiero widok tej rozkopanej pościeli, ziejącej pustką przestrzeni, w której poprzedniego wieczora znajdował się jeszcze marynarski worek i długo oczekiwane olśnienie: Moon, Bill, odszedł – dopiero to zerwało ostatnie włókna trzymające ją w całości. Została w motelu jeszcze dwie doby, mając nadzieję, że może jeszcze wróci, może wyszedł po coś konkretnego i coś go zatrzymało, może się rozmyśli, może, może, może… ale nie wrócił i został jej już tylko cichy lament i nagły strach przed obcością tamtego pokoju. W pierwszej chwili chciała wrócić do bezpiecznego, kojąco znajomego White Oak, chciała zanurzyć się w matczynym uścisku i zasnąć w jednym łóżku z Celią, dokładnie tak, jak wtedy, kiedy były młodsze, nawet już obrała tamten kierunek – już wsiadła w autobus i już myślała nad tym, co powie rodzicom – ale nie dała rady, bo przypomniała sobie, że on też tam był, a ona będzie widziała jego twarz, gdy tylko jej wzrok padnie na werandę jej domu, na chodnik przy ratuszu, na zacienione alejki, na huśtawki. Zbyt wiele dróg w White Oak przeszli.
Wysiadła na następnym przystanku. I od tego momentu już tylko uciekała.
Po jakimś czasie tamte rany przestały dawać o sobie znać, ale swoimi następnymi słowami dobitnie przypomniał jej ich istnienie. Bardzo powoli wypuściła całe powietrze z płuc, obłok pary na chwilę delikatnie rozmył kontury jego twarzy.
- Może faktycznie tak będzie lepiej. – Usłyszała, że mówi, zanim w ogóle pomyślała o tej czynności. – Będziemy odwracać wzrok, mijając się na ulicy. Albo jeszcze lepiej, nauczymy się wybierać takie drogi, żeby zawsze się mijać. A jeśli przypadkiem akurat nam się to nie powiedzie, będziemy udawać, że się nie znamy, że nigdy wcześniej się nie widzieliśmy, ani w White Oak, ani w Nowym Jorku, ani nigdzie indziej, i że bronie i śmierć widzieliśmy tylko na filmach. Jestem dobra w udawaniu, to może się udać. Masz rację, dzięki temu na pewno nam obojgu będzie łatwiej.
Zawstydziła się, kiedy tylko zamilkła, ale nie na tyle, żeby odwrócić od niego wzrok albo żeby przeprosić.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-03, 12:56   [CYTUJ]
Jeśli, pomijając spazmatyczne uderzanie w klawisze fortepianu, Moon Livingstone był w czymś naprawdę dobry, to było to łamanie sobie serca. Tak tak, sobie samemu - to w pierwszej kolejności. Livingstone od dawna przypuszczał, że ma jakąś wrodzoną wadę, defekt genetyczny przekazany mu, obok majątku i szeregu traum, przez równie co on skrzywionych rodziców. Od najwcześniejszych lat miał tendencję do kompulsywnego pakowania się w emocjonalne tarapaty. I zawsze, zawsze, przed wykonaniem pierwszego kroku, wiedział, że wszystko skończy się bardzo źle. Nie mylił się nigdy - rok w krok były to po prostu coraz poważniejsze sprawy; zaczęło się na kradzieży łopatki, a doszedł do etapu, w którym zdarzyło mu się na przykład, przypadkiem, doprowadzić do rozbicia rodziny.
Nie robił tego z wyrachowania. Robił to, ponieważ ponoszenie konsekwencji bolał. I ból ten dawał mu masochistyczną przyjemność. Jakby Moon na to zasługiwał, jakby mu się należało. W swoim egotyzmie zapominał jednakże o innym istotnym elemencie - czasem, kiedy celował sam w siebie, inni obrywali rykoszetem. Omega, Michelle, dziewczęta i chłopcy, których uwodził, a potem zostawiał w czasach liceum; naiwna matka jednego z jego uczniów, którą zwiódł na manowce wkrótce po swoich dwudziestych piątych urodzinach. I tak dalej i dalej toczyło się błędne księżycowe koło.
W którego orbitę przypadkiem wpadła kiedyś Omega Finley. Omega, Omega, Omega, żywe ciało wypełnione gniewem i goryczą, Tessa, Tessa, Tessa, stojąca przed nim z uzasadnionym wyrzutem. I tyle racji i tyle prawdy w jej słowach. I tyle bólu rodzącego się nie tylko w kręgosłupie, ale i w głupim, dziwnym księżycowym sercu.
- Będzie nam łatwiej, obydwojgu - zgodził się, a potem, nim zdążył pomyśleć, postąpił dwa kroki do przodu i przygarnął Tessę/Omegę Finley do siebie, zamykając jej ciało w swoich objęciach. Nie był to nieporadny, niezręczny uścisk przyjaciół, którzy nie widzieli się przez zbyt długi czas i nagle stracili wspólne tematy. Był to gest złamanego człowieka, w którym gniew żywiony do samego siebie wzbierał przez dziesięć lat. Desperacki i autentyczny.
I uwierz mi, Moon liczył się z tym, że reakcja brunetki może być dowolna. Po cichu może nawet miał nadzieję, że Omega postanowi wymierzyć mu jakiś cios? Moon nie tylko nie dziwiłby jej się, a nawet przyjąłby to ze zrozumieniem. Poza tym wtedy to ona byłaby winna, a on mógłby dalej upajać się swoim poetyckim, niezawinionym cierpieniem. Ostatnimi czasy schudł, nawet zmarniał, więc przy odpowiedniej motywacji Omega mogłaby go rozłożyć na łopatki, zwłaszcza, jeśli wykorzystałaby element zaskoczenia. Nie przypuszczał, że była do tego zdolna, choć z drugiej strony... do czego nie była zdolna Tessa/Omega Finley?


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-04, 04:39   [CYTUJ]
Tessa Omega Finley nie była zdolna tylko do jednej, jedynej rzeczy. Mogła zostawić swoją rodzinę bez żadnych wieści na całe dziesięć lat i tym samym zniszczyć ich życia. Mogła okłamać setki ludzi poznanych na swojej drodze, wycisnąć z nich współczucie, wycisnąć z nich łzy, zmusić do pewnego przywiązania i też porzucić. Mogła nie mieć domu, mogła mieszkać w porzuconych przyczepach, tanich hostelach, bezludnych budynkach z powybijanymi szybami, ogrodzonymi taśmą policyjną. Mogła głodować, kraść, a nawet żebrać. Była wystarczająco silna, głupia albo wyrachowana, żeby zrobić wszystkie te rzeczy.
Ale chociaż jej życie od dawna opierało się na uciekaniu i jeszcze nawet zanim przeszła do praktyki, na nim właśnie opierały się wszystkie jej plany, myśli i działania, to jedyną rzeczą, do której nie była zdolna Tessa Omega Finley była ucieczka przed Moonem.
Nieważne, ile prób podjęła i ile lat minęło; Livingstone zakorzenił się w niej zbyt głęboko. Nieważne, czy uciekła na Most Karola, do groty wyżłobionej w wapiennych klifach Algarve, do Pól Elizejskich czy na fiordy, to wciąż było za blisko i za mało. Najdłużej udało się jej o nim nie pamiętać przez miesiąc. Zawsze wracał.
Dlatego kiedy ją objął, stanęła nieruchomo. Po zaskoczeniu przyszła bezsilność, bo naprawdę, naprawdę chciała wymierzyć mu cios. Zacisnęła rękę, żeby się do tego zmusić i przypominała sobie zasady instynktownej samoobrony, których musiała wyuczyć się na pamięć, ale nie potrafiła zdobyć się na ten czyn.
- Musisz być bardzo zawiedziony, że jednak nie jestem martwa – powiedziała dokładnie tym samym tonem, którym mówiła przed chwilą, tylko głos był jakby bardziej zduszony, nie tylko dlatego, że musiał przedrzeć się przez materiał jego budrysówki. – Czy to była ulga, usłyszeć, że nie żyję? – Teraz już dławiła się słowami. Przez chwilę była przekonana, że się rozpłacze, ale łzy nie chciały lecieć, tak jak od dłuższego czasu nie dawały się wycisnąć – tym lepiej. Ale mimo to nadal nie można było powiedzieć, że Omega panowała nad sobą. Wyciszane emocje walczyły między sobą o uwagę, wprawiając całe ciało w drżenie. W końcu, po całym czasie bezczynnego stania ze skronią przyciśniętą do jego piersi, podniosła ręce i nieporadnie położyła je na barkach Monna, paznokciami wczepiając się w materiał. Zwieńczyła ten parauścisk przesuwając głowę w kierunku jego szyi. Wiedziała od początku, że prędzej czy później się podda. Wiedziała, odkąd w rosnącej z każdym krokiem sylwetce rozpoznała Moona, że i tym razem wpadnie w sieć jego aury. Westchnęła głośno, zaciągając się przy tym jego zapachem. Pachniał jak życie i śmierć jednocześnie. Cały Bill.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-04, 22:08   [CYTUJ]
O ile do tej pory przytulał ją niepewnie, jakby wyczuwał wroga, jakby badał grunt, teraz wreszcie przestał się asekurować. Otoczył Omegę ramionami, ciasno, tuląc jej drobne ciało do swojego, wychudłego, choć nadal silnego jak na organizm trawiony nieuleczalną chorobą.
- Tak - wyszeptał w jej grzywkę, przywołując w pamięci ten moment, w którym dowiedział się, że Tessa Finley odeszła do innego świata. Nie pamiętał dokładnej daty, ani jaka panowała wówczas temperatura; czy chmury wisiały nisko, czy płynęły wysoko po niebie... a może wcale ich nie było? Nie wiedział. Ale pamiętał wyraz twarzy swojej siostry w chwili, w której wypowiadała oschłe kondolencje (w istocie zawsze była zazdrosna o Omegę, pewnie się nawet cieszyła, że ta młoda, ciemnowłosa zmora przestanie zakłócać wreszcie idealną symbiozę panującą w ich bratersko-siostrzanym układzie; chorym, bo chorym, ale przynajmniej bliskim). Pamiętał porcelanową filiżankę wypełnioną w dwóch trzecich bawarką; od tamtego dnia nie mógł przełknąć ulubionej kiedyś herbaty z kroplą mleka. Pamiętał drżenie własnych kolan i absolutną bezsilność, która ogarnęła go tamtego wieczora, gdy próbował wlać swoją wściekłość i rozżalenie w fortepian. Nie mógł grać. Nie mógł także jeść. Sen nie nadchodził. Przez jakiś czas. A potem Moon rozpoczął intensywny proces przewartościowania, mozolną intelektualizację zakończoną prostym wnioskiem: lepiej, że tak się stało; wreszcie odzyskała spokój. W swym naturalnym egoizmie, cudownym przeświadczeniu, że cały świat kręci się wokół niego, Księżyc uznał, że jedynie śmierć mogła wybawić Tessę od jego wpływu. A więc dobrze, że umarła. Zakładał, że sam jest silniejszy; że nauczy się wreszcie bez niej żyć, budzić się bez wspomnienia jej twarzy pod powiekami (jak dotąd nie opanował tej zdolności, ale nie tracił nadziei). Sądził, że jest przetrwalnikiem; bytem niezniszczalnym. Istotą zdolną do życia bez... bez czego?
Teraz, kiedy trzymał Omegę w ramionach, odpowiedź nagle, po tylu latach, stała się zupełnie jasna. I inna, niż przypuszczał, że będzie: nie, pomyślał Moon Livingstone, nie da się żyć bez miłości.
- Wiesz, że gdybyś była martwa, nie musiałabyś mnie znowu widzieć? - zapytał, odsuwając się od dziewczyny na milimetr. Ciemne chmury pęczniały za jego głową.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-06, 18:33   [CYTUJ]
Przypomniała sobie, gdy w dzikich górach w środkowej Europie z młodocianą bezczelnością i bezmyślnością wybrała jeden z cięższych szlaków. Było to o tyle niemądre, że porządny posiłek jadła wtedy przed kilkoma dniami, a tamtego poranka wypiła tylko na wpół wystygłą lurę, z braku innego określenia nazwaną czarną kawą. Spróchniały korzeń zerwał się pod jej ciężarem, a ona stoczyła się ze skarpy i chociaż wyszła z tego bez większych urazów, nie potrafiła wrócić do ścieżki. Błądziła po lesie przez niemal dziesięć godzin, a zmrok przywitał ją odgłosami zwierzęcych przepychanek. Wspięła się na drzewo i była przekonana, że skona w tym dzikim miejscu, a jej szczątek nikt nie znajdzie przez następne kilkanaście lat. O Celii i rodzicach pomyślała dopiero po chwili. Gdy tylko pojawiło się przekonanie, że właśnie jej życie dobiega końca, przed oczami miała miedziany połysk włosów Moona i jego uśmiech tamtego leniwego dnia w White Oak, gdy moczyli nogi w Blue Lake i opowiadali sobie historie.
- Nieprawda – powiedziała. Gdy oswobodził ją odrobinę z uścisku, nie potrafiła znów oprzeć się nęcącej pokusie i wyciągnęła rękę ku jego twarzy. Palcem wskazującym zaczęła nakreślać linie konstelacji wyznaczonych piegami na jego szczęce. Może faktura przypominała trochę papier, a temperatura przez chłód otaczający ich zewsząd nie dała go odróżnić od trupa, ale teraz jej serce załomotało trzy razy ze spokojem, zanim znowu zatopiło się w szaleństwie. To jest Bill. To na pewno jest mój Bill. – Gdybym była martwa, ciągle bym cię nawiedzała – wyjaśniła. – Kilka razy, kiedy myślałam, że już po mnie, tak właśnie pomyślałam: przynajmniej zobaczę Billa, dowiem się, gdzie jest, co robi i czy ma się dobrze. – Spojrzała na chwilę w górę, zajrzała mu w twarz. Wyraz jej oczu przypominał spojrzenie łani – tak jak wtedy, gdy miała trzynaście lat. Tylko na niego potrafiła tak patrzeć. W każdym innym przypadku nawet przy usilnych staraniach nie udawało jej się odżegnać od odrobiny chłodu i dystansu, wiecznie tańczących gdzieś na skraju jej uśmiechu, zawsze wybijających się w ostatnich nutach salwy śmiechu. – Kiedy jestem żywa, przynajmniej ciągle się boję i ciągle żałuję, i ciągle boli. I dzięki temu mogę udawać ile chcę i co chcę, więc dam radę też udawać, że cię nie znam i że ani razu nie pomyślałam o tobie przez ostatnie dziesięć lat – ciągnęła z zawziętością. Zabrała dłoń i odsunęła się odrobinę, na tyle, by móc spojrzeć prosto w jego twarz. Czerwone od mrozu, skostniałe palce wciąż zaciskały się przy tym na materiale jego okrycia – może już zamarzły w tej pozycji i nigdy się nie odczepią. Spojrzenie zaś powoli stygło, napotykając nowe kształty kreślone na jego twarzy przez niknące światło.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-07, 00:17   [CYTUJ]
Moon zaśmiał się bezgłośnie w reakcji na słowa brunetki. Pokręcił głową, a przez jego pobladłe oblicze przebiegł wyraz, z którym zwykł patrzeć na nią w czasach, gdy spędzali godziny nad Blue Lake i byli naprawdę szczęśliwi. Tak, tak - popatrzył na nią, jakby nie miała nawet czternastu lat i nosiła lekką, dziwną sukienkę, tańczącą naokoło jej chudych kolan przy każdym ruchu. Popatrzył na nią jak wtedy, kiedy się wygłupiała, próbując go rozbawić idiotycznymi żartami i, choć bardzo starał się być poważnym, mądrym, młodym mężczyzną, za każdym razem odnosiła sukces. Popatrzył na nią z czystą miłością (tak, tak, do diabła, z najczystszą formą miłości) i absolutnej bezsilności malującymi się w spojrzeniu jego piwnozielonych oczu.
Miała go. Jak jasna cholera, znowu go miała.
- Nawiedzałabyś mnie z zemsty, czy z tęsknoty? - spytał, prawie filozoficznie, przemarznięty na kość młodociany Paulo Coelho w drogich i zbyt lekkich butach. Nie oczekiwał odpowiedzi; ważne, że by go nawiedzała. Ważne, że właśnie pozwoliła mu sądzić, że był dla niej tak istotny, że to do niego podążyłaby po śmierci.
Zaraz. A może jednak była martwa? Może tylko kpiła z niego w ramach zagrobowej, należnej mu zresztą, zemsty? Może w jakiś przewrotny sposób próbowała mu zakomunikować, że jego siostra jednak mówiła prawdę? Może Omega rzeczywiście straciła życie i teraz tylko droczyła się z nim - jak kiedyś - udając żywą, podczas gdy w istocie jej serce już dawno zmieniło się w proch i pył?
Przytknął usta do jej skroni. Chłodna, gładka skóra. Delikatne, cienkie włoski układające się w idealną, równą linię brwi. Kosmyk jej grzywki łaskoczący go w kącik ust. Theresa Finley. Duch z przeszłości. Theresa Finley. Jak żywa. Theresa Finley. Ruchome piaski, halucynacja, cała jego tęsknota materializująca się przed nim na tej zaszronionej drodze.
Milczał dłuższą chwilę, nie czując nawet chłodu.
- Tessa - mruknął nareszcie; jego głos był cichy, chropowaty. - Czy ty jesteś prawdziwa? Jeśli tak, to może... Może... Po prostu zamarznijmy tu razem.
Nie ufał w jej realność i nie wierzył w jej nierealność. A przede wszystkim bał się, w nagle odradzającej się w nim dziecięcej naiwności, że jeśli wykona zbyt gwałtowny ruch, albo wyda z siebie zbyt wysoki dźwięk, ta bańka, która ich nagle otoczyła, gwałtownie pęknie.
I straci ją znowu. A na to nie chciał nie mógł pozwolić.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-07, 01:37   [CYTUJ]
Nie potrafiła znieść tego spojrzenia. Chciała zacisnąć powieki, ale było tak samo bolesne, jak hipnotyzujące. Zmarszczyła w wysiłku brwi, kącik ust zadrżał bezwiednie. Słoneczne odpryski tańczące po jeziorze, jej rozwiane włosy przyklejające się do spoconego karku, piasek między palcami u stóp, delikatne wibracje bijące od jego piersi, na której ułożyła głowę, gdy opowiadał jej bajkę o chłopcu, który przegrał duszę w karty z diabłem. Wszystko jak żywe, prawie namacalne. A przy tym absolutnie nieosiągalne i dalekie. I świadomość tego krystalizowała się w jej spojrzeniu, rysowała jej twarz na wzór kogoś dużo starszego, niż dwadzieścia sześć lat. Mimo to udało jej się wygiąć usta w niepewnym uśmiechu, chociaż mało w nim było radości w scenerii reszty twarzy. Wciąż był zdolny, by tak na nią patrzeć.
- Nie wiem. – Na pół słowa, na pół westchnienie. – Po śmierci pewnie nie pamiętałabym, za co miałabym się mścić, nawet jeśli zostałaby tylko ta tęsknota, za którą teraz chcę się zemścić najbardziej. – Jego wrażliwe na muzykę ucho na pewno nie pominęło ledwie słyszalnej nuty rozbawienia w tych słowach.
Zamknęła oczy, gdy dotknął ustami jej skroni. Mógł poczuć, jak jej mięśnie mimiczne drgają, znużone jej emocjami.
- Theresa Finley nie żyje – przypomniała sobie ledwo, oprzytomniała z szoku, ale nie do końca też w równowadze przez podmuch omiatający jej twarz wraz z jego głosem. – Nie ma Tessy. Jestem ja. Omega. Omega jest prawdziwa. – Nie spodziewała się, że wypowiedzenie tego ją zaboli, ale tak było i Omega zmarszczyła lekko nos. Ostatecznie przyznawała się przed sobą, że rozchlapywanie wody z jeziora na wszystkie strony, mokry dżins przylepiający się do łydek, ciepło jego cała promieniujące na bark i policzek, naiwne filozofie, którymi chciała mu zaimponować nie mają prawa już wrócić, inaczej byłyby obrzydliwym kłamstwem. W poszukiwaniu zaczepienia w rzeczywistości, w której Moon stoi przed nią, przesunęła dłonie na jego kark, zahaczając chłodnymi opuszkami palców o skórę szyi. – Słyszałam, że zamarzanie jest jak zasypianie – powiedziała powoli, mozolnie skupiając rozproszone myśli. – A jeśli jakimś cudem się obudzę, a ciebie nie będzie? – wypowiadała to szeptem. Starała się nie zapominać, że Bill zawsze uciekał, zawsze przeciekał jej przez palce, zawsze znikał z jej zasięgu. Starała się przygotować na kolejne zniknięcie.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-08, 12:39   [CYTUJ]
Zabawne, że niedawno wracał pamięcią do tych samych wspomnień, z rozczuleniem (albo rozżaleniem, zależnie od intencji interpretatora) wspominając jej naiwne filozofie. Śpiew niezmordowanych ptaków w koronach drzew. Kwaśne, kruche jabłka przytargane nad brzeg w bocznej kieszeni plecaka. Mrok budzący się powoli w zaroślach, muzyka cykad, okrągłe, śliskie kamyki pod bosymi stopami. Myśl o powrocie do domu równie bolesna, co wizja ukrzyżowania.
- Omega Finley? - zdziwił się. No tak: nowe życie, nowe imię. On też nie był już przecież żadnym Billem, ale nie czuł się już nawet Księżycem. Pewnie powinien był przechrzcić się raz jeszcze, zmienić dane tak, by pasowały do szarości jego życia. Wybrać coś mieszczańskiego i nudnego, wtapiając się w spis mieszkańców Białego Dębu. John, Frank, Bob. Może Tim albo Tom? Proste, krótkie i nijakie. I stojące w cudownej opozycji do Omegi.
Uznał zaraz, że nowe imię brunetki w zupełności do niej pasowało. Była wszystkim naraz, podczas kiedy on był niczym, przynajmniej od niedawna. Nothing Livingstone brzmiało nieźle; zapisał tę opcję w pamięci, do rozważenia.
- Omega Finley. Omega, Omega... - przez chwilę obracał jej nowe imię w ustach niczym landrynkę, oswajał się z nim. - Jeśli jest prawdziwa, jest moja. - dodał, nim zdał sobie sprawę z powagi swoich słów. To była deklaracja. W dodatku poważna. A jeszcze ton, jakim ją wypowiedział... Cóż, nawet jego samego zdziwiło brzmienie jego głosu. Głębokiego, męskiego i władczego. Moja, czyli nienależąca do nikogo innego.
- Omega. Bądźmy poważni. To już nie jest... To nie jest ten sam świat, w którym żyliśmy... wtedy. To już nie jest świat wyobraźni. Znikających chłopców, którzy nie chcą dorosnąć - Teraz, niespodziewanie, przemawiał przez niego dorosły mężczyzna. Rozsądny, logicznie myślący. Trzydziestotrzyletni. - Nie ma magicznych różdżek, którymi ktoś rzucił na nas czar, a potem go zdejmie i któreś z nas rozpłynie się w powietrzu - wyjaśnił, cały w emocjach - Jeśli będziesz chciała zadzwonić, dam ci swój numer. Jeśli będziesz chciała mnie zobaczyć, dam ci swój adres. Jeśli będziesz chciała... Jestem tutaj. - Jego ciałem wstrząsnął lekko dreszcz - Jestem. Tutaj. - Zakończył, chyba próbując przekonać o tym samego siebie.


  Podziel się na:  

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-03, 01:35   [CYTUJ]
Spojrzała na niego z powagą. Nie spodziewała się po nim takich słów. Bała się je potwierdzić i bała się im zaprzeczyć (to akurat byłoby kłamstwo; mógłby nazywać się Nic, ale dla niej wciąż byłby Wszystkim), ale chyba wcale nie musiała. Moon znał ją przecież jak nikt inny, nawet jeśli była teraz zupełnie inną osobą. Na pewno wiedział, co znaczy drżąca nieznacznie dolna warga i sposób, w jaki po kilkunastu długich sekundach wpatrywania się w niego w ciszy, odwróciła wzrok.
- No tak. - Pokiwała za chwilę głową, a potem opuściła ją, jakby na utrzymywanie jej w pionie nie miała już siły. - Zapomniałam, że minęło dziesięć lat. - Zapomniałam, że to nie twojego zniknięcia powinnam obawiać się najbardziej. - Ten świat jest inny, nie ma w nim Tessy, która jest zbyt uparta, żeby odpuścić i która podąża za kimś, kogo kocha najbardziej na świecie na drugi koniec kraju i która jest stosunkowo silna. - Powtórzyła, tym samym rytmem, który tłumaczyła mu to wcześniej. - Jest Omega, która jest twoja, możesz być tego pewien, ale zna tylko uciekanie. - Było w jej słowach coś z oskarżenia. Bo jak śmiał? Jak śmiał dorosnąć i się ustatkować, zacząć normalne życie, w czasie kiedy ona pałętała się bez sensu po świecie, zataczając koła z podkulonym ogonem? Nawet jeśli wróciła w końcu do domu, nic nie było w równowadze. Nawet jeśli postanowiła, że Omega będzie jej ostateczną formą, że nie będzie więcej mącenia, uciekania i udawania, już teraz trudno było wytrwać w tym postanowieniu. I to obecność Moona w jej życiu tak uformowała jej losy. Może i miała predyspozycje do kariery człowieka na wygnaniu od urodzeniu, może gdyby go nie spotkała, i tak wszystko wyglądałoby podobnie, ale w tej rzeczywistości wszystko sprowadzało się do Livingstone'a. Odkąd go poznała, każdy swój ruch wykonywała z myślą o nim. - Jestem pewna, że będę chciała, ale nie wiem, czy przyjdę. Nie wiem, jak długo zostanę w White Oak. Jak długo wytrzymam w jednym miejscu. Nie potrzeba magicznych różdżek i czarów, żebym zniknęła, wystarczy, że jestem tchórzem. - Jeśli wcześniej wyglądała całkiem zdrowo i całkiem normalnie (przy czym wcześniej równie dobrze można rozumieć jako dziesięć lat wstecz), to właśnie przestała. Pierwszy raz mówiła o tym w ten sposób. Drugi raz się przed kimś do tego przyznała, chociaż ten pierwszy był znacznie bardziej kaleki. Wtedy nie poczuła się tak jak w poranek zniknięcia Moona. Teraz pochowane w kieszeniach podświadomości emocje wypłynęły znowu. Może i Omega, w przeciwieństwie do Tessy, była prawdziwa i żyła, ale z duchem wciąż miała wiele wspólnego.


  Podziel się na:  

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-13, 19:43   [CYTUJ]
Słowa o miłości sprawiły, że lodowaty dreszcz usztywnił jego obolałe plecy. Moon nie przywykł do takich deklaracji, brzydził się ich, bo były ludzkie. A on nie chciał być ludzki. Wszystko, tylko nie ludzki. Bo "ludzkie" oznaczało: zniszczalne. Ludzkie oznaczało: śmiertelne. Ludzkie oznaczało: możliwe do skrzywdzenia.
A jednocześnie myśl, że ktoś go kochał... Nie, stop. Myśl, że Omega mogła go pokochać, prawdopodobnie znajdowała się w tym miniaturowym zbiorze marzeń, które Livingstone nosił na dnie swojego księżycowego serca, nie chcąc oczywiście w ogóle przyznać się do jego istnienia (zbioru, nie serca - ono zbyt często i nachalnie przypominało o swoim istnieniu nagłym kołataniem).
Zamrugał, przez chwilę patrzył na Finley w milczeniu.
A potem wszystko przyspieszyło, a ruchy rudowłosego stały się nerwowe, niecierpliwe. Zawsze miał przy sobie notes, zwykłą zbieraninę kartek odkształconych od deszczu i zbyt intensywnego noszenia w wewnętrznej kieszeni płaszcza, spiętą koślawymi zszywaczami. Teraz, dłońmi nagle drżącymi w zupełnie absurdalny sposób, wysupłał notatnik i zaczął go przerzucać, prawie histerycznie, w poszukiwaniu wolnego skrawka przestrzeni. Jakby ktoś go poganiał, jakby liczyło się, by zrobił to najszybciej jak się dało. Jakby Omega miała zaraz zniknąć (była tu, obok, ale lęk, że rozpłynie się w powietrzu, nie mijał). Bał się tak bardzo.
- To mój telefon - wyjaśnił, gdy już nakreślił kilka koślawych cyfr ogryzkiem ołówka - A to adres. Przychodź po południu, ale do siedemnastej. Nie mam wtedy uczniów - wyrzucił z siebie słowa, jakby zapominając, by dodać: I nie ma w domu mojej narzeczonej.
- Nieważne kiedy, Omega, jutro, czy za miesiąc. Przyjdź, kiedy poczujesz... Kiedy zrozumiesz... Chryste! Przyjdź kiedykolwiek - powiedział z błaganiem, autentycznym błaganiem w głosie - Tylko nie bierz ze mnie przykładu. Nie znikaj bez pożegnania.
Wcisnął notatkę w omegową kieszeń i szybko złożył w kąciku jej ust pospieszny pocałunek. Było to ledwie muśnięcie, ale musiała je poczuć, nie mogła się go wyprzeć, udać, że w ogóle go nie zauważyła. Krótki, bo krótki, był to pocałunek pełen tęsknoty. Próbował w ten sposób potwierdzić swoją obecność.
I swoje - kolejne - zniknięcie. Bo zaraz, nim Omega Finley zdążyłaby zacisnąć dłonie na jego nadgarstkach albo materiale płaszcza, Moon Livingstone uciekł. Szary i spłoszony stopił się ze ścianą drzew i nawet, gdyby dziewczyna próbowała go ścigać, nie znalazłaby go wśród kory, deszczu i cieni.
Nie potrafił inaczej.

/zt?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 7:31 am


PRZED DOMEM Ignoruj ten temat
AUTOR WIADOMOŚĆ
white oak



White Oak

Wysłany: 2015-11-29, 17:12 przed domem [IGNORUJ]


[PROFIL] [PM] [E-MAIL]

Podziel się na:


Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-21, 21:01
Zacisnęła w dłoni wymiętą, poszarzałą na załamaniach od kontaktu z dłońmi kartkę.
Była jedynym namacalnym dowodem na to, że spotkanie z Moonem faktycznie miało miejsce, że był tu. Nie ufała swoim wspomnieniom. Ale miała dowód. Miała też potrzebę, by nieustannie sprawdzać, czy skrawek papieru nie zniknął. Kilkukrotnie w panice przeszukiwała łódź dziadka, rozrzucając po podłodze książki i bibeloty, przewracając zawartość kuchennych szafek, żeby znaleźć go na dnie swojej kieszeni (bo przecież piętnaście minut temu wpatrywała się w niego, badała wzrokiem gładką fakturę pożółkłego papieru, szlak rozmazanego odrobinę grafitu, znów zastanawiając się, co powinna zrobić). Bała się, że mogłaby go zgubić, chociaż zdążyła nauczyć się wszystkiego na pamięć (mogłaby nawet odtworzyć zakrzywienie liter i wypisać cyfry w ich oryginalnej odległości od siebie nawzajem). Przyłapywała się na tym, że w zamyśleniu często kieruje się w okolicę, w której mieszkał Moon. Zatrzymywała się wtedy raptownie, odwracała na pięcie i rzucała biegiem w stronę łodzi, spłoszona działaniami swojej podświadomości.
Nie wiedziała, co ma robić. Nie miała pojęcia, jak postąpić z Celią, nie wiedziała, co począć z Moonem. Uciekłaby już dawno, gdyby nie obiecała siostrze, że tym razem zostanie w White Oak - nawet jeśli młodsza Finley nie chciała jej widzieć. Spakowałaby plecak i tym razem wyjechałaby gdzieś, gdzie nikt by jej nie znalazł, w miejsce, w którym mogłaby ukryć się przed całym światem i samą sobą - może w głąb Rosji albo na jakąś małą wyspę na Pacyfiku?
Ale nie mogła złamać słowa danego siostrze; będzie mogła wyjechać, kiedy opowie jej, dlaczego tułała się po świecie przez całe dziesięć lat, nie wcześniej.
Po ostatnim spotkaniu z Celią, Omega czuła się słaba. Niewiele zostało z samozaparcia, które kumulowała w sobie od podjęcia decyzji o powrocie. I, osłabiona, nie potrafiła dłużej się bronić i udawać, że ma kontrolę nad ściskającym ją od wewnątrz pragnieniem, które bała się nawet formułować w myślach - chciała zobaczyć się z Livingstonem. Chciała sprawdzić, czy wciąż na nią czeka, chociaż wzbraniała się przed tym przez ponad miesiąc.
Zacisnęła w dłoni wymiętą, poszarzałą na załamaniach od kontaktu z dłońmi kartkę, stojąc przed jego domem. Przemoczona od siąpiącego deszczu, wahała się przed podejściem do drzwi. Jeszcze walczyła, walczyła przed postawieniem każdego kroku, chociaż wiedziała, że i tak przegra. Zatrzymała się z westchnieniem w połowie podwórka i ukucnęła, opierając dłonie na kolanach.
Może zanim zapuka, wybije piąta, a ona wróci do domu na tarczy, ale ze złudzeniem bezpieczeństwa?


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-21, 23:52
Czekał. Czekał w dozwolonych godzinach, pod nieobecność Michelle. Czekał także, gdy jego narzeczona była obok. Czekał, trzymając delikatne ciało jasnowłosej w ramionach. Czekał przeglądając gazetę przy kuchennym blacie, gdy obydwoje - Hepburn i on - próbowali zachowywać pozory normalnego, zdrowego, amerykańskiego szczęścia, męcząc owsiankę albo stygnącą jajecznicę. Czekał nawet, gdy spał, nigdy nie mogąc w pełni zapaść się w ramiona Morfeusza. Jakby jakaś jego część, jakiś dziki, nieopanowany pierwiastek jego duszy nie mógł odnaleźć spokoju dopóki Omegi nie było obok. Im bliżej, tym lepiej.
Może to właśnie ten pierwiastek nie pozwalał mu się uspokoić przez ostatnie dziesięć lat. Może to właśnie przez tę niespokojną cząstkę musiał się odurzać albo ogłupiać, albo, w desperacji, wmuszać w siebie cudzą definicję szczęścia.
Przy tym wszystkim to nie tak, że wypatrywał Omegi przy oknie. Nie czekał na nią wierny jak pies, bo nie potrafił być nigdy ani wierny, ani posłuszny. Ani cierpliwy. W pewnej chwili zaczął już nawet czuć gniew, irracjonalną wściekłość. Bo co ona sobie wyobrażała? Przyzwyczajony, że najbliższa mu od jakiegoś czasu kobieta była w zasadzie zawsze na jego skinienie, od brunetki oczekiwał tego samego. Powinna była przyjść już następnego dnia po ich spotkaniu! Powinna była zrobić to, o co ją prosił! Natychmiast!
Tymczasem kazała mu czekać i zastanawiać się i blednąć i więdnąć i marnieć i wściekać się jeszcze bardziej, podczas gdy ból tańczył sobie radośnie w dole jego pleców. Każdego dnia coraz intensywniej. Wczesną wiosną, przy zmianach ciśnienia, choroba zawsze dawała o sobie znać ze zdwojoną mocą. Momentami musiał nawet odwoływać lekcje, nie będąc w stanie utrzymać pleców w odpowiedniej pozycji przez te żałosne pięćdziesiąt minut.
Tak się idiotycznie składało, że Moon właśnie krzątał się po kuchni. Choć nie, "krzątał się" nie było odpowiednim określeniem. Livingstone snuł się gdzieś w okolicach blatu, jak porzucone zwierzę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
Samotność trawiła go od środka przejawiając przy tym determinację jeszcze większą, niż mieszkający w rudym pianiście ból. Czuł się absolutnie porzucony. I znów, w tak specyficzny sobie sposób, próbował obarczyć za to winą kobiecą trójcę jego życia: Michelle, Omegę i swoją siostrę. Rozczarowały go, wszystkie razem i każda z osobna. Bo miały swoje życie, podczas gdy on tkwił w tym idealnym, jasnym wnętrzu zamykającym się nad nim jak więzienie.
Nalał sobie szklankę wody i właśnie zbliżał usta do krawędzi, kiedy dostrzegł Omegę kucającą w jego ogrodzie.
Serio. Omega Finley, zgięta w pół, przycupnęła przy krawężniku i wyglądała trochę tak, jakby miała zwymiotować.
Nie minęło sześćdziesiąt sekund, gdy znalazł się przy niej. On, jego demony i kłucie w lędźwiach (czyli, mniej więcej, komplet).
- Tessa... Omega... Finley... - wysapał, kretyńsko zmęczony po tym nagłym sprincie. Opadł na kolano obok niej i odruchowo wyciągnął dłoń, by odgarnąć kosmyk włosów z jej policzka.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-25, 01:20
Pochyliła głowę. Krople deszczu spływały jej po karku za kołnierz; zamknęła oczy, w myślach odliczała do dziesięciu, stu, tysiąca, miliona, ale nie mogła wykonać żadnego ruchu: ani naprzód, ani wstecz. A potem usłyszała trzaśnięcie drzwiami, tupot stóp. Księżycowa choroba znów zaczęła rozprzestrzeniać się w jej krwiobiegu wraz z każdym boleśnie mocnym uderzeniem serca.
Omega uśmiechnęła się pobłażliwie sama do siebie, chowając to wykrzywienie warg wśród zlepionych wodą ciemnych pukli. Kiedy uniosła twarz, nie było już po nim śladu; tuż przed nią, z twarzą na wysokości jej twarzy, znajdował się Moon. Serce kołatało w rachitycznej klatce jej żeber zapewne z taką samą prędkością, co to księżycowe po truchcie.
Nie umiała już chyba wyrażać mimiką lub gestami emocji, które akurat czuła i które wyrazić chciała. Może lata udawania osłabiły połączenia nerwowe odpowiedzialnej za to części mózgu z mięśniami i chociaż jej schorowane ego trzęsło się właśnie w delirii, Omega patrzyła na Moona z nienaturalnym spokojem.
- Chciałam odpłacić ci pięknym za nadobne i uciec bez pożegnania, ale nie dałam rady - powiedziała, a kąciki jej warg uniosły się nieznacznie w krzywym, bezbarwnym uśmiechu. - Teraz nawet nie mogę wyjechać. Ale im dłużej o tym myślałam, tym częściej dochodziłam do wniosku, że i tak zrobiłoby to na tobie marne wrażenie.
Nie umiała przestać tak o tym myśleć, nawet jeśli Moon wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chce ją zobaczyć, nawet jeśli ostatnim razem obejmował ją niemal panicznie, jakby miała rozpłynąć się w powietrzu, nawet jeśli pożegnał ją wtedy ułamkiem pocałunku. Przez dziesięć lat jej ostatnim wspomnieniem o Livingstonie był pusty pokój i wystygła już pościel. Chciała przyjąć do wiadomości, że może być inaczej, ale nie umiała się do tego zmusić, nawet teraz, kiedy w ciszy patrzyła prosto w zielone tęczówki i odnajdywała tam cienie emocji, których nigdy nie widziała w krajobrazie jego porozrzucanych piegów i miedzianych włosów. Tylko jedna myśl, nieznacznie, bo nieznacznie, ale jednak łagodziła te odczucia: Moon wciąż tu jest, tak, jak powiedział.
Omega zachwiała się lekko i dla równowagi złapała za księżycowy rękaw. Zacisnęła na nim palce dużo mocniej, niż potrzeba.
- Zaraz też zmokniesz - powiedziała, a ton zmienił banalne stwierdzenie w kapitulację. Lekko przechyliła głowę w prawo, zastanawiając się, czy Moon zdaje sobie sprawę, co wyprawia z nią sama jego obecność. Jak bardzo widać po niej emocjonalny paraliż, myślową hipotermię, uderzającą do głowy ulgę, ciągnącą ku ziemi obawę?


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-29, 19:38
- Pieprzę deszcz, mogę zmoknąć - odparł krótko i nader treściwie. Było to pierwszym, co przyszło mu na myśl w tej słodkiej, niedorzecznej sytuacji: mogę
zmoknąć i rozpłynąć się z Tobą, Omega i stopić w jedno i wsiąknąć w ciemną, gliniastą ziemię i przemknąć do jej jądra i spłonąć w jego wnętrzu o temperaturze sześciu tysięcy stopni Celsjusza tak, abyśmy już zawsze byli razem. Uznał jednak, że wypowiedzenie tej kwestii mogłoby Omegę jedynie zażenować. Co on sobie myślał, że złapie ją na haczyk absurdalnych, tanich, pseudopoetyckich wymysłów? Prawda, raz mu się to udało, ale to było w czasach, w których nosił uczniowską grzywkę, a ona nie była pełnoletnia, czy nawet prawnie dozwolona. Dziś sądził, że z tym całym "abyśmy już zawsze mogli być razem" tylko zrobiły z siebie, w ciemnych, mądrych oczach Omegi, pośmiewisko. Bo czy to nie było idiotyczne? Naiwne? Czy nie było to jedynie głupim marzeniem, jakiego snucie nie przystoi dorosłemu mężczyźnie w świeżo wyprasowanej koszuli? Przecież w świecie dorosłych zawsze nie istniało, a razem nie oznaczało nic konkretnego.
Zamiast mówić cokolwiek, nakrył jej dłoń swoją. Przez ułamek sekundy patrzył na krople osiadające na jego chłodnej, pokrytej piegami skórze i zsuwające się na dłoń Omegi po zjeżdżalniach jego ścięgien.
- Nie możesz wyjechać? - podchwycił, gdy jego oszalałemu mózgowi udało się wreszcie przetworzyć jej ostatnią wypowiedź - Co to znaczy, że nie możesz wyjechać, Omega? - zapytał z powagą, uważnie jej się przyglądając. Nie chciała, czy nie mogła? Bo jeśli nie chciała, to przecież zaraz mogła zachcieć, prawda? A jeśliby zachciała, to zawsze mogła zniknąć. Tessa nie miała w zwyczaju uzależniania swoich czynów od chwilowych zachcianek, od impulsów zrodzonych znikąd. Ale Omega... Przyglądając jej się, tej samej, a jednak odmienionej, przeczuwał, że Omega była inna. Jeśliby zachciała, mogła zrobić wszystko. Wrócić albo zniknąć. Pojawić się lub rozpłynąć w powietrzu. Jak byt zupełnie wolny i nie do końca ludzki. Jak on. Kiedyś. Nim dla pozornego spokoju ducha dobrowolnie wskoczył w sidła konwenansów.
Ale - rozumował dalej - jeśli nie mogła, to sprawy miały się inaczej. Jeśli w White Oak trzymało ją coś jeszcze poza jej własnym widzimisię, to zyskiwał gwarancję, że Omega nie wyjedzie tak po prostu. A jeśli nie wyjedzie, to będzie blisko. od Skoro zaś będzie blisko, to będzie jego. Znowu i na zawsze. To było logiczne rozumowanie, prawda?
Przynajmniej teraz. Na mokrej, pachnącej trawą ziemi kilka metrów od jego Nowego Domu. Który usilnie budował u boku innej kobiety.
- Wejdziesz do środka? - zapytał. Zupełnie, jakby zapraszał demona. Jakby zachęcał go do przejścia przez osypany solą próg.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-13, 14:48
- Rozchorujesz się - szepnęła chicho i wierzchem dłoni wytarła ze skraju jego twarzy krople deszczu, szukające sobie koryta wśród jego porów. Nabrała przy tym głębokiego wdechu i długo trzymała nadmiar powietrza w płucach, dopóki nie pojawił się bezsilny, głuchy ból. Nie pomogło to w otrzeźwieniu się, bo taki miała w tym cel. Wciąż czuła się otumaniona, jak owad obijający się od ścian słoika w poszukiwaniu wyjścia.
Moon nie mógł powiedzieć nic, co by go ośmieszyło. Co prawda Omega już od dawna nie wierzyła w zawsze i w razem, ale w jego ustach każde słowo brzmiało dla niej inaczej. Te brzmiałyby pewnie prawie tak, jakby miała na nowo dać się przyciągnąć ich znaczeniu i na chwilę stać się namiastką naiwnej trzynastolatki, której mózg automatycznie wyklucza z obrazu świata wszystko, co nie pasuje do idealnej wizji idealistycznego umysłu.
- Celia. Moja młodsza siostra, pamiętasz? Nie mogę znowu od niej uciec - wyjaśniła. Samo wspomnienie ostatniego spotkania z młodszą Finley pogłębiło jej zmęczenie. Nie chcę cię więcej widzieć. Nie chcę z tobą rozmawiać. Nie możesz powiedzieć nic, co by to zmieniło. Omega pokręciła lekko głową, w myślach po raz setny recytując słowa Celii. - Nie chce mnie znać. Pewnie wolałaby, żebym jednak uciekła. A ja znowu zignoruję jej uczucia - dodała i uśmiechnęła się przy tym zupełnie mimowolnie; prawie jakby to było coś dobrego, ale jednak uśmiech był tym samym, który prawie nie schodził jej z twarzy przy Celii: wyuczonym fizycznym aktem pozbawionym jakichkolwiek emocji, nawet tych złych, które przynajmniej udowadniałyby teorię, że Omega wciąż jest w pełni sprawnym człowiekiem zdolnym do odczuwania. Zdaniem Celii najprawdopodobniej nim nie była, chociaż odkąd tylko postawiła nogę w obrębie swojej rodzinnej miejscowości, była niczym, oprócz emocji, kłębkiem sprzecznych uczuć walczących ze sobą o dominację.
To działo się także teraz. Już na samą myśl o Moonie zbierały się w niej chmury, zwiastując huragan, a gdy kucał naprzeciw niej, dłonią przykrywając jej skostniałe palce, zrywał się wiatr, tarmosząc jaj wnętrznościami i wyginając je na wszystkie strony. Zagryzła wargę, słysząc jego propozycję.
- Wejdę - powiedziała cicho, niemal niepewnie. Pokiwała twierdząco głową, by tę niepewność odgonić; mokre strąki zatańczyły przy tym wokół jej twarzy. Podniosła się, oburącz pociągając Moona w górę z dłoń. Wbrew wszystkiemu, obok niego czuła się silniejsza. W końcu nigdzie na świecie nie czuła się na swoim miejscu - tylko przy nim, lekko opierając się barkiem o jego smukłe, księżycowe ramię.


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-18, 11:24
Księżycowym ramieniem Livingstone zaraz zresztą otoczył ją odruchowo, nieprzemyślanie, pociągając w stronę domu, który kusił ciepłym światłem sączącym się przez uchylone drzwi wejściowe. Ten gest był automatyzmem, wyzutym z wyrachowania, którym Moon zazwyczaj mógł się popisywać. Większość jego zachowań i decyzji - do czego przyznawał się sam przed sobą bez dumy, ale i bez większych oznak wstydu - było efektem skomplikowanych kalkulacji i analiz. Ileż to razy udawał, że robi coś emocjonalnie (całował odpowiednie usta odpowiednich dziewcząt i chłopców, ściskał odpowiednie dłonie, pukał w odpowiednie drzwi niby spontanicznie), podczas gdy tak naprawdę za jego postępowaniem nie krył się żaden konkretny afekt, a jedynie wynik skrupulatnych obliczeń. Jeśli chcę X, podpowiadał Moonowi wielokrotnie jego nadżarty przez nieokreślone schorzenie mózg, to muszę zrobić Y, zbliżyć się do Z i tak dalej i dalej. Jeśli ktoś szukał niewinności i prostolinijnej szczerości to przykro mi, naprawdę, ale w tej rudowłosej, piegowatej istocie o twarzy zbyt młodej jak na jej biologiczny wiek, szukać jej miał na próżno.
Z wyjątkiem chwil, w których Moon znajdował się przy Omedze. Oczywiście przez większość czasu trzymał swój fałszywy fason, ale potem nagle, w sposób dla siebie niezrozumiały i z równie niezrozumiałych przyczyn, tracił rezon i animusz i tracił rytm. I robił to, co naprawdę chciał zrobić, nie zaś to, co, jak sądził, powinien, dla własnego dobra albo powinien, dla dobra sprawy, albo co po prostu wypadało zrobić.
I tak właśnie, obejmując Omegę i prowadząc do swojego nowego domostwa, Moon nie miał na uwadze żadnego wyższego celu. Po prostu chciał, a może nawet musiał mieć ją blisko, mieć ją tu i teraz, nawet nie fizycznie, choć tak to może brzmieć, a po prostu na jakimś wyższym poziomie. Na poziomie bliskości, której dotąd nie czuł nigdy w obecności...
Nikogo innego? Nawet swojej siostry, tego kruchego motyla ze zmiażdżonym skrzydłem. Nawet Michelle, kotwicy, która trzymała go w rzeczywistości, gdy odlatywał za mocno w swój mroczny, niebezpieczny świat.
- Nie rozumiem, co mówisz - powiedział szczerze - Dlaczego zamierzasz tkwić przy kimś, kto nie chce cię znać? To z poczucia obowiązku? Z wyrzutów sumienia? - drążył, ale bez gniewu. Po prostu chciał wiedzieć - To takie do ciebie niepodobne, Omega - nie powstrzymał się od oceny, intensywnie wpatrując się w brunetkę.
Pchnął drzwi i przepuścił Omegę, niechętnie wypuszczając ją z koślawego objęcia. Ciepło, które owionęło ich w środku domu, sprawiło, że ciałem Livingstone'a wstrząsnął krótki, nieprzyjemny dreszcz, jak zawsze biegnąć do punktu zapalnego w dole jego lędźwi.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-23, 00:32
- Jakby się nad tym dłużej zastanowić, to właśnie cała ja – powiedziała, śmiejąc się głucho. Posłała mu przesycone znaczeniami spojrzenie, nasiąknięte w myślach, które tylko on mógł zrozumieć i odczytać. – W końcu zawsze najbardziej pragnęłam tego, czego nie mogę mieć – wyjaśniła. Gdy była młodsza, Celia zawsze była z nią, zawsze u jej boku. Była siostrą i najlepszą przyjaciółką w jednej osobie, mimo że dzieliła je spora różnica wieku. Nawet jeśli nie mogła zrozumieć wszystkiego, co wyrastało w roztrzęsionej hormonami głowie wchodzącej w okres dojrzewania dziewczynki, Celia zawsze była tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Była tak oczywistym, tak bardzo stałym elementem jej życia, że gdy pakowała rzeczy w dzień swojej ucieczki, nawet nie pomyślała, że mogłaby zrobić z nią cokolwiek oprócz tego, co z całą resztą swojej dotychczasowej egzystencji – porzucić. Dopiero gdy jej siostra nie mogła na nią patrzeć, nie potrafiła nawet przebywać w jej obecności bez złości, Omega tak naprawdę odczuwała jej brak i naglącą potrzebę, by wszystko było po staremu. A może rozumiała to źle, może tak naprawdę wróciła, spodziewając się zastać miasto dokładnie takim, jakim je zostawiła i nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że została wymazana z tego świata, z tego życia, uznana za wspomnienie? W każdym razie, wypowiadając te słowa, nie tylko to miała na myśli – przede wszystkim mówiła o Moonie. Zawsze odległy, zawsze nie jej albo nie do końca jej, zawsze poza zasięgiem – zawsze był jej najbardziej potrzebny. Przeszło jej teraz przez myśl, że to cud, że była w stanie oddychać, kiedy jego nie było w pobliżu. Wyobrażała sobie, że gdyby zniknął znowu, wyssałby cały tlen z atmosfery tym zniknięciem i sama myśl o tym sprawiła, że musiała złapać się jego ubrania, jak mała, przerażona dziewczynka.
Puściła go bardzo niechętnie, gdy przepuszczał ją w drzwiach. Zawahała się chwilę przed wejściem – miała wrażenie, że tym samym krokiem, którym przestąpi próg jego domu, przejdzie nad innym, metaforycznym progiem. Ale nie miała siły z tym walczyć. I nie chciała z tym walczyć. Bardzo pobieżnie obrzuciła wnętrze spojrzeniem, za to powoli nabrała powietrza w płuca. Znalezienie się we wnętrzu, które pachniało Moonem sprawiało wrażenie, jakby wślizgnęła się do jego klatki piersiowej i zwinęła w kłębek wśród żeber, otoczona Livingstonem z każdej strony – o czym skrycie marzyła od trzynastu lat. Odwróciła się powoli w jego stronę i posłała mu niepewny uśmiech.
– Dziwne – powiedziała cicho, splatając ręce na brzuchu. – Ale właśnie pierwszy raz w życiu poczułam się… jak w domu.

/zt i gdzieś do środka?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 7:44 am

- Przynajmniej ty - rzucił, w zasadzie bez żalu, raczej z lekkim rozbawieniem. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu domostwa trochę tak, jakby znalazł się w nim po raz pierwszy w życiu. Wnętrze marzeń, pomyślał, ściągając brwi. Drewniane, lakierowane na biało balustrady schodów rekompensowały z listwami przypodłogowymi. Ogromne okna wychodziły na odrobinę zaniedbany, lecz wciąż piękny ogród, który z pewnością rozkwitłby ze zdwojoną siłą pod ręką ogrodnika bardziej wprawnego, niż humorzasty Livingstone lub jego towarzyszka życia. Jasne oświetlenie podkreślało piękno kolejnych wnętrz, surowych i niedopieszczonych, lecz przy tym olśniewających. Nowość, czystość i gustowna prostota zachwycały, przywodząc na myśl śliskie strony magazynów o designie. Ten dwukondygnacyjny budynek z poddaszem, garażem i całą masą niepotrzebnych udogodnień- z racji położenia dość tani jak na swą urodę - w niczym nie przypominał mieszkania, które Moon zwykł dzielić z Michelle w Nowym Jorku. W porównaniu z tamtą dziurą, był jak pałac. Ale nigdy, choć przecież mieszkali tu już dłuższą chwilę, Moon nie nazwał go Domem. Nigdy nawet nie pomyślał o nim w ten sposób.
Nigdy; dopóki Omega go tak nie nazwała.
Przez ułamek sekundy, dosłownie mgnienie, wyobrażał ją sobie w roli Michelle. Omegę robiącą śniadanie w tej pięknej, przestronnej, funkcjonalnej, obcej mu kuchni. Omegę błądzącą w bezsenną noc po półpiętrach jak zjawa. Omegę na stopniu ogrodowych schodów, z kopaczką w dłoni i nieszczęśliwą miną.
Zaraz jednak nabrał ochoty, by samemu sobie wymierzyć policzek. Jak mógł... Jak mógł w ogóle o tym pomyśleć? Jak mógł, nawet przez króciutką chwilę, chcieć zastąpić jedną... drugą?
A potem w jego biednym, strasznym i smutnym umyśle zaświtała jeszcze inna myśl. Czy możliwym byłoby, w tej lub innej rzeczywistości... mieć je obydwie?
- Cały czas czuję, jakby ten dom na mnie czyhał, Omega - wyznał szczerze, bez pewności po co w ogóle to mówi. - Czuję się jak mysz na milisekundę przez wpadnięciem w pułapkę. Ale jest piękny, nie? Michelle go uwielbia - skłamał, pewnie wyłącznie dlatego, że poczuł przemożną potrzebę, by wspomnieć narzeczoną choć raz w całej tej niespójnej rozmowie. Jakby mówiąc o niej podkreślał swoją wierność. Jakby jej imię wspomniane mimochodem znaczyło więcej, niż i, że cię nie opuszczę...


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-16, 20:32
Miała wrażenie, że Moon nie wychwycił powagi tego wyznania – ona, Theresa Omega Finley, czuła się gdzieś jak w domu. Ona, osoba, która w poszukiwaniu tego uczucia wydarła z piesi serca wszystkich swoich bliskich i na swój sposób umarła, ale nawet ten wielki gest nic w tej sprawie nie wygrał; ta, która przebyła wiele, wiele kilometrów, żeby tylko móc powiedzieć to, co właśnie powiedziała. Dziewczyna, która widziała zachód słońca ze wszystkich dostępnych człowiekowi perspektyw, a jednak żadna z nich jej nie zadowoliła. Właśnie ta Theresa Omega Finley czuła się tutaj jak w domu.
Nie obchodziło jej zupełnie, jak ten dom wyglądał. Nigdy nie była szczególnie wybredna, a ostatnie przejawy była zmuszona wyplenić, żeby ukończyć swoją podróż i pozostać przy (stosunkowo) zdrowych zmysłach. Niestraszne jej były baraki, wraki aut, dworcowe ławki, opuszczone fabryki albo łono natury. Nigdy też nie precyzowała w wyobraźni idealnej wizji swojego domu. Nie marzyła o białym płocie, czerwonej dachówce, nie rozliczała się z liczby pokoi i rodzaju ogrzewania. Nic jej to nie obchodziło, bo najwyraźniej jedynym elementem, którego potrzebowała do szczęścia był on.
Był Moon. Bill. I wiedziała to nie od dzisiaj, ale do tej pory próbowała wmawiać sobie, że może być inaczej, że kiedyś przyzwyczai się do życia, w którym on nie odgrywa żadnej roli. Szukała po całym świecie czegokolwiek, co zastąpiłoby uczucie, jakie w niej wzbudzał. Miała nadzieję, że znajdzie się ktoś lub coś, co będzie jak brakujący element układanki, co sprawi, że będzie się czuła pełna, skończona. Ale nieważne, gdzie się znalazła, jak wiele pięknych miejsc zobaczyła, jak wiele ludzi poznała, wciąż czegoś jej brakowało. Nic nie było w stanie zaspokoić tej tęsknoty, która rosła w niej od dziecka i która z czasem zaczęła spowijać także inne uczucia, a w końcu każdy element jej istnienia. Prawda była taka, że tylko dwa razy w życiu nie czuła potrzeby uciekania. Raz, gdy Moon wprowadził się do White Oak i pokazał jej kawałek swojego świata, choćby przypadkiem, ale jednak pokazał i drugi, gdy odnalazła go w tamtym squocie – nawet biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się w tamtym upiornym budynku, wciąż czuła się wtedy bezpieczniejsza, niż w dowolnym momencie swojego życia, kiedy Livingstone’a akurat nie było na wyciągnięcie ręki. Może to było niezdrowie, może powinna wciąż starać się to z siebie wygnać, ale w tamtej chwili co innego uznała za lepszy pomysł.
Pomyślała, że czas przestać się okłamywać. Przestać udawać, że jest w stanie w ten sposób funkcjonować, funkcjonować bez niego. Pomyślała też, że chce, by Moon o tym wiedział i odwróciła się w jego stronę, chcąc patrzeć mu prosto w twarz, kiedy będzie mu mówić, że jest dla niej najważniejszą osobą we wszechświecie, zawsze był i zawsze będzie.
Ale zanim zdążyła, odezwał się Moon. Na dźwięk obcego jej żeńskiego imienia miała ochotę schować się w sobie.
- Kim jest Michelle? – spytała, chociaż wcale nie chciała wiedzieć i dało się to wyraźnie usłyszeć w sposobie, w jaki wypowiedziała każdą sylabę – ze strachem.


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-21, 11:51
Przez ułamek, dosłownie urywek sekundy, krótkie, ledwie uchwytne mgnienie czasu, dostrzegł w twarzy Omegi coś, co obudziło w nim niepokój jeszcze większy niż ten, który odczuwał dotychczas. Coś czaiło się w kącikach jej ust, coś rodziło się w źrenicach jej ciemnych oczu o uważnym spojrzeniu. Coś, czego się nie spodziewał, jakieś wyznanie. Albo rzecz, której obawiał się najbardziej na świecie: prawda. Prawda była jego przekleństwem i choć mówiło się, że nawet gorzka, jest lepsza niż najsłodsze kłamstwa, Moon wcale nie podzielał tego poglądu. Od dziecka wolał fałsz. Może dlatego, że wychował się atmosferze wiecznej gry pozorów. W atmosferze kłamstw, nawarstwiających się i plączących ze sobą nawzajem czuł się bezpieczniej. Jak w domu, dosłownie i w przenośni. Za to prawda była jak światło. Raziła go. Może nawet parzyła.
Na szczęście zanim zdążył popaść w panikę, dostrzegł w twarzy Tessy zmianę. Coś, co jeszcze chwilę temu się w niej budziło, nagle znów usnęło. Uspokoiło się. Moon Livingstone chyba zatem znów był bezpieczny.
- Michelle jest... - zaczął w odpowiedzi na pytanie i aż musiał przystanąć, opierając dłonie na fortepianie. Michelle jest... zadudniło w jego głowie. Michelle była jego kobietą. Jego miłością. Michelle była też nauczycielką tańca. Nieszczęśliwą w miasteczku zbyt małym jak na jej potrzeby. Michelle była również dobrym człowiekiem. Ale była też przeszkodą. Była tym, co nie pozwalało mu pocałować pełnych, ciemnoróżowych warg Omegi Finley. Była tym, przez co zabraniał sobie wziąć ją w ramiona, przycisnąć do ściany, posiąść, wreszcie, nie zważając na potworny ból, na idiotyzm konwenansów, na potencjalne wyrzuty sumienia. Gdyby nie Michelle, pewnie nawet nie musiałby myśleć o konsekwencjach postępowania, któremu naprawdę chciał się teraz oddać. - Michelle jest moją narzeczoną, Omego. Mieszkamy tu razem.
Było to zaklęcie albo wyrok, sam nie wiedział. Paradoksalnie jednak poczuł się lepiej wypowiedziawszy te słowa: powiedział jak było. I nic wielkiego się nie stało, prawda? Niebo nie runęło im na głowę, ziemia nie zapadła się pod ich stopami. Nie pochłonęła ich żadna piekielna otchłań, gromy nie spadły na ich ramiona. Nadal stali, jak chwilę wcześniej, w tym pięknym pomieszczeniu, mierząc się nawzajem spojrzeniami smutnych oczu. Omega i Moon. Tessa i Bill. Teraz już wiedziała i mogła nienawidzić go z podwójną mocą. W pewnym sensie nawet liczył, że go znienawidzi. Że zacznie się go brzydzić. Może nawet go spoliczkuje? Wyzwie? Albo po prostu porzuci. Wówczas to ona byłaby tą winną.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-22, 00:06
Cisza i spokój, które zapadły w pomieszczeniu po wyznaniu Moona wydały się Omedze nienaturalne. Osuwające się na nich niebo lub uciekająca spod stóp ziemia lepiej spełniłyby w tej chwili jej oczekiwania. Z tego powodu przez chwilę nawet się nie poruszyła, a gdy w końcu drgnęła, odkrycie, że jej mięśnie wciąż funkcjonują jak należy, również wydało jej się dziwne. Wciąż oddychała, jej serce wciąż pompowało krew (nawet jeśli dużo szybciej, niż zwykle), mięśnie, ścięgna, nerwy, organy, wszystko było na swoim miejscu - a jednak mogłaby przysiąc, że czegoś zabrakło. Miała ochotę obejrzeć się od stóp do głów i sprawdzić, czy nigdzie nie pojawiła się blizna po otworze, przez który to coś z niej wyciągnięto, chociaż zdrowy rozsądek mimo wszystko wciąż był na swoim miejscu i wiedziała, że nic takiego nie znajdzie.
Czuła się też trochę, jakby straciła panowanie nad swoim ciałem i tylko patrzyła na poczynanie kogoś, kto używał go za nią - kogoś znacznie bardziej opanowanego. Kogoś, kto był w stanie odwrócić wzrok od Moona, uśmiechnąć się bez emocji, skrzyżować ręce na piersi i przejść kilka kroków z twarzą schowaną we włosach. Wprawne oko wychwyciłoby delikatne drżenie dłoni, sztywną postawę i pustkę w spojrzeniu - jedyne oznaki, że to wciąż była Tessa, która znowu musiała zmierzyć się z faktem - wprawdzie nie nowym, ale którego uświadamianie sobie niezmiennie wywoływało te same emocje: Moon zawsze był odległy, zawsze nie jej albo nie do końca jej, zawsze poza zasięgiem. Na chwilę schowała twarz w dłoniach, musząc przypomnieć sobie, jak układa się słowa w zdania i wyglądała pewnie, jakby w końcu coś w niej pękło i miała się rozpłakać - pierwszy raz od dziesięciu lat - ale gdy znów spojrzała na Moona, jej oczy były suche - tylko zgaszone - a usta wyginały się w uśmiechu - tylko smutnym.
- Jednak zostałam sama - powiedziała, bardziej do siebie, niż do niego. Została sama. Moon wszystko sobie ułożył. Moon miał dom, narzeczoną, pracę, wyobrażała sobie, że również plany. Moon prowadził normalne życie, przestał być Billem, pomnikiem idealizmu z jej wyobrażeń, chłopcem goniącym za czymś nieuchwytnym. Moon dorósł, a ona wciąż była zaplątaną w tęsknotę i ucieczkę dziewczynką pomieszkującą ukradkiem na łodzi dziadka, na którą się włamała. Została sama. - Nie potrzebujesz mnie, Moonie Livingstone - oznajmiła, poważniejąc i wdychając głęboko zapach domu, jednocześnie zastanawiając się, czy da radę się z tym zapachem raz na zawsze pożegnać - co powinna zrobić.


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-28, 19:14
Ulga, jaką Livingstone odczuł po wypowiedzeniu ostatnich słów, momentalnie ustąpiła zwierzęcemu przerażeniu gdy zobaczył Omegę kryjącą twarz w dłoniach. Myśli, jeszcze przed chwilą płynące rytmicznie i sensownie, zapętliły się w jego głowie, zasupłały na kształt gordyjskiego węzła. Tak swoją drogą, kolejny węzeł powstał także w jego krtani, w gardle, nagle tak zaciśniętym, że niezdolnym do artykulacji jakiegokolwiek wyrazu.
Księżyc nigdy nie nauczył się odpowiednio reagować na kobiecy płacz. Jego matka płakała tak często, że jej łzy szybko przestały dlań cokolwiek znaczyć. Płakała, gdy chciała by dla niej zagrał, płakała, gdy chciała by ojciec przestał ją bić, płakała, gdy chciała by jego siostra nie wychodziła z chłopcami w czwartkowe popołudnia by wrócić w sobotę nad ranem w amoku i porwanych rajstopach. Ignorował jej wilgotne oczy, jej usta wygięte w podkówkę. Matczyny szloch wkrótce przestał robić na nim jakiekolwiek wrażenie, był po prostu elementem nierozerwalnie związanym z przebywaniem w rodzinnym domu. A wiemy, że w tym Moon nie przebywał za często odkąd tylko nauczył się prowadzić i zrozumiał, że nie musi tłumaczyć się mamusi z każdej nieobecności przy jadalnianym stole.
Michelle za to nie płakała przy nim chyba prawie nigdy. Podejrzewał, że czasem szlocha w poduszkę albo pod prysznicem; samemu to robił, gdy był w domu sam, a ciężar codziennej egzystencji w chorym i smutnym ciele przygniatał go zbyt mocno. Nie była jednak dziewczyną mającą w zwyczaju wpadanie w ramiona swego mężczyzny by zalać jego koszulę łzami (i pewnie jeszcze zaślinić i zasmarkać, a co!). Może jej łzy zamarzały od tego jej, pomyślał sobie, wrodzonego chłodu, zanim zdążyły w ogóle opuścić kanaliki łzowe? Wyobraził sobie kruche ciało Hepburn wypełnione milionem błyszczących, niespożytkowanych kropelek zamienionych w kryształ.
- To, że cię nie kocham, nie znaczy, że cię nie potrzebuję - powiedział, nim zdołał powstrzymać nietrafione słowa. Cóż to w ogóle miało oznaczać?! Nie rozumiał własnych reakcji i chyba właśnie zaczynał się ich brzydzić. - A to, że cię nie potrzebuję, nie znaczy, że cię nie kocham - dodał.
A potem wykonał kilka kroków, z monstrum Bechterewa ryczącym w jego lędźwiach i nim Omega zdążyłaby go powstrzymać, przycisnął wargi do jej warg, tak po prostu, może nawet bez świadomości własnych czynów. Chwycił się ostatniej deski ratunku po prostu dlatego, że tonął. Tonął absolutnie; niemal czuł, jak woda (woda? jaka woda? nadal przecież stał w swoim designerskim salonie, otoczony mnóstwem drogich, niepotrzebnych rzeczy, wypełniony lękiem po brzegi) zalewa mu nozdrza i wlewa się do płuc. Zawsze miał skłonność do porywczości i dramatyzowania. Ale tym razem jego reakcja nie była chyba przesadna. W spojrzeniu Tessy odnalazł bowiem zapowiedź odejścia, a przecież mówiłam już tyle razy, że nie mógł jej stracić dzisiaj, ledwie kilka dni po jej odzyskaniu.

edit: przeczytałam Twój podpis i chyba się popłaczę, posikam i porzygam ze smutku! boże jaki piękny!!!


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-29, 16:07
Nie potrafiła płakać – tak to należy określić. Ani przy ludziach, ani w samotności. Kiedyś łzy stawały w jej oczach i łapały się rzęs przy byle okazji; wystarczyło trochę wściekłości, bezradności, smutku, tęsknoty, frustracji albo wzruszenia, naprawdę niewiele, zaledwie odrobinę. Ale zniknęły i Omega nie miała pojęcia, co się z nimi stało. Nawet w momentach największej rozpaczy jedyne, co mogło się z niej wydobyć, to suchy szloch, prawie zwierzęcy skowyt. Ale nie łzy, nigdy łzy. Wiedziała tylko, że zniknęły, gdy umarła w niej Tessa. Teraz też nie zamierzały się pojawić, nawet jeśli wydawałoby się, że to najwłaściwsza reakcja organizmu na to, co w tej chwili czuła – więc Moon nie musiał się tego obawiać.
Spojrzała na niego z przerażeniem, gdy zaczął mówić i ledwo zauważalnie pokręciła głową. Nie chciała tego słuchać, zresztą była przekonana, że Moon opacznie zrozumiał jej słowa, bo nigdy nie zamierzała go o nic prosić, nie oczekiwała od niego miłości i to nie taką stratę miała na myśli, gdy powiedział jej o Michelle. Chciała mu powiedzieć, że to poczucie… chyba nawet zdrady brało się z faktu, że wybrał normalność, którą przed laty ona sama odrzuciła właśnie dla niego. Pogrzebała swoją normalność, żeby móc być taka jak on. Żeby móc go rozumieć. I tak, był to niedojrzały akt szesnastoletniej dziewczyny, zupełnie bezsensowny, nieprzemyślany i bezskuteczny skutek młodzieńczej fascynacji, ale dopiero teraz poczuła, że był również bezcelowy, skoro teraz Moon żył otoczony normalnością, której ona nie potrafiła już odzyskać. Chciała mu też powiedzieć, że w duecie zawsze będą potrafili być tylko nieszczęśliwi, ale zanim zdążyła się odezwać, Moon znowu się odezwał, tym razem jeszcze bardziej mącąc jej w głowie. A potem, gdy ją pocałował, wszystko z niej wyparowało. Ręce same objęły go za szyję, ciało bezwiednie przysunęło w jego kierunku i nawet przez chwilę nie przeszło jej przez głowę, że całuje ją w miejscu, w którym stara się stworzyć dom z kobietą, której zamierzał spędzić resztę życia. Dopiero gdy odsunęła się odrobinę, dosłownie na milimetr, mając w planie na chwilę złowić jego spojrzenie, odezwał się w niej niepokój. Rzeczy zbyt piękne prawie nigdy nie były przecież takie w istocie.
- Jeśli chcesz w ten sposób zapobiec mojej ucieczce, to przypominam, że i tak nie mogę wyjechać – powiedziała cicho, dłońmi uczepiona jego kołnierza, wciąż odrobinę wilgotnego. Miał rację, chciała uciec, naprawdę chciała zostawić za sobą ten niepokój, oczekiwanie na coś strasznego, na swój kolejny zgon i wyjechać gdzieś, gdzie nikt nie będzie wiedział, że już kiedyś umarła ani kim była, zanim to się stało. Ale nie mogła – nawet gdyby nie było Celii, zwyczajnie by nie potrafiła, tak jak nie potrafiła się teraz odsunąć. Tak działała księżycowa choroba.

Prawda??? I tak idealnie do nich pasuje, jeszcze te ciała niebieskie!


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-17, 13:11
Tak, właśnie tak działała księżycowa choroba: jak magnes przystawiony niespodziewanie do moralnego kompasu. Kiedyś, jeszcze za czasów Billa i Tessy czerpał niesamowitą przyjemność z wystawiania stabilności Omegi na różnorakie próby. Próbował ją podpuszczać. Wkręcać, mówiąc kolokwialnie. Podjudzać do ryzykownych zachowań, do wychylania jednego kieliszka za dużo. Będąc Billem - młodym, ślicznym i sprawnym chłopcem z astronomicznym imieniem i astronomicznymi sumami na koncie - bawił się szampańsko mącąc młodym dziewczynom w małych główkach. Tessa, z tymi wielkimi, ufnymi oczami i skłonnością do ślepego zawierzania wszelkim słowom, które opuściły jego usta, była jego ulubioną ofiarą. Krzywdził ją może, ale przecież nie protestowała, prawda? Zakładał więc, że obydwoje dobrze się bawią. Zakładał, że ma prawo łamać jej serce, skoro sama niemalże wyciągała je w jego stronę na dłoni.
Dziś mieszał jej w głowie raczej nawykowo. Niecelowo; bardziej dlatego, że sam nie wiedział co dokładnie czuje. Potrafił zidentyfikować jedynie fizyczny ból i poczucie winy, od którego uciekał systematycznie i sprawnie.
Ręce Omegi przy przemoczonym kołnierzu jego koszuli i to znajome spojrzenie sprawiły, że raczej instynktownie niż świadomie pocałował ją znowu. Ten pocałunek nie smakował już tak mocno desperacją; raczej niesprecyzowanym uczuciem, słodkim i gorzkim jednocześnie. Jak wiśnie z cykutą.
Kiedy zamknął oczy, pod jego powiekami zjawiła się niespodziewanie Michelle Hepburn. Michelle, kobieta, którą kochał. Michelle, która była dobrym człowiekiem. Michelle, istota, u boku której naprawdę chciał spędzić resztę życia. I nadal bez jednego mrugnięcia obstawał by przy tym. Gdyby nie pojawienie się Omegi.
Odsunął się od niej gwałtownie. Głupie, niezrównoważone ciało niebieskie w ludzkiej postaci. Chłopak z innej planety.
- Co ty mi robisz, Omego Finley? - spytał, w nerwowym geście przeczesując wilgotne jeszcze kosmyki włosów, by w końcu spleść dłonie na karku. To pytanie tylko rozpaliło w nim winę; płonęła teraz żywym ogniem gdzieś po lewej stronie jego klatki piersiowej. - Co my z tym zrobimy?
Jak zawsze próbował dzielić się odpowiedzialnością, którą w istocie powinien był wziąć wyłącznie na siebie. On, dorosły mężczyzna. Odwiecznie paranoicznie bojący się dojrzeć.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-21, 20:28
Kiedy jeszcze była egzaltowaną smarkulą z oleistą cerą, ekscentryczną garderobą i zamiłowaniem do kontrowersji, była przekonana, że ona i Bill są partnerami. Kochała go już wtedy, ale była na tyle rozsądna, by wiedzieć, że dzieli ich zbyt duża różnica wieku - doszła jednak do wniosku, że wystarczy jej ta przyjaźń. Zapatrzona w Livingstone'a na tyle, by zaniedbać dla niego Sebastiana i Celię, chciała spędzać z nim całe dnie, chciała słuchać go bez przerwy i chciała, żeby zauważył, że są przecież dokładnie tacy sami. Ta naiwność trwała dość długo, bo potem, gdy spotkali się w Nowym Jorku, zwyczajnie nie chciała widzieć, że nigdy nie miała racji. Nawet kiedy zostawił ją samą w w ciszy świtu powoli spowijającego obskurny motelowy pokój, przez jakiś czas jeszcze nie była w stanie w to uwierzyć.
Dopiero później - już gdzieś w Meksyku - dopuściła do głosu rozsądek. Gniew, zawód i rozczarowanie swoją własną naiwnością przez jakiś czas pozwalały jej zachować trzeźwość. Być może dlatego tak mocno wbiła sobie do głowy, że nic dla Moona nie znaczyła. Że nie mogła dla niego nic znaczyć. Że nie będzie dla niego nic znaczyć.
I dopiero teraz, gdy odzyskała już równowagę po tym, jak odsunął się od niej gwałtownie i spojrzała na niego - równie roztrzęsionego, co ona - pojawiła się myśl, jak początkowe stadium raka: może nie miałam racji.
Przez chwilę nie była w stanie nawet się poruszyć. Dopiero słowa Moona wyrwały ją z otępienia - tak surrealistyczne z jej perspektywy.
Zaśmiała się; ten śmiech (który, swoją drogą, wcale nie wybrzmiewał takimi emocjami, jakimi powinien wybrzmiewać śmiech) tylko podkreślił dziwność tej sytuacji.
- Nie mam pojęcia, Moon - resztka pustego rozbawienia pobrzmiewała w jej głosie w duecie z goryczą, przez co mogła sprawiać wrażenie chłodnej i zdystansowanej, chociaż wcale tak nie było. Chyba nie mogła być w tym momencie bardziej różna od Tessy, która tylko marzyłaby o tym, żeby mówić z takim zdecydowaniem. Nie spojrzałaby Moonowi prosto w twarz i nie powiedziała tego, co Omega za chwilę powie (chociaż z trudem, bo wydobywanie słów z tak mocno ściśniętego szokiem gardła bywa problematyczne). - Nie znam żadnego sposobu, żeby coś z tym zrobić. A, uwierz mi, myślałam nad nim przez dziesięć lat - zaczęła. Pozostałości uśmiechu powoli bladły, rozmywane powagą. - Teraz nawet nie chcę nic z tym robić - kontynuowała cicho. - Nawet jeśli dobrze wiem, że to nie ma sensu, bo jestem tylko duchem z przeszłości i nawet nie jestem pewna, czy można powiedzieć, że wciąż się znamy, bo w końcu minęło dziesięć lat... - urwała, cała reszta słów utonęła w westchnieniu zmęczenia. W połowie zdania całe jej zdecydowanie wyparowało; musiała wbić wzrok w ziemię, żeby móc powiedzieć wszystko do końca. - Jedyne, co mogę zrobić, to spróbować cię unikać, ale nie jestem w stanie nawet obiecać, że to się uda - skończyła, chowając twarz we wciąż posklejanych wilgocią włosach.


Podziel się na:

Moon Livingstone
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-22, 22:41
Patrzył na nią i wciąż widział tylko rozemocjonowane, samotne dziecko sprzed kilkunastu lat. Albo najwyżej tę przestraszoną nastolatkę, z popłochem uciekającą wraz z nim - ramię w ramię, dzieci, które nigdy nie dorosną - w mrok nocy, pozwalającą, by za ich plecami zasychała plama cudzej krwi. Starał się, naprawdę, ale nie potrafił dostrzec dorosłej kobiety.
Jeszcze gorsze było w dodatku to, że, choć dzieliło ich kilka dobrych lat różnicy (i to na oczywistą niekorzyść Księżyca!), nie potrafił czuć się przy niej jak dorosły. Gdy pojawiała się obok, wracał do tej wersji siebie, z którą związał się najbardziej: włóczykija, lekkoducha, chłopaka, który obiecał sobie, że prędzej umrze, niż dorośnie. Przy Tessie Omedze Finley po prostu nie potrafił być dorosłym, odpowiedzialnym facetem. Poukładaną głową rodziny. Rozsądnym narzeczonym niemającym przed swoją wybranką żadnych sekretów.
- Oczywiście, że się znamy. - - Parsknął. Jak mogła mówić takie rzeczy?! - I będziemy się spotykać, ale nie mogę zostawić Michelle - powiedział. Tak, jakby wcześniejsze słowa Omegi w ogóle nie dotarły do jego uszu. Jego uszu! Uszu muzyka! Zazwyczaj wrażliwe na każdą melodię, nawet dochodzącą z oddali, na każdy dźwięk, każdy szelest, stawały się głuche na deklaracje, że Omega będzie go unikać. Nie słyszał jej nie dlatego, że nie mógł - w końcu uszy były jeszcze jedną z tych nielicznych części jego podniszczonego organizmu, których nie dotknęła do tej pory żadna poważniejsza usterka. Nie słyszał jej, ponieważ nie chciał. Jak w tej fantastycznej dziecinnej zabawie: zamknę oczy, to zniknę; zasłonię uszy, to ogłuchnę.
Jak widać, metoda przedszkolaków mogła sprawdzić się i dla trzydziestotrzylatka.
- Nie mogę, rozumiesz? - histerycznie pytał chyba bardziej samego siebie, niż rozmówczynię. Kurwa mać, co on wyrabiał? Nigdy nie był najlepszy w dziedzinie samokontroli, ale teraz przechodził nawet samego siebie. Miał ochotę zarówno wywalić Omegę z domu, zadzwonić po Michelle i żyć długo i szczęśliwie, jak i wziąć Finley w ramiona i zatrzasnąć przeszklone drzwi przed zgrabnym nosem narzeczonej. Najchętniej zachowałby je obydwie, jak w klaserze albo szkatule kolekcjonera ciem.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-26, 01:47
- Nie śmiałabym tego od ciebie oczekiwać - powiedziała cicho. Chciała, naprawdę chciała wciąż trzymać się myśli, że powinni się unikać, że nie ma dla nich innego wyjścia, ale jak zwykle - wystarczyło tylko jedno spojrzenie w księżycowe oczy, żeby zapomniała, gdzie leżą granice i straciła cały swój zdrowy rozsądek. Zagryzła wargi, walcząc sama ze sobą. Wiedziała, że tak nie powinno być, była mądrzejsza. Przez ostatnie dziesięć lat przeszła naprawdę wiele; już nie była skorą do pochopności idealistką, goniącą za swoją własną w stu procentach nieosiągalną nirwaną. Ta podróż doświadczyła ją głęboko i trwale, ale teraz nagle znów miała trzynaście lat i znów to, czego pragnęła, było ważniejsze od wszystkiego innego. Jakim cudem jeden człowiek potrafił tak bardzo ogłupić, że po tym wszystkim, z całą swoją wiedzą, ze świadomością sytuacji, postanowiła przebyć dzielącą ich odległość nerwowym krokiem? I nie poprzestała tylko na tym. Powolnym, rozedrganym ruchem położyła dłonie po obu stronach jego twarzy i zbliżyła doń swoją, całując kącik jego ust, odwzorowując pocałunek, którym pożegnał ją ostatnio. Teraz to ona żegnała się w ten sposób. Za chwilę odsunęła się o kilka kroków, poza zasięg jego ramion i odwróciła w kierunku wyjścia.
- Pamiętasz starą łódź mojego dziadka? - spytała, posyłając mu spojrzenie sponad swojego ramienia. - Dla ciebie drzwi są zawsze otwarte - dodała cicho. Uśmiech, który starała się mu posłać był koślawy. I, nie dając mu szansy na odprowadzenie się do wyjścia, uciekła.

/zt

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 7:45 am

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-29, 17:43 [CYTUJ]
/sorry, że się wcinam, ale potrzebny mi cmentarz, podzielimy się tematem! | po wszystkim

Pierwszy raz przyszła na swój własny grób po tym, jak dowiedziała się, że Moon jest w White Oak. Wcześniej tego unikała – naprawdę trudno wyjaśnić, co się czuje, patrząc na swoje własne imię i nazwisko na kamieniu nagrobnym. Dla niej dodatkowo to był pomnik wszystkich błędów, które popełniła w swoim życiu. Chociaż definitywnie oddychała, ruszała się, myślała, żyła (przynajmniej od biologicznej strony) i jej ciało nie znajdowało się wewnątrz, czuła jednocześnie, że Tessa nie żyje naprawdę, umarła naprawdę i przyjście na miejsce jej spoczynku znaczyła dla Omegi prawie tyle samo, co musiało znaczyć dla jej rodziny – przyznanie się, ze to naprawdę się stało. Nigdy więcej by tu nie wróciła, gdyby nie jeden szczegół.
Przy grobie znalazła świeże kwiaty. Kto mógł je przynieść? Nie Celia, wtedy już wiedziała, że jej siostra żyje i ma się świetnie, nie miałaby przecież żadnego celu w przychodzeniu tutaj. Rodzice? Może. W końcu jeszcze długo ukrywała się przed nimi, starając się, by plotka o jej powrocie się nie rozeszła. Ale potem odwiedziła swój rodzinny dom, a kwiaty wciąż co jakiś czas się pojawiały. Dlatego ona też się pojawiała – chciała zobaczyć, kto jeszcze pamięta dziewczynę, którą kiedyś była. Miała nadzieję, że jeśli co jakiś czas odbędzie spacer sąsiednią alejką, w końcu zobaczy sylwetkę pochylającą się nad jej nagrobkiem.
I dzisiaj miała wystarczająco dużo szczęścia. Na początku go nie poznała – nic dziwnego, w końcu minęło ponad dziesięć lat od jej zniknięcia, ponad trzynaście, odkąd ostatni raz stali twarzą w twarz. Odległość była zbyt duża, dlatego powolnym krokiem zbliżyła się do, jakby nie patrzeć, swojego gościa i uśmiechnęła się. Sebastian. Powinna była się domyślić.
- Jeśli chcesz dać mi kwiaty, teraz możesz zrobić to osobiście – powiedziała, stojąc za jego plecami. Przygryzła wargę, zastanawiając się, czy będzie równie wściekły co Celia, gdy dowie się, że tak naprawdę przez ostatnią dekadę miała się świetnie i po prostu nie chciała, by ktokolwiek w jej rodzinnym mieście o tym wiedział.


Podziel się na:


sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-29, 18:55 [CYTUJ]
/ Po wszystkim również!


Przeżył jej odejście. Gdy dowiedział się o jej śmierci, załamał się. Dosłownie się załamał. Może był wtedy jeszcze dzieciakiem, niedojrzałym nastolatkiem, który nic nie wie i chce uciec od bólu świata. Z czasem rozumiał coraz więcej i więcej, aż w końcu stracił najbliższych i śmierć przybrała dla niego nowego znaczenia. Tęsknił za Tessą. Można przyznać, że kochał ją. Na swój dziwny sposób, ale stracił ją tak jak stracił innych. Zawsze był upośledzony w kontaktach z płcią przeciwną... w ogóle z innymi ludźmi. Dlatego grał. Grał aż do straty sił, a teraz nawet nie może zagrać jednej cholernej nuty. Nie ma już nic, oprócz alkoholu, bo nawet syn nie potrafi utrzymać go w trzeźwości. Nie potrafił, świat był za trudny. Popadł w rutynę, że w pracy jest całkowicie trzeźwy, nikt nie może mu nic zarzucić. Już po niej zaczyna się niezła zabawa. Nie potrafił się zająć własnym synem, sobą, więc... Nawet jeśli Tessa by tu była, nawet jeśli byłoby między nimi coś więcej niż przyjaźń (a przynajmniej z jej strony, bo Sebastian już wszedł na wyższy etap...), nie potrafiłby zapewnić jej szczęścia. Źle by się to skończyło. Jak zwykle.
Sebastian Bukater - nieudacznik świata, który powinien zginąć w czasie tamtego wypadku. Żyje i ma się dobrze, do diabła. W przeciwieństwie do Tessy, a przynajmniej tak mu się wydawało do dzisiaj.
Od dawna przynosił jej kwiaty, lecz ostatnio częściej. Przesiadywał przed jej grobem dość sporo i wracał, bądź szedł rodzicom i dziadkowi zapalić znicza. Lubił tu przychodzić, bo czuł się jakby Theresa żyła i była przy nim. Nie mówił do nagrobka... Może czasem. Przeważnie milczał, myśląc i wspominając ich wspólne chwile, albo wyobrażając sobie Tessa teraz.
Usłyszał swoje imię i odwrócił się w stronę miękkiego głosu. Dziwnie znajomy. Tessa teraz. Nie, nie, niemożliwe! Spojrzał na zdjęcie na nagrobku, a potem ponownie na Tessę. To... To na pewno ona. Podał jej bukiecik z konwalii, na które był teraz sezon. Całe szczęście, że je lubiła. Pięknie pachniały i sprawiały, że było to wszystko jeszcze bardziej realne. Z kieszeni wyjął piersiówkę i pociągnął z niej, po czym ponownie schował w kurtce. Uśmiechnął się ironicznie.
- Kurwa! - wrzasnął gdzieś w bok tak głośno, aż ludzie w pobliżu spojrzeli ku nim. Wziął głęboki wdech, po czym przysunął się do Theresy i ujął jej twarz w swoje dłonie. - Moja Theresa by mnie nie zostawiła. Nie jesteś nią. Theresa nie żyje, jesteś złudzeniem - wyszeptał. Znów za dużo wypił? Nie, na pewno nie. Od rana jest czysty, dopiero teraz wziął kilka łyków. Ojciec nie nauczył go, co powiedzieć gdy zjawia się Twoja miłość z dawnych lat, uznana za zmarłą. - Tessa... Dlaczego mi to zrobiłaś?


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-29, 20:08 [CYTUJ]
Nigdy nie potrafiła doceniać tego, co miała, co nie wymagało od niej żadnego wysiłku. Sebastiana też nie doceniała, przynajmniej nie tak, jak powinna, chociaż znał ją chyba równie dobrze, co Celia. O obojgu ledwie pomyślała, wyjeżdżając wtedy do Nowego Jorku. Obojgu bez wahania złamała serca – nie tylko uciekając, ale też aranżując swoją ucieczkę tak, że na ucieczkę nie wyglądała (może nie przeszło jej wtedy przez myśl, że uznają, że stało się z nią coś strasznego, ale powinna była o tym pomyśleć). Nie da się zniknąć, nie wpływając tym na resztę świata. I wiedziała o tym, starając się zniknąć.
Znów uderzyła ją prawda – że była głupia, wyobrażając sobie, że zastanie wszystko takim, jakim je zostawiła. Gdy Sebastian odwrócił się twarzą do niej, wyrażający nieśmiałą nadzieję uśmiech zszedł jej z ust. Wystarczył rzut oka, żeby już wiedzieć, że tak jak i ona nie była już Tessą, tak on nie był tym samym chłopcem, którego znała, jej beztroskim, uśmiechniętym przyjacielem, zbyt młodym, żeby wiedzieć, że świat jest zły, a najlepsi przyjaciele, których znasz od dziecka, są w stanie bez mrugnięcia okiem zostawić cię z myślą, że nie żyją. Chociaż myślenie, że to wszystko przez nią było egoistycznie, nie mogła tak nie pomyśleć: nawet jeżeli w jego życiu i później działy się rzeczy, na które nie mogła mieć wpływu, a które ukształtowały go na kształt człowieka stojącego przez nią, to ona była jego pierwszą zdradą, pierwszą stratą, pierwszą żałobą, pierwszą tragedią. Gdyby mogła, gdyby umiała, zalałaby się teraz łzami. Tessa by tak zrobiła. Omega potrafiła tylko bezwiednie przyjąć od niego bukiet konwalii (jej ulubionych kwiatów; Tessa wydałaby z siebie kolejny szloch, zdając sobie sprawę z tego, że nawet to pamiętał) i patrzeć na niego z winą, smutkiem, współczuciem i przerażeniem wypisanymi w spojrzeniu szeroko otwartych oczu.
- Dziękuję, że przynosiłeś mi kwiaty – powiedziała cicho, przyglądając się małym, białym dzwoneczkom. Podskoczyła, gdy Sebastian przeklął, mimowolnie cofnęła się odrobinę, gdy się zbliżył, by ująć jej twarz w dłonie i owiać ją oddechem pachnącym alkoholem. Patrzyła na niego z przerażeniem – ale nie dlatego, że się go bała. Była przerażona zasięgiem swoich działań. Była przerażona, widząc, co mu zrobiła. Zagryzła wargi, słuchając go i na chwilę zacisnęła powieki.
- To nieprawda. Żyję, widzisz? – Zacisnęła wolną dłoń na jego nadgarstku. – Nie da się dotknąć złudzenia. Żyję. Najwyraźniej bardzo się co do mnie pomyliłeś. Jestem złym człowiekiem – kontynuowała ściśniętym głosem. Odjęła jego dłonie, ale tylko po to, żeby objąć go mocno za szyję i wcisnąć twarz w jego ramię. Słowa wydobywały się z niej w gorączce. Poczucie winy było tak wielkie, że była przekonana, że Sebastian wdycha jego zapach. I żal – żal, że nie potrafiła być taka, jaką ją widział. Teraz, gdy porównywała się z tym odbiciem siebie, obudziło się w niej wspomnienie winy z Nowego Jorku, które zduszała z całych sił od niepamiętnych czasów. I ta wina odżyła, ściskając jej wszystkie wnętrzności. – Jestem potwornym człowiekiem. Przepraszam, że na tak długo pozwoliłam ci myśleć inaczej. Że nigdy nie byłam Tessą, za którą mnie uważałeś. Przepraszam.


Podziel się na:

sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-29, 22:02 [CYTUJ]
Nie pomyślała... Och, ile razy Sebastian chciał wyruszyć na poszukiwania Tessy. Skoro inni nie dawali rady, to on by dał. Miał nadzieję. Pakował nawet plecak i uciekał z domu przez okno, by wyjechać za Tessą. Lecz był wtedy taki młody i świat go przerażał. Nie miał pieniędzy... A może miał, ale jak to dzieciak – wszystko trzymali rodzice. W końcu wtedy zaczął grać. Zaczęły się koncerty, ale mimo to... Zawsze zatrzymywał się na skrzyżowaniu swojej ulicy. Nigdy nie potrafił zrobić kroku dalej. Gdzie miałby jej szukać? W którą stronę ruszyć? Nie miał pojęcia! Początkowo liczył, że żyje. Żyje gdzieś daleko, szczęśliwa... Może odmieniona, ale szczęśliwa. Lecz potem nastało całe zamieszanie i Tessa została uznana za zmarłą. Długo nie mógł się na to zdobyć, ale pochował ją na dnie swojego serca. Ich wspólne zdjęcia nadal stoją czy wiszą w jego pokoju. Nie mógł się pozbyć wspomnień, za bardzo by bolało.
Nie wiedział jak ma na to wszystko zareagować. Śmiać się? Wyszedłby na głupca. Płakać? Mięczak. Bić ze złości? Agresor, damski bokser. Być obojętnym? Nie ma serca wtedy. Więc jak? Wszystko na raz? Nic? Był zrozpaczony. Stała przed nim jak gdyby nigdy nic i... Czy Tessa uśmiechała się? Żartownisia. Uciekła, umarła i zmartwychwstała. To na pewno z nim coś jest nie tak. Chociaż czuł ból w piersi, gulę w gardle i niestety oczy go też piekły. To tylko kolejny wytwór wyobraźni, Tessa nie żyje. Ale... Może jednak? Właściwie nie widział jej ciała. Martwego ciała. Nie wierzył, że nie żyje, a mimo to przynosił jej kwiaty przez tak długi czas. Absurdalne. Zabawne. Nierealne. Miał wrażenie jakby mówiła to każdemu. „Cześć, żyję, ale spoko, już nie ucieknie, pójdziemy na kawę? Albo nie, na drinka?” Była taka... niewzruszona, to było przerażające!
- Mam nadzieję, że ci się podobają - odparł dość beznamiętnym tonem. Lecz gdyby można było wybrać nutę emocji, jakie mu wtedy towarzyszyły i jakie można było usłyszeć to żal. Tyle lat stracili. Tyle pieprzonych lat! W myślach obiecał sobie, że już nigdy nie przyniesie nikomu kwiatów ani znicza na czymkolwiek grób dopóki nie zobaczy ciała. I chociaż jej głos był taki cudownie żywy, nie potrafił uwierzyć. Był zły, że odeszła bez pożegnania ani nie dawała oznak życia nawet rodzinie. Drgnął, gdy go dotknęła. Nie spodziewał się, że to go tak przekona. On ją czuł, ale to nic w porównaniu z jej dłonią na swoim ciele. Milczał, nie chcąc jej bardziej skrzywdzić. A może nie wiedział co powiedzieć? Theresa wydawała się zrozpaczona. Pf, a jak inaczej miałaby się czuć? Dobrze, niech tak będzie. Ale nie, nie może, bo Sebastian odczuwa poczucie winy. Trwał w bezruchu, nie wiedząc co ma zrobić. Chciał ją objąć, ale jednocześnie odepchnąć. Długo walczył ze sobą, aż w końcu najpierw delikatnie ułożył dłonie na jej plecach, a później przycisnął do siebie.
- Tessa... Żyjesz. Do diabła, ty żyjesz – powiedział zrozpaczony tonem w jej szyję. Złość odchodziła. Odzyskał osobę, którą stracił. Czy może być coś piękniejszego? Musiał się wziąć w garść. Będzie dobrze. Wybaczył jej już prawie całkowicie. - Tessa, nie jesteś okropnym człowiekiem. Rozumiesz? Tessa. Tessa... Theresa... Żyjesz, a to jest najważniejsze – powtarzał nerwowo. Jej imię...Było takie nierealne, jakby wcześniej tkwiło w temacie tabu i teraz, gdy już tu jest, można je wymawiać. Zacisnął usta mocno i oparł czoło o jej czoło, jedną dłoń przesuwając na jej kark. Chciał powiedzieć jak ją kocha, jak tęsknił, ale nie potrafił. Bał się kolejnego ciosu. - Zostań ze mną... Na dłużej. Proszę.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-30, 01:47 [CYTUJ]
O ile ta cała wędrówka byłaby szczęśliwsza, gdyby Sebastian jej towarzyszył... Zawsze był jej głosem rozsądku, przez całe dzieciństwo trzymał ją z daleka od kłopotów. Zawsze spokojny, aż nazbyt poważny jak na swój wiek, był idealnym uzupełnieniem dla jej przewrotnej natury i skłonności do ściągania na siebie uwagi. Gdyby był z nią Sebastian, Nowy Jork być może nigdy by się nie wydarzył. Gdyby z nią był, może czułaby dumę i szczęście, zdobywając kolejne góry. Nawet gdyby dołączył do niej już w Meksyku albo Europie, też byłoby dobrze. Może spacer po Luwrze byłby bardziej satysfakcjonujący, może oglądanie fiordów przyniosłoby więcej spokoju.
Może nie leżałaby każdej nocy bezmyślnie wpatrzona w rozmaite sufity lub po prostu gwiazdy, usilnie starając się przynieść sobie ulgę i zwyczajnie się rozpłakać - bezskutecznie.
Nie mogła go jednak ze sobą wtedy zabrać. Jak mogłaby prosić o to, żeby zostawił za sobą zmartwioną rodzinę? I tak miała zamiar wrócić za kilka tygodni - i wróciłaby, gdyby wszystko dobrze poszło. Poza tym inny wirtuoz klawiszy zajmował wtedy jej myśli. Dużo starszy, zupełnie dla niej nieodpowiedni, pogrążony w atmosferze smutku i tajemnicy dla szesnastolatki podziwiającej melancholijnych artystów był dużo bardziej zajmujący, niż stary przyjaciel, którego każdy ruch mogła przewidzieć, którego znała od zawsze i który był oczywistym elementem jej życia. Jakie to było dla niej typowe, odrzucić stałość i bezpieczeństwo na rzecz czegoś, czego nie mogła mieć. A potem, gdy i tej stałości i bezpieczeństwa nie może się mieć, zatęsknić za nimi do krwi.
Tęskniła za Sebastianem w swoim podróży. Za nim i za Celią. Nie zaliczyłaby na palcach jednej ręki momentów, w których zatrzymywała się nad czymś z przemożną ochotą, by natychmiast mu to pokazać. Chciała opowiedzieć mu o swoim dniu, usłyszeć, co dzieje się w jego życiu. Potem dowiedziała się, że koncertował, że stał się wielki na muzycznej scenie. Zawsze wiedziała, że tak będzie. Raz, chociaż Sebastian o tym nie wiedział, znaleźli się w tym samym mieście - ona pracowała w nim, sprzedając pamiątki, on przyjechał na koncert. Nie było jej stać na bilet: a tak bardzo chciała go zobaczyć, chociażby z daleka i usłyszeć jego grę.
- Są piękne - potwierdziła. - Nie sądziłam, że po tych wszystkich latach wciąż będziesz pamiętał, jakie kwiaty lubiłam najbardziej - powiedziała. Wraz z tymi słowami na sekundę cień niezręcznego uśmiechu wkradł się na jej usta, ale zaraz zgasł. Ciężko było jej patrzeć mi w pełne żalu oczy i udawać, że przecież wszystko jest w porządku, co robiła na co dzień. Udawało się przy Celii, bo siostra okazywała jej tylko wsciekłość, absolutnie uzasadnioną. Nie umiała utrzymać wystudiowanego uśmiechu na ustach, obserwując wewnętrzną walkę Bukatera i w duchu modliła się, by nią wzgardził, by postąpił tak jak jej siostra. Po pierwsze - na to właśnie zasługiwała. Po drugie - nie mogłaby go wtedy już tak bardzo skrzywdzić, a przecież pragnienie ucieczki każdego dnia trzeszczało jej w kościach, brzęczało nad uchem, gdy czyściła szklanki w the Brantley's. Ale potem Sebastian odwzajemnił jej uścisk i pomimo tej modlitwy zalała ją ulga.
- Żyję. Żyję - powtarzała, sparaliżowana rozpaczą w jego głosie. Nigdy nie sądziła, że będzie żałował jej życia tak bardzo. Z drugiej strony, nigdy nawet nie podejrzewała, jakiego rodzaju uczuciami ją darzył. Na chwilę otworzyła usta, by zapewnić go ponownie, że jest złym człowiekiem, chciała powiedzieć mu, że zrobiła coś potwornego, ale zamiast tego westchnęła tylko cicho. Opowie mu. Ale nie teraz. Teraz chciała podarować im obojgu chwilę naiwnego przekonania, że to może być szczęśliwe zakończenie historii o jej ucieczce. Dać im upoić się ulgą chociaż na chwilę. - Zostanę - powiedziała. - Tęskniłam za tobą - dodała cicho, a potem odchyliłem się odrobinę, żeby z bliska przebiec spojrzeniem po jego twarzy. - Zmieniłeś się - zauważyła. To jasne, minęło dziesięć lat, więc wyglądał dużo dojrzałej. Rysy twarzy stały się wyraźniejsze, twardsze, spojrzenie mniej naiwne. Ale nie tylko to miała na myśli, ale fakt, że tak jak i Omega, sprawiał wrażenie układanki, w której zabrakło kilka elementów. A może to też jest element dorastania?


Podziel się na:

sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-31, 15:22 [CYTUJ]
Teraz nie nadawał się na towarzysza i kompana życiowego. Zachowywał się jak rozkapryszony nastolatek, któremu w głowie tkwiły same niepoważne rzeczy oraz myśli. Rachunki zapłacą się same, dzieci również same się nauczą. Syn może się nakarmić, zwierzęta tak samo, a on - król świata - będzie tylko siedział i pił, bo tak jest mu wtedy najlepiej. Chociaż zależy mu na tym wszystkim, nie potrafi zmobilizować się do innego zachowania i dbania o obowiązki oraz małego człowieka. Jednak, gdyby się głębiej zastanowić, dałby wszystko, byle przejść się z Tessą po Luwrze, zjeść śniadanie w Paryżu, albo oglądać gwiazdy nad morzem we Włoszech.
Lecz nie wyjechał z nią. Został w miasteczku, czasem się dusząc, a czasem dziękując wszechświaty że wciąż tu tkwi. Bo wkrótce on miał swoje romanse, kobiety, bardziej fascynujące niż martwa Tessa. Czy piękniejsze? Tego już nie pamięta. Wszystkie były, gdy pił. No, większość. Nie pamięta... Wstyd. Dobrze, że nie wie tego nikt oprócz niego. Nigdy nie obiecywał, że zadzwoni do którejś z nich. Żył dalej, jakby to nie miało miejsca w jego świecie. Wtedy zazwyczaj przypominał sobie, że musi zająć się rodziną, przyjaciółmi, albo przypominała mu się Tessa. Różnie, zależnie od kaca, który go dopadł, jakkolwiek okropnie to brzmi. Później nieco zaprzestał romansowania, bo pojawił się Bentley. Dobra nauczka. Bardzo dobra... Następnie nauka w szkole. Z matematyki potrafił się utrzymać. A raczej musiał Niby miał zapasy w koncertach, lecz farma wymaga wiele i prawdopodobnie będzie musiał dorabiać. Jak? Wróceniem do koncertów. Gdyby jego największe wsparcie, jakim była Tessa, nie odeszło znowu... los się w końcu do nich uśmiechnie.
Gdyby tylko wiedział, że byli razem w jednym mieście... Byłby najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. A tak stale żałował, że Tessa nie widzi go w akcji. Bo przeważnie grał dla niej, nawet jeśli uważano ją za zmarłą. Dla niego była żywa.
- Zawsze będę pamiętał - westchnął ciężko jakby ta pamięć nie dawała mu spokoju. Zauważył ten krótko trwający uśmiech. Piękny, ale taki... inny. Inny niż kiedyś. Chce go jeszcze zobaczyć. Pragnął trzymać ją w objęciach tak długo jak tylko mógł. Nie puszczać jej już nigdy. Na zawsze jego... Ale wiedział, że to niemożliwe. Wiedział, że ich wspólna przyszłość (a raczej momenty w przyszłości) są nierealne, nie potrwają długo i wkrótce znowu odejdzie. Nie będzie się liczyć z jego zdaniem. Jakby już to gdzieś widział. Czyżby deja vu?
Całe szczęście nie opowiadała nic. Nie chciał słuchać o podróżach Tessy - za bardzo by bolało. A już rani, cierpi i opada z sił na samą myśl, że było jej dobrze z dala... od niego? Poprawka, nikt nie może wiedzieć, było jej dobrze z dala od rodziny i tego miasteczka. Bo naprawdę lubił White Oak. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Gdzie więc był dom Tessy przez te wszystkie lata?
- Wyglądasz jak cień samej siebie - mruknął, przyglądając jej się uważnie. Chciałby ją przywrócić do życia, ale jak? Był tchórzem, w dodatku bez siły, nie da rady. Nie da rady. Lecz chęci zaczęły wydobywać się z jego wnętrza i promieniować na umysł, serce i ciało. Uda mu się. Uda im się. Uda nam się. Jej zapewnienie o tęsknocie uderzyła Sebastiana tak mocno, że niemal zachwiał się. Musiał dzielnie stać prosto, by nie runąć. Gdyby on runął, runąłby Bentley, runęłaby jego siostra... a może i Tessa również? - Też tęskniłem - odparł i nie mógł już powstrzymać drgnienia kącików ku górze, by zastygły w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. Szybko jednak zniknął, tak szybko jak się pojawił. - Wiele się zmieniło - powiedział jedynie smętnie. Nie miał ochoty opowiadać jej jak stracił rodzinę, jak stał się ojcem, jakim jest ojcem. Beznadziejnym. Miał ochotę uciec z Tessą, byle rzeczywistość przestała być taka przygnębiająca. - Chodźmy stąd, proszę... - bał się, że Tessa znów będzie martwa; że jest tylko wyobrażeniem. - Jak najdalej. Chcę się tobą nacieszyć. Opuścisz w końcu ten przeklęty cmentarz. - Cmentarz, na którym tkwiła przez te dziesięć lat, albo i więcej. Należy się to im obojgu. Już czas zacząć lepsze życie.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-21, 14:23 [CYTUJ]
Wszystko zapowiadało, że tym razem uda jej się zostać w White Oak - już przecież tyle razy patrzyła tęsknie na swój podróżny plecak, a jednak za każdym razem udawało jej się zdusić potrzebę przemieszczania się z miejsca na miejsce. Nie wiedziała tylko, czy to dobry pomysł, żeby osiedlać się w rodzinnym miasteczku na dobre. Nawet jeśli cała niechęć do tych stron zdołała zblednąć i już nie pałała obrzydzeniem do tutejszych pól i lasów, miała wrażenie, że swoim powrotem zburzyła tylko spokój, który jej bliscy wreszcie odzyskali po jej zniknięciu. Była na tyle niepewna, że postanowiła pozostawić tę decyzję Celii - jeśli po tym, kiedy w końcu Omega opowie całą historię, siostra dalej będzie chciała na nią patrzeć, miała zostać. Jeśli nie - pewnie wyjedzie, z tą różnicą, że tym razem uprzedzi ją i rodziców, co zamierza zrobić. Była zbyt pogubiona w swoich uczuciach, żeby podjąć tę decyzję samodzielnie. Nie miała pojęcia, czego potrzebuje. Nie wiedziała, czy zostając, da sobie szansę na zaznanie spokoju czy może sprawy zaszły zbyt daleko, żeby wciąż potrafiła tak funkcjonować. Może jeśli zostanie, prędzej czy później znów straci jasność myślenia i bez słowa zostawi wszystko za sobą?
Tak przynajmniej o tym myślała przed tym spotkaniem z Sebastianem. Może właśnie on, ze wszystkich ludzi, był w stanie wszystko rozjaśnić?
- Dziękuję - powtórzyła cicho. Tym razem nie dziękowała już za bukiet, który kurczowo obejmowała smukłymi palcami, aż zmęczone mięśnie lekko drżały, a knykcie pobielały. Dziękowała mu za pamięć. Nawet kiedy jej nie było, mogła na niego liczyć. Jak wielka to była ironia?
Wbrew temu, co myślał i co ona wyobrażała sobie jako niedorostek w kolorowych tenisówkach i letniej sukience w kwiatki, jej podróże wcale nie były zapierającymi dech w piersiach przygodami. Wcale nie była szczęśliwsza. Ciężko powiedzieć, czy była mniej szczęśliwa, niż w White Oak - skrzętnie unikała myślenia o domu i porównywania go z Meksykiem albo Europą. Nigdy jednak, w żadnym z odwiedzonych miejsc, nie znalazła tego, czego szukała. Co sądziła, że znajdzie. Każdy kolejny kraj, każde miasto i wieś były takim samym rozczarowaniem. Były piękne, to prawda - ale w żadnym z nich Tessa nie poczuła się wolna. Wolna od przeszłości pełnej poczucia winy i wspomnień, na których myśl czuła gorzki posmak na języku, wolna od tęsknoty i paraliżującego uczucia niepełności.
Ale nic dziwnego, że tak to widział. Przecież ile razy opowiadała mu, z jaką radością kiedyś opuści miasteczko. Mówiła mu o krajach, do których chciała pojechać i pewna siebie stwierdzała wtedy, że są lepsze od domu, nie zdając sobie sprawy, że bez ukochanych ludzi żadne z tych miejsc nie będzie szczególnie wiele warte. Nie mógł wiedzieć, w jakim była stanie, kiedy przekraczała meksykańską granicę - przerażona, zbyt rozbita, żeby formułować myśli, z obrazem czerwonych plam skaczącym przed oczami i poczuciem niemożliwego wręcz osamotnienia. Nie mógł wiedzieć, jak bardzo była przerażona samym pomysłem przywiązania się do jakiegokolwiek człowieka i że z tego powodu nikt nie poznał jej prawdziwej historii - bo czuła, że gdyby z kimkolwiek podzieliła się tym, co naprawdę się stało, mogłaby zacząć go potrzebować. Nie mógł wiedzieć, że te dziesięć lat spędzonych na wygnaniu zrobiły z niej parodię człowieka.
I nie chciała, żeby wiedział. Chciała tylko, żeby wiedział, że za nim tęskniła.
- Nie ja jedna - powiedziała cicho, wyciągając rękę, żeby dotknąć jego skroni i odgarnąć z niej zmierzwione wilgocią pasmo włosów. Gdyby mogli wzajemnie przywrócić się do życia, byłoby cudownie - ale na razie wydawało jej się to niedoścignionym marzeniem. Bo jak ktoś tak złamany jak ona mógłby być dla kogokolwiek oparciem? Kąciki jej warg znowu drgnęły po jego zapewnieniu, chociaż ten drobny gest nie ożywił jej spranego, smutnego spojrzenia. - Chodźmy - potwierdziła, kiwając głową i chwytając go za dłoń (chyba podobnie jak on potrzebowała utwierdzić się w przekonaniu, że to jest rzeczywistość, chociaż jeszcze przed chwilą z takim zapałem go do tego przekonywała). Spojrzała jeszcze raz na nagrobek Tessy (i nie wspomniała nic o tym, że nieważne, dokąd pójdzie Omega, Tessa zawsze będzie właśnie tutaj), a potem odwróciła się znowu w jego stronę. - Zabierz mnie w jakieś dobre miejsce - poprosiła.


Podziel się na:

sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-21, 21:34 [CYTUJ]
Różnili się i to bardzo. White Oak było ukochanym miejscem na ziemi Sebastiana, niegdyś kochał je całym sobą, a teraz... Teraz nienawidził. Za dużo tkwiło tu wspomnień, od których pragnął się odciąć i to na nic, nie wychodziło mu. Jak można powrócić do domu, pełnego smutku, żalu i bólu? Jest to chyba najtrudniejsza wędrówka jaka może spotkać bezbronnego i bezradnego człowieka. Chyba dlatego zaczął podziwiać Tessę. On by nie wrócił. Pewnie miała tą świadomość, że złamała serca wielu ludziom i odnalazła się w sobie, by stanąć na starych śmieciach. Była dzielna, jest dzielna. Chociaż domyślał się, że w głębi duszy boi się jak on. Sebastian bał się wielu rzeczy, lecz starał się to zatuszować. Musiał być twardy i niezniszczalny, bo gdyby stracił pracę, byłoby źle. Słabi mężczyźni byli miażdżeni przez cywilizację, dlatego też trzymał się jak nigdy. Był bliski upadku dopiero teraz (świadomie, bo on ciągle zalicza upadki przez swoją miłość do alkoholu), gdy Tessa stała przed nim. Żywa.
Tessa żyje! Żyje! Miał ochotę krzyczeć, ile miał sił w płucach jak bardzo się cieszy. A może bał? Miał przed sobą Anioła, nie powinien się bać... Ha! Zawsze mogła odejść lada moment, nie informując nikogo. Zwłaszcza Sebastiana, w końcu uważał się za nikogo, więc dlaczego Tessa miałaby myśleć inaczej? Zmienili się, byli już dorośli... Patrzyli inaczej na świat, może z dozą dojrzałości i doświadczenia.
Pokręcił głową na jej słowa. Nie miała za co dziękować, to raczej przykre, że będzie pamiętał o niej i jej rzekomej śmierci. Czuł się jakby stała przed nim inna osoba, a Tessa spoczywała w tym grobie. Było mu źle, ponieważ nie wiedział dokładnie co nim kierowało, jakie emocje i uczucia. I chyba nigdy sobie nie odpowie na to pytanie. Być może niewiedza jest lepsza. Nie chciałby wiedzieć jak się bawiła, gdzie była, co zobaczyła. Czy była szczęśliwa? Coś takiego chciałby widzieć, zdecydowanie. Nie, żeby mieć tę satysfakcję, lecz... nie, sam nie mia pojęcia, dlaczego. Może pragnął powiedzieć Tessie, że z nim byłoby jej lepiej. Sam zwiedził dość sporo, ale cieszył się, bo zawsze miał przy sobie kogoś, kogo kochał. Wtedy wszystko nabierało innego sensu i można było się cieszyć ze zwiedzania i samego faktu, że jest się tak daleko od domu, w nowym miejscu.Wtedy zawsze myślał o Tessie; gdzie jest, jak się bawi i czy jest szczęśliwa. Ani razu jej nie spotkał, o co modlił się namiętnie w przypływach poczucia więzi z Bogiem (w którego tak właściwie nie wierzył). I być może nawet lepiej, że zapewniała go jedynie o tęsknocie.
Drgnął, gdy poczuł jej dłoń na skroni. Poczuł ją, autentycznie. Żywą Tessę. Po chwili przyłapał się, że wstrzymywał oddech, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany. Nie było już dzieciaka, z którym miał do czynienia te lata nieobecności wstecz. Ile już minęło? Dziesięć? Dwanaście? Wieki. Chrzanić to. Teraz Tessa była z nim, czuł jej dotyk, słyszał jej głos, a nawet jego nozdrza mogły nareszcie poczuć i zapach Tessy.
- Powiedziałbym, że zabrałbym cię gdziekolwiek, ale nie chcę kłamać - odparł, spoglądając na ich splecione dłonie. Tak wiele emocji związanych z Tessą... Nie nadążał. Jego umysł i ciało wariowały. Ścisnął ją mocniej, ale z pewnym umiarem, by nie odczuła żadnego bólu - chociaż fizycznego. Zaprowadzi ją w bezpieczne miejsce, chociaż pełne wspomnień. I przyszłości. Nie wiedział czy chce jej mówić o Bentleyu w tym momencie. Chciał, by zachowało się to w tajemnicy jak najdłużej Chłopiec był teraz przedszkolu. - Będziemy z dala od zgiełku, w ciszy i towarzystwie mojej krowy - dodał, żartując. O dziwo, przyszło mu to naturalnie, tak niespodziewanie. Nawet kąciki jego ust uniosły się nieco ku górze w pseudo uśmiechu. Byli na dobrej drodze, zostawiając martwą Tessę w spokoju i ruszając ku domu Sebastiana.

/ zt x 2

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 7:47 am

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-14, 12:06
Jednego mogła być pewna - Sebastian, nawet po dziesięciu latach bez żadnego kontaktu, zawsze będzie wiedział, co dla niej akurat najlepsze, czego Omega tak naprawdę potrzebuje. Zawsze tak było. Zawsze wiedział, co powiedzieć i kiedy, gdzie ją zabrać, żeby jej chęć ucieczki ucichła przynajmniej na chwilę. Może gdyby pozwoliła mu być przy sobie te dziesięć lat temu, nie uciakłaby? Zostałaby w domu, Celia by jej nie nienawidziła, Nowy Jork by się nie wydarzył...
Ale tak się nie stało. Finley odsunęła od siebie Bukatera. Może właśnie przez to, że gdzieś wewnątrz wiedziała o tym wszystkim i jednak wybrała ucieczkę?
Teraz to i tak nie było aż tak ważne. Ważne było to, że wciąż ściskając jego rękę, westchnęła z lekkim uśmiechem, rozpoznając to miejsce. W dzieciństwie przeturlali się tutaj po każdym źdźble trawy i odkryli wszystkie zakamarki, bawiąc się w chowanego. Coś ścisnęło ją za serce. Powroty były dla niej równie smutne, co piękne.
- Mam wrażenie, że wciąż znasz mnie lepiej niż ja sama - powiedziała, zadzierając głowę, by posłać mu uśmiech, w którym mieszały się ulga i wdzięczność, kontrastujące z wiecznie zmęczonym spojrzeniem. - Jak się patrzy na to miejsce, można byłoby pomyśleć, że nic się nie zmieniło - uznała. Szkoda, że oboje zbyt dobrze wiedzieli, jak wiele się zmieniło, by zapomnieć o tym na długo.


Podziel się na:

sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-15, 00:25
Gdyby nie uciekła, wszystko byłoby inne. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, Biały Dąb nawet z Sebastianem u boku byłby zbyt przybijający i w końcu jednak z jego gałęzi spadłaby na nieświadomą niczego Tessę. Na pewno któregoś dnia zniknęłaby, może już pełnoletnia w świetle prawy? Wtedy byłoby wszystko prostsze. Inaczej patrzyłaby na świat - być może lepiej? W jaśniejszych barwach, nie tak jak teraz, szaro i czarno.
Wtedy zaś Sebastian nie wyjechałby na studia... Albo wyjechałby, ale nie wdałby się w przypadkowy romans, z którego ma teraz syna. Jest najgorszym ojcem roku; do dnia dzisiejszego nie wie, dlaczego nie oddał Bentleya. Przy innej, pełnej rodzinie byłoby mu lepiej. A skoro matka go nie chciała, a on... pije...
Czuł jak ciepło rozpływa się po jego duszy. Co prawda, nadal tkwił niepokój, że Tessa ucieknie, ale to nic. Miał ją tutaj i teraz, a to było najważniejsze.
Zlustrował ogród, który ostatnio nieco zapuścił. Farma staczała się na dno i gdyby nie siostra, już dawno wychowywałby syna wśród kurzu, pająków i innych robali w zimnie. Myśl ta była przerażająca i aż w pewnym momencie ścisnął Tessę mocniej za rękę. Nic nie wiedziała o Bentleyu. Znów przejechał wzrokiem po zielonych chaszczach, w poszukiwaniu zabawek chłopca i... wszystko było posprzątane, oprócz piaskownicy pełnej przyborów do tworzenia babek i zamków. Jednak będzie żył nadzieją, że nie zauważy. Nie był pewien czy jest gotów opowiedzieć jej wszystko, co się wydarzyło. Uśmiechnął się jednak mimowolnie, widząc jej radość - bo tak to można nazwać, prawda? Kiwnął w stronę huśtawki podwieszanej pod drzewem (bo takowa jest w wyobraźni!), by usiedli tam.
- Jeszcze niedawno był zadbany... Napijesz się czegoś? - zapytał szybko, bo opowiadać o matce też niezbyt chciał. Wszystkie kwiaty jakie posadziła, zwiędły - był to wstyd i nieposzanowanie jej wspomnienia, a przynajmniej tak uważał Sebastian. Zagubiony i wiecznie pijany syn.


Podziel się na:

Omega Finley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-19, 01:00
Omega zawsze sądziła, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że tak naprawdę nie ma przypadków. Może i w ich sprawie tak było. Może właśnie gdyby została w White Oak, nigdy więcej by się do siebie nie odezwali? Rośliby dalej w tym samym miejscu, nie rozmawiając i coraz bardziej się od siebie oddalając. Prędzej czy później wyjechałaby gdzieś na studia - jak najdalej. Pewnie niechętnie wracałaby w rodzinne strony. Pewnie i tak spotkałoby ją wiele złych rzeczy - może nie aż tak tragicznych i traumatycznych jak Nowy Jork, ale wciąż będących w stanie ją ugiąć i nie dać żyć tak, jak zawsze pragnęła - pełną piersią. A oni - może w którymś momencie staliby się dla siebie zupełnie obcy?
Dziś przynajmniej byli razem, oboje ucieszeni obecnością tego drugiego. Może i nie stoi to w równowadze ze wszystkimi złymi wydarzeniami z przeszłości, ale to zawsze coś. Zawsze jakiś powód, żeby uznać ten dzień za dobry.
Przyjrzała mu się, gdy jego palce mocniej zacisnęły się na jej dłoni. Niepokój zupełnie nie pasował do tej twarzy, przynajmniej jej zdaniem. Nigdy go takiego nie widziała i naprawdę chciała w jakikolwiek sposób mu ulżyć. Odwzajemniła więc ten uścisk, który z jej strony miał być pokrzepiający. Wiedziała, że to mało, że to za mało, ale nie wiedziała, co innego mogła zrobić oprócz zapewnienia, że jest i tym razem będzie.
- Taki też mi się podoba - uznała, rozglądając się. Na razie nie spostrzegła w otoczeniu nic, przez co w jej głowie pojawiłyby się pytania. Na razie była ślepa. Wszystko, co widziała, patrząc na ten ogród, to oni - młodsi, głupsi i szczęśliwsi. - Jest dziki, ale piękny - podsumowała, siadając na huśtawce i znów przenosząc spojrzenie na niego. - Możesz poczęstować mnie zawartością swojej piersiówki, jeśli coś tam zostało - powiedziała. Ocierała się o niewygodne tematy niechcący. Tylko dlatego, że nie chciała, żeby musiał ją zostawiać, by zniknąć gdzieś w domu, nawet jeśli to miało trwać tylko chwilę. - Zresztą - rzuciła, wracając do tematu ogrodu - odwiedziłam przez ostatnie dziesięć lat wiele miejsc, ale to i tak wciąż jest najpiękniejsze z nich wszystkich - powiedziała, w miarę mówienia ściszając stopniowo głos, jakby coś sobie uświadamiała. Opuściła na chwilę wzrok i otworzyła usta w nieudolnej próbie zadania pytania, którego nie udało się przepchnąć przez gardło przy pierwszej próbie. Musiała zbierać się w sobie jeszcze przez kilka długich sekund. - Co musiałabym zrobić, żebyś mnie znienawidził? - zapytała wreszcie cicho.


Podziel się na:

sebastian w. bukater
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-19, 12:22
Już nie było sensu gdybać. Sebastian, zastanawiając się nad tym, co mogło się wydarzyć, jeśli Tessa zostałaby się... Automatycznie nienawidził się za te myśli. Byli przyjaciółmi, owszem. Może nieco jak rodzeństwo? Jednak Bukater w głębi duszy kochał Tessę; nie chciał się po prostu do tego przyznać. Dusił się w swoim uczuciu wobec przyjaciółki, aż znalazł sposób na odreagowanie. Grając, miał poczucie, że panuje nad światem, a emocje, które w nim tkwiły były czymś wspaniałym.
Gdy wyjechała, wiedział, że była tą jedyną. Lecz nie mógł już nic zrobić; nie mógł wyjechać, ponieważ musiał opiekować się rodziną. Musiał tkwić w White Oak, przy swoim pianinie patrząc nieszczęśliwym spojrzeniem na szczęśliwą rodzinę. Na ulicy często ubzdurywał sobie, że minął Tessę. Zawracał, by spojrzeć na nią jeszcze raz, ale wtedy rozmazywała się i okazywała być inną osobą. Wierzył, że żyje i wierzył w jej powrót. Może był głupi, lecz trzymał się swojego przekonania bardzo długo. I udał się.
Wróciła.
Siedziała w jego ogrodzie tak blisko, że mógł poczuć jej ciepło. Nie mógł jednak zdobyć się na głębsze gesty; nie wiedział co dzieje się w jej życiu - nie chciał jej stracić. Z resztą w środku był martwy, miłość potrafił okazywać tylko Bentleyowi. Napiął mięśnie, słysząc jej prośbę. Nie potrafił na nią spojrzeć przez długi moment, aż w końcu wyjął z wnętrza marynarki piersiówkę i podał jej.
- Coś zostało, ale jest już późna godzina, więc same resztki - powiedział cicho; było pewnie południe, lecz od rana minęło dużo czasu. Jednak nie był aż takim złym ojcem i zaczął pić dopiero na cmentarzu! Uśmiechnął się delikatnie na jej słowa o ogrodzie. - Chyba czas wziąć się za niego.
Na razie tylko jakieś ścieżki świadczyły o tym, że po ogrodzie kręcą się mieszkańcy owej posesji. Ciekaw był czy zauważyła, że gdzieniegdzie ukryte są zabawki dziecięce. Widząc wahanie Tessy, obawiał się, że zapyta o jego przeszłość, ale... dostał coś o wiele gorszego. Wbił w nią spojrzenie, milcząc. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć; sam długo się wahał.
- Chyba musiałabyś umrzeć, Tesso - odparł w końcu, ponieważ tylko śmierci nie mógłby jej wybaczyć. Rozdzieliłaby ich na dobre.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 8:41 am

ZOEY DEUTCH
data urodzenia:

17.06
wiek:

24
miejsce urodzenia:

WINDSOR, COLORADO
stanowisko, miejsce pracy:

PRACUJE W KINIE W FORT COLLINS
stan cywilny:

PANNA
w Loveland od:

KILKU GODZIN?





BIOGRAFIA

Urodziłam się w Windsor w stanie Colorado. Moje przyjście na świat zmusiło rodziców, by w końcu porzucili wolne i bezmyślne życie hippisów, kupili dom, zaparkowali na podwórku kampera, którym do tej pory jeździli po Stanach i znaleźli prace, by chociaż trochę ustabilizować swoje życie. Nigdy nie nauczyli się za dobrze zasad gry w odpowiedzialne życie i nie można powiedzieć, żeby przez palce naszej rodziny przepływało chociaż trochę pieniędzy, które można byłoby rozpuścić na głupoty, ale mimo to miałam szczęśliwe dzieciństwo. Mama zawsze znajdowała sposób, żeby wyczarować coś z niczego i chociaż nie miałam pięknych Barbie, którymi bawiły się moje koleżanki z klasy, to moje ręcznie robione lalki podobały mi się nawet bardziej. Tak samo jak bardziej podobały mi się filmy na starych kasetach niż kablówka, której uświadczyć mogłam tylko w domach znajomych i zabawy, które wymyślał mój tata, niż gry na przenośnych konsolach. Przez to zawsze byłam odrobinę odseparowana od rówieśników. Koleżanki zapraszały mnie na przyjęcia urodzinowe pewnie wyłącznie dlatego, że ich mamy uważały, że wypada tak zrobić, a moje zaproszenia przyjmowały, bo nikt nie plótł tak pięknych fryzur, jak moja mama. Ale chociaż nie miałam wśród równych sobie wiekiem ludzi naprawdę bliskich przyjaciół, nigdy mi to nie przeszkadzało, bo rodzice spisywali się w tej roli znakomicie. Nigdy nie mieli problemu z tym, żeby poświęcić cały swój wolny czas, aby bawić się ze mną w magiczną wyspę, za którą służyło wnętrze starego kampera. Tata zbudował dla mnie domek na drzewie, a mama przystroiła go materiałami znalezionymi za kilkadziesiąt centów w pobliskim lumpeksie. To jedne z najpiękniejszych wspomnień, jakie posiadam - szkoda, że przez to, co wydarzyło się później, nigdy nie przestaną smakować odrobinę gorzko.
Idyllę przerwało odejście matki. Tamten dzień wyrył się w mojej pamięci. Był październik, mój pierwszy rok w podstawówce. Zmożona gorączką, nie poszłam do szkoły, zamiast tego siedząc owinięta pościelą i trzęsąc się z zimna. Mama należycie się mną zajęła - przyniosła termofor, podała swoją specjalną ziołową herbatę i głaskała mnie po głowie. Puściła mi z kasety Niekończącą się opowieść, mój ulubiony film. Skupiona na historii, którą oglądałam wtedy chyba trzysetny raz, nie usłyszałam, jak pakuje walizki. Gdy film się skończył, mama powiedziała, że wychodzi na chwilę do sklepu, ale zaraz wróci, a ja powinnam się zdrzemnąć. Owinęłam się więc szczelniej kocem i pożegnałam się krótko. To był ostatni raz, kiedy rozmawiałam z moją mamą, bo obietnica o rychłym powrocie nigdy nie została spełniona.
Jeszcze kilka lat po tym wydarzeniu przyłapywałam się na tym, że oczekuję jej powrotu. Zabraniałam siostrze pić z jej ulubionego kubka, do stołu nakrywałam o jedno miejsce za dużo, a czasami potrafiłam godzinami wysiadywać na ganku, obserwując ulicę i spodziewając się, że zaraz w oddali zamajaczy sylwetka mamy. To się nigdy nie stało. Czułam się samotna ze swoją tęsknotą. Moja siostra w dniu jej odejścia miała tylko trzy lata, więc praktycznie w ogóle jej nie pamiętała, ojciec natomiast zamknął się w sobie, stał się cichy, a w jego spojrzeniu już zawsze było coś smutnego i nie był w stanie znieść tego, że co jakiś czas próbowałam poruszyć temat mamy, dowiedzieć się od niego, z jakiego powodu mogła odejść, dokąd mogła pójść, czy uważa, że kiedyś wróci. Mama stała się tematem tabu w domu.
A jej obowiązki musiałam przejąć ja, chociaż byłam jeszcze bardzo młoda. Tata nie radził sobie z prowadzeniem domu - z niewieloma rzeczami sobie radził, ciągle zamyślony i żyjący w swojej własnej głowie. To ja zajmowałam się domem i siostrą. Starałam się, żeby miała tak samo piękne dzieciństwo, jak ja, ale nie byłyśmy do siebie zbyt podobne; moja siostra bowiem wolała spędzać czas w domach koleżanek, niż w starym kamperze albo domku na drzwie, z biegiem lat coraz bardziej zakurzonych, a gdy na swoje siódme urodziny nie otrzymała modnej w tamtym czasie lalki, zamknęła się w pokoju na kilka godzin i płakała. Chciałam, żeby była tak samo szczęśliwa, jak ja w dzieciństwie, więc gdy tylko wkroczyłam w odpowiedni wiek, poszłam do pracy, by dokładać się do rodzinnego budżetu i spełnić przynajmniej kilka z jej życzeń. Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, zwłaszcza że znalazłam pracę w kinie, w którym w tamtym czasie byłam już zakochana po uszy. Nie uczyłam się szczególnie dobrze, bo nie miałam na to zwyczajnie czasu. Okres składania podań na uczelnie wziął mnie z zaskoczenia, ale po głębokim namyśle uznałam, że moje pole manewru i tak nie jest wystarczająco duże, żeby czymkolwiek się przejmować. Ani nie miałam pieniędzy na dobrą szkołę filmową, ani nie mogłam nigdzie wyjechać. Poszłam więc na ogólny kurs do lokalnego collage’u, by po jakimś czasie podjąć filmoznawstwo i zarządzanie. Spędzałam więc praktycznie cały czas na pracy, nauce i oglądaniu filmów.
Tak było do czasu, aż coś nie zmąciło rutyny w moim życiu. Gdy siostra powiedziała mi, że jest w ciąży z kimś z Loveland, mogłam tylko wsiąść w samochód i pojechać do sąsiedniego miasta, by tego kogoś znaleźć i zmusić do wzięcia odpowiedzialności.


POZOSTAŁE

W niektórych kwestiach ciężko jej zaufać swojej intuicji. Nieważne, jak głośno krzyczy rozsądek, często jest ignorowany, a w swojej oślej upartości Bird brnie w swój pierwotny zamysł, nawet jeśli jest świadoma konsekwencji czy nawet tego, że zwyczajnie nie ma racji. Ciężko stwierdzić, dlaczego tak się dzieje, jej samej również. Bez wątpienia natomiast pozostaje fakt, że pewność siebie, jaką prezentuje, niekiedy niemal nachalnie, zazwyczaj nie ma odzwierciedlenia w tym, jak rzeczywiście się czuje. Często postępuje przez to bezmyślnie, podąża za impulsem, nie starając się nawet dociec, czy to, co robi, jest właściwie. Jej samoocena legła w gruzach po odejściu matki - nieważne jak wiele razy usłyszała od rodziny i przyjaciół, jak wiele razy sama powtarzała sobie, że nie to wydarzenie nie miało nic wspólnego z nią samą. Niełatwo obdarza zaufaniem. Mija dużo czasu, zanim w pełni otworzy się przed nowo poznaną osobą, bezgranicznie nie wierzy tak naprawdę nikomu. Przez tendencję do przetwarzania wszystkiego w kółko i w kółko zawsze znajdzie się coś, przez co można byłoby podważyć szczerość intencji. Mimo to ma świadomość, że wiele problemów tworzy w swojej głowie i stara się podchodzić do tego logicznie, nie zawsze jednak z pełnym sukcesem. Nie jest typem przyjaciółki, która tuli i wyciera łzy skrajem rękawa - może w ostateczności, ale zanim do tego dojdzie, stosuje mocne, motywujące kopniaki, starając się ustawić do pionu. Pocieszać zresztą nie potrafi - umie słuchać, empatii też jej nie brakuje, ale nadmierna szczerość nie pozwala jej na zapewnienia o tym, że "będzie lepiej". Nie stara się być delikatna, mówi o faktach, nazywając rzeczy po imieniu, porzucając zawiłe eufemizmy. Sama też niczego takiego nie oczekuje, a zamiast chować się w bezpiecznym schronieniu czyjegoś uścisku, woli wziąć sprawy w swoje ręce, stawić czoła problemowi. Nie jest łatwo namówić ją do przyjęcia pomocy. Przede wszystkim dlatego, że wymaga to okazania swojej słabości, a Bird skrzętnie ukrywa takie momenty przed światem. Wcale nie dlatego, że chce tworzyć obraz siebie jako niezwykle silnej bohaterki, powód jest zupełnie inny: zbyt często prowadzi to do mówienia o uczuciach, o których Bird rozmawiać nie potrafi. Na palcach jednej ręki (i to ze sporym zapasem palców) można policzyć ludzi, którym powiedziała, że ich kocha. Zazwyczaj stara się takie rzeczy okazywać i poniekąd oczekuje od innych, że potrafią na tyle dobrze czytać między wierszami, aby wiedzieć, jaki ma do nich stosunek.

» Kiedyś bardzo marzyła o karierze reżyserskiej w Hollywood, ale ze względu na rodzinę porzuciła te plany i poszła do lokalnego college’u.
» Mimo to żyje filmami i gdyby to było społecznie akceptowalne, mogłaby rozmawiać tylko i wyłącznie o nich. Ogląda przynajmniej jeden film dziennie, zawsze znajdzie na to czas.
» Ma dwa tatuaże na uczczenie dwóch największych miłości jej życia. Jeden z nich to motyw z Mechanicznej pomarańczy, a drugi to słowa I solemnly swear I’m up to no good.
» Filmy Kubricka może wyrecytować z pamięci od a do z. Prawie wszystkie. To ten poziom obsesji.
» Zawsze marznie. Nieważne, czy jest lato czy zima i ile warstw na siebie włoży, zawsze mogłoby być jej zdaniem przynajmniej odrobinę cieplej.
» Rodzina zwraca się do niej Bee i to jedyni ludzie, którzy mają na to jej przyzwolenie.
» Winę za to ponoszą dzieci z jej klasy w podstawówce, które nie miały dla niej litości, gdy dowiedziały się, co oznacza wyrażenie the birds and the bees. Za swoim pełnym imieniem też przez to nie przepada. Co prawda nie jest to wspomnienie, które nawiedza ją w koszmarach, ale jednak niesmak pozostał.
» Zawsze pachnie kokosem, bo wybiera kosmetyki o tym zapachu, o ile są dostępne.
» Ma zwyczaj przydzielania w głowie ludzi do domów Hogwartu. Ona jest z Ravenclawu. A jej patronusem jest orangutan, jakby ktoś był ciekawy.
» Kiedy miała trzynaście lat, złamała lewą rękę w trzech miejscach i od tej pory jej lewę ramię jest odrobinę krótsze od prawego. Nie widać tego jednak, dopóki Bird nie zwróci na to komuś uwagi. Ma też bliznę na lewej skroni, tuż przy linii włosów, która powstała, kiedy w wieku sześciu lat wraz z przyjaciółmi z dzieciństwa włamywała się do opuszczonego domu, w którym podobno straszyło i skaleczyła się szkłem, które wystawało z ramy po oknie.
» Kiedyś jej ulubionym filmem była Niekończąca się opowieść, ale dziś nie może na niego patrzeć.
» Jeździ starym kamperem rodziców, bo nie było jej stać na inny samochód, a potrzebowała czegoś, żeby dojeżdżać do pracy i na studia. Wydała więc odrobinę mniej pieniędzy, żeby mechanik doprowadził do ładu nieużywany przez kilkanaście lat wóz i teraz śmiga nim wszędzie, zupełnie nie przejmując się tym, że pewnie wygląda to conajmniej dziwnie. Może kiedyś zainwestuje w coś bardziej mobilnego, ale na razie jej sentymentalna strona na to nie pozwala, bo to tak, jakby wszędzie woziła ze sobą wszystkie swoje najlepsze wspomnienia.
» Kierowcą natomiast jest wyjątkowo dobrym, nie strach jechać z nią autem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Wrz 07, 2018 8:48 am

MILO VENTIMIGLIA
data urodzenia:

17.09
wiek:

36
miejsce urodzenia:

PORTLAND, OREGON
stanowisko, miejsce pracy:

PRACOWNIK FABRYKI Z CZĘŚCIAMI SAMOCHODOWYMI
stan cywilny:

KAWALER
w Loveland od:

DWUDZIESTU LAT





BIOGRAFIA

Wiele szczegółów z najwcześniejszych wspomnień uległo zatarciu. Kiedyś pamiętał dużo więcej. Dziś jednymi z pierwszych wspomnień są narodziny młodszego rodzeństwa, pierwszy dzień w szkole i ten jeden raz, kiedy na podwórku przyłożył koledze za naśmiewanie się z młodszej siostry. Niewiele ponad to potrafił przypomnieć sobie ze wszystkimi szczegółami. Wie, jest pewien, że kiedyś miał tego w głowie dużo więcej. Lekarze mówili mu, że być może kiedyś sobie przypomni.
Najwyraźniejszy ze wspomnień z tego okresu życia jest moment, gdy on i Theo stali przyklejeni do szyby w szpitalu. Ich oddechy rozlewały się na niej strużką pary. Pielęgniarka zawołała ojca do środka, a on wstał, cały sztywny i pognał, nawet nic nie mówiąc do swoich synów. Ich zaproszono po piętnastu minutach. Matka przywitała ich zmęczonym uśmiechem, zaprosiła gestem dłoni. Na rękach trzymała ich nowo narodzoną młodszą siostrę - najdziwniejszą istotę, jaką kiedykolwiek widział Fitz.
Kolejnym bardzo wyraźnym wspomnieniem jest moment, w którym matka powiedzieli im, że rozwodzi się z ojcem. Posadziła całą trójkę rodzeństwa w salonie i tłumaczyła spokojnym głosem, dlaczego dla nich wszystkich to najlepszy wybór. Wcześniej tamtego dnia ojciec się wyprowadził. Gdy wrócili do pokoi, Theo cisnął książką w łóżko, a potem wybił pięścią dziurę w boku szafy. Jego ręka krwawiła obficie, ale nie pozwolił Fitzowi namówić się na założenie opatrunku; położył się na swoim łóżku plecami do brata i nie odezwał ani słowem, chociaż tej nocy oboje nie zmrużyli oka ani na chwilę.
Pamięta, jak Theo postanowił nauczyć go grać w baseball. Wyciągnął swoją starą rękawicę ze sterty rupieci w garażu (dostał ją na siódme urodziny od ojca, który po rozwodzie przeprowadził się z nową dziewczyną do domu po przeciwległej stronie Portland). Wyszli do parku, zabrali ze sobą Waverly i psa (Fitz nie może sobie przypomnieć, jak się wabił). Był podekscytowany; Theo zawsze wydawał mu się wspaniały i ta lekcja sportu była trochę jak uchylenie rąbka tajemnicy tej wspaniałości. Fitz nie miał jednak talentu; gdy piłka po raz wtóry przeleciała mu tuż obok kija, starszy brat popchnął go tak mocno, że uderzenie o ziemię wydarło mu całe powietrze z płuc. Przeprosił go za to chyba sto razy, a na koniec podarował starą rękawicę, nawet jeżeli oboje wiedzieli, że nigdy się Fitzowi nie przyda.
Gy Fitz miał szesnaście lat, przeprowadzili się do Loveland. Matka poznała kogoś podczas podróży służbowej i zdecydowała, że sprawa jest warta przeniesienia całego ich życia do innego stanu. Fitz nie widział w tym przeszkód, chociaż ze smutkiem pożegnał kilkoro ze swoich bliskich przyjaciół. W Colorado pokochał od pierwszego wejrzenia.
Nie pamięta, ile miał lat, gdy Theo zaprowadził go na rodeo. Przyszedł któregoś razu do zakładu zegarmistrzowskiego ojczyma, w którym Fitz zaczął pracować po szkole (w ramach zacieśniania więzów, ojczym postanowił podzielić się z pasierbem swoją pasją - misja się powiodła, bo nie dość, że Fitz odkrył w sobie zamiłowanie do grzebania w trybach i mechanizmach, to w dodatku nawiązali naprawdę bliską, przyjacielską relację) i zarządził, że musi raz na jakiś czas oderwać się od zegarów. Uśmiechał się zagadkowo i być może właśnie dlatego Fitz się zgodził. Podczas zawodów jedna z dziewczyn od razu przyciągnęła jego wzrok. Godzinę później Theo przedstawił mu ją jako swoją dziewczynę, Dust.
Olivię spotkał w przychodni. Za pierwszym razem pobierała mu krew, gdy robił badania kontrolne do pracy. Było w niej coś takiego, że Fitz o wiele za często pojawiał się tam z każdą głupią sprawą. Ból głowy mógł w końcu być oznaką czegoś poważniejszego niż zmęczenie lub przeziębienie, a drobną kontuzję łokcia trzeba było kontrolować, żeby dobrze się zagoiła - lepiej wiedzieć. Zwłaszcza, że za każdym razem coraz bardziej podobała mu się pielęgniarka. W końcu odważył się zaprosić ją na randkę. Potem kolejną i następną, aż w końcu Olivia też zaczęła go zapraszać.
Wydarzenia z tamtej nocy są najbardziej zamglone. Nieważne, ile by myślał, Fitz nie potrafi przypomnieć sobie, dlaczego tam się znalazł, dlaczego poszedł do domu swojego brata i szwagierki. Wie, że zastał go w płomieniach i wie, że wskoczył do środka bez zastanowienia. Ma na dowód pokaźnych rozmiarów blizny oplatające jego plecy, brzuch i obie nogi. Wydaje mu się, że widział swojego brata, mówił coś do niego, a Theo mu odpowiadał, ale powiedziano mu, że stężenie tlenku węgla było tak wysokie, że nawet nie zdołał do niego dotrzeć. Zwłoki jego brata znaleziono w zupełnie innej części tego, co zostało z domu (przy słowie zwłoki za każdym razem czuł się, jakby uderzono go w brzuch). To mogły być halucynacje po zatruciu czadem - powiedzieli mu lekarze.
Nie jest pewien, ile czasu spędził w szpitalu - na pewno był tam dłużej, niż by sobie tego życzył. Próbował się wypisać kilka razy, ale za każdym mówili mu, że prawie zginął, więc powinien dać sobie chwilę na rehabilitację. Zrobił to tylko dlatego, że i tak nie miał pracy, do której mógłby wrócić (stracił dawną stracił dawną sprawność w dłoniach - musiał pożegnać się z zakładem zegarmistrzowskim, który miał o trzymać w spadku po ojczymie, który sam też nie mógł już tam pracować. Zakład został sprzedany). Zanim stanął na nogi, samochód potrącił jego matkę. Nie przeżyła.
Po wyjściu ze szpitala zatrudnił się w fabryce. Był zły na świat, karmę, Boga - cokolwiek miało więcej do powodzenia. Był zły i zgorzkniały, a jedynym, co na początku trzymało go przy zdrowych zmysłach, była Olivia. Bez jej opiekuńczego dotyku i ekstrawaganckich obiadów prędzej czy później coś by go trafiło. Nie do końca doszedł do siebie i pewnie nigdy nie dojdzie, bo od dnia pożaru gdzieś w nim zionęła dziura - ale nauczył się ignorować jej istnienie.


POZOSTAŁE

» Sporą część obu jego nóg, pleców i brzucha pokrywają blizny po poparzeniach i to nie jedyne żniwo, jakie zebrały obrażenia po pożarze. Przez zatrucie czadem stracił dawną sprawność w dłoniach, znacznie pogorszył mu się też wzrok - co nie znaczy, że posłusznie chodzi w okularach, bo przeszkadzają mu one na tyle, że wiecznie rzuca nimi zirytowany (dwie pary już zdeptał, na jednej usiadł), dlatego wiecznie mruży oczy, gdy chce coś przeczytać. Oprócz tego z pamięci wyleciało mu dużo drobnych szczegółów z jego wspomnień - nie pamięta już imienia swojego najlepszego przyjaciela z wczesnego dzieciństwa, z trudem przypomina sobie nazwiska licealnych nauczycieli i za nic w świecie nie jest w stanie wygrzebać z pamięci kodu do licealnej szafki.
» Uwielbia psy; zawsze uważał, że dom bez psa to żaden dom, więc gdy tylko wyprowadził się od rodziny, kupił sobie owczarka niemieckiego. Wabi się Elvis i ma już prawie osiem lat.
» Dosyć dobrze gotuje, chociaż w jego repertuarze jest niewiele potraw.
» Chociaż nie jest urodzonym sportowcem, codziennie wieczorem wychodzi do lasu pobiegać albo pospacerować. Po przesiedzeniu całego dnia w fabryce to najlepsze uczucie na świecie, a poza tym chwila na przemyślenia.
» Jest prawdopodobnie jednym z najmniej gadatliwych ludzi na świecie. Chwilami wygląda to trochę tak, jakby w ogóle nie był zainteresowany rozmową - albo czymkolwiek, na dobrą sprawę. Zaczyna mówić więcej, gdy dobrze kogoś pozna, ale nawet wtedy nie jest szczególnie otwarty i wciąż pozostaje dla świata tajemnicą, co dokładnie dzieje się w jego głowie.
» Rodzina jest dla niego zawsze na pierwszym miejscu. Zawsze znajdzie chwilę dla siostry albo ojczyma, utrzymuje też dobry kontakt ze swoim ojcem.
» Z natury jest samotnikiem. Lubi spędzać czas samemu w domu, czytając lub oglądając telewizję przy piwie.
» Jego największym talentem jest naprawianie. Domowe usterki mu niestraszne, usług mechanika też nie potrzebuje, dopóki nie jest wymagane posiadanie specjalnego sprzętu. Klejenie, skręcanie, zbijanie i wyszukiwanie źródła problemów jest dla niego prawie terapeutyczne.
» Może i ma trzydzieści sześć lat, ale nigdy nie znudzi mu się puszczanie latawców.
» Nigdy nie poszedł na studia ani nie myślał o przeprowadzce. Dobrze mu w Loveland, a jego ambicje w stu procentach zaspokajała praca jako zegarmistrz, dopóki ją miał.
» Ma cierpliwość anioła. Może dlatego zawsze był popularny wśród zwierząt i dzieci.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Wrz 10, 2018 9:38 pm

ONCE I DIED

I dug a grave in the garden
Between the roots I made a bed
And as my head touched the dirt
I felt my skin getting harder
I felt my back getting wet
Dry, solemn eyes, no error alert
First fistful of soil
Made my intestines boil
Lily of the Valley fell
Did not protect the kingdom well

Marigolds have come along
With golden strings of hair thin hope
And as her flesh came all apart
They beat the drums to bare bone song
Her muscles slithered down the slope
What's left of her is fearful heart
Even with the neon glow
She grew up bad, she grew up slow
Ash of nymph, kettle-drum
Boil away with some rum

White Mulberry starts to grow
Right when new seeds fell from the stars
She tried to pick them out with fear
But the seeds strong with neon glow
Took kettle-drum, looked in the eyes,
They say, you have to have what's real
Down the throat it goes
Mixture of the flaws
Human compost in a mug
To make the best fruit grow

And all this way I had the pill
I looked for from my shallow grave
I haven't thought it's possible
That it's what worst in me that will
Be the hero that can save me
Thank you mirror neon vine
You're the one to bring
What once was mine
What I thought was wrecked
You resurrect

I have to check for what is right
Ask the mirror where to hide
To let the world see what I see
I know we'll wave from such great heights
The beauty I see isn't bad
And I can grow from neon light
If I let it inside my mind

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Sponsored content




PisanieTemat: Re: You can't burn fire   

Powrót do góry Go down
 
You can't burn fire
Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
dodatkowe
 :: 
relacje
-
Skocz do: