IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 You can't burn fire

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Mar 17, 2017 8:00 pm



Alexandra "Bird" Dallas
ft. Jane Levy



Miejsce urodzenia: WO
Data urodzenia: 1 listopada
Wiek: 18
Zawód: uczy się
Orientacja: hetero
Stan cywilny: panna
Wyznanie: katolicyzm



≡ małomówna ≡ zamknięta w sobie ≡ oddana ≡ inteligentna ≡ ironiczna ≡ pamiętliwa ≡ zazdrosna ≡ odważna ≡ niecierpliwa ≡ kreatywna ≡ emocjonalna ≡ ambitna ≡ wierna ≡ uparta ≡ samotniczka ≡



Kiedy wyrasta się w tak licznej i zżytej rodzince, jaką są Dallasowie, łatwo przywyknąć do tego, że jest się jednym z wielu. Bird trafiło to na długie lata, podczas których trudno jej było znaleźć swoją tożsamość. Próbowała wielu rzeczy, najczęściej naśladując zachowania swojego licznego rodzeństwa. Trudno powiedzieć, by była szczególnie barwną osobowością przez pierwsze kilka lat życia. Należała do tych małomównych dzieci, które siedzą cicho, gdy tylko do domu przychodzi ktoś, kto nie należy do rodziny i chcą jak najszybciej uciec do swojego pokoju. Była nieśmiała, w przedszkolu i pierwszych latach podstawówki dawała się wrobić silniejszym dzieciakom w oddawanie swojego drugiego śniadania, często padała ofiarą głupich żartów albo prowokacji, bo trudno było jej uwierzyć w to, jak bardzo dziesięciolatki potrafią być czasem złośliwe. Większość czasu spędzała ze swoim najlepszym przyjacielem - notabene odpowiedzialnym za jej przydomek - na łażeniu po drzewach, budowaniu szałasów, podkradaniu jabłek z sadu i wynajdowaniu najdziwniejszych kryjówek. Około trzynastego roku życia przeżyła swój bunt. W jej przypadku trzeba by było przedefiniować to słowo. Odkryła wtedy Kościół. Jakimś sposobem proboszczowi parafii udało się ją zafascynować, Bird w każdą niedzielę pilnie stawiała się na porannej mszy, chodziła na różańce, roraty i oazę, w wakacje z zapałem zdzierała sobie stopy na pielgrzymkach. Bezrozumnie odmawiała modlitwy, będące dla niej niczym ponad rymowankami, o których każdy dobry katolik powinien pamiętać rano i przed snem. Można byłoby stwierdzić, że Kościół był jej hobby. Na pewno był jednak punktem zwrotnym w procesie kształtowania się jej osobowości, chociaż dzisiaj Bird nie jest już tak ślepo oddana wszystkiemu, co związane z katolicyzmem tylko dlatego, że jest to katolickie i ma dużo swoich własnych przemyśleń. Mniej więcej w wieku szesnastu lat jej wielka pasja przygasła i pozostały w większości tylko przyzwyczajenia. Zaczęła się za to fascynacja hipisami, wyciąganie starych kaset z piosenkami zespołu taty. W szesnaste urodziny, w ramach imprezy, której nie chciała urządzać, pierwszy raz zapaliła trawkę, która okazała się być jedyną używką, do której naprawdę ją ciągnęło, nawet pomimo tego, że za pierwszym razem spaliła się tak, że ledwo powstrzymano ją przed pływaniem w jeziorze na waleta. Zrobiła sobie kolczyk w chrząstce igłą, wynajdywała najdziwniejsze ubrania w lumpeksach i uważała się za żywcem przeniesioną z lat sześćdziesiątych do teraźniejszości. Tak jak i poprzednio, jej wielka fascynacja zdążyła już do dnia dzisiejszego ustąpić, pozostawiając po sobie kilka przyzwyczajeń, nawyków i poglądów. W pewnym momencie niektóre rzeczy stały się ważniejsze, niż usilne próby stuprocentowego wpasowania się w jakiś schemat. Zabrakło jej też tego niestrudzonego zapału, który w związku z chylącą się ku końcowi drogą edukacji stara się przelać na naukę.



» Ma na imię Alexandra, ale mówi tak na nią już chyba tylko rodzina i nauczyciele, bo zawsze przedstawia się jako Bird - kwestia tego, że nie znosi swojego imienia.
» Chodzi do Kościoła co niedzielę, a czasami nawet częściej, w wakacje bierze też udział w pielgrzymkach, a kiedyś przez jakiś czas chodziła na oazę. Owszem, jest wierząca, ale chyba nie aż tak, jak się ludziom by mogło wydawać, bo często w Kościele przesiaduje dlatego, że bardzo dobrze jej się tam zbiera myśli. Podczas nabożeństw najczęściej ucieka gdzieś myślami i roztrząsa aktualne problemy. Uważa, że dobrze jest w coś wierzyć i nie ma po co szukać dziury w całym i wytykać nielogiczność Biblii i tak dalej. Przy tym w jej przypadku wiara nie oznacza bycia konserwatywną, pruderyjną przeciwniczką związków homoseksualnych, która uważa, że dzieci poczęte przez in vitro nie mają duszy.
» Od dymu papierosowego się krztusi, a alkohol smakuje jej tylko czasami. Jej grzechem jest za to zioło. Nie za często, ale jednak.
» Gdyby nie miłość do kurczaka, zostałaby wegetarianką.
» Ma mnóstwo blizn, bo jako dzieciak spędzała połowę wolnego czasu wspinając się po drzewach i przechodząc przez płoty. Nigdy nie miała za to żadnego złamania.
» Nosi makijaż tylko wtedy, kiedy ją ktoś zmusi. Sama nie dałaby rady użyć niczego oprócz pudru, najprawdopodobniej wydłubałaby sobie oczy, gdyby próbowała.
» Czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce, zaczynając na dennych romansach, poprzez fantastykę i kryminały, aż po traktaty filozoficzne i poezję. Najchętniej czytuje jednak Rowling, Kinga, Collins albo Forman.
» Ma bardzo niską odporność, więc często choruje i wystarczy byle wiaterek, żeby musiała grzać się z kompresem i paczką chusteczek na podorędziu przez następne kilka dni.
» Obce są jej jakiekolwiek flirty, najzwyczajniej w świecie nie rozumie tego języka. Z chłopakami zazwyczaj się przyjaźni - łatwiej jej to przychodzi, niż przyjaźń z dziewczynami - ale żadnej wspaniałej historii miłosnej nigdy nie przeżyła. Niewspaniałej też nie.
» Bardzo trudno zasłużyć na jej zaufanie. Zanim to się wydarzy, przejdziesz milion testów, być może nawet o tym nie wiedząc.
» Trudno zmusić ją do agresji, wybuchu złości czy płaczu. Trzeba z wielką precyzją trafić w czuły punkt, ale kiedy już się trafi to... no, jest kiepsko.
» Słucha lekko psychodelicznej muzyki, indie rocka oraz żeńskiego jazzu. Jej ulubieni wykonawcy to SoKo, Cat Power i The Cranberries.
» Był taki epizod w jej życiu, kiedy bardzo chciała mieć dredy i mieszkać w przyczepie. Raz była o krok od decyzji o przefarbowaniu włosów na różowo.
» Bardzo długo grała na gitarze, trochę jej się to już znudziło. Jakiś czas temu zabrała się za harmonijkę ustną, ku wielkiej uciesze wszystkich w zasięgu słuchu.
» W przyszłości chce wyjechać do Afryki, leczyć lwy i walczyć z kłusownictwem, ma zatem w planach studia weterynaryjne.
» Jej ulubiony film to Into the Wild.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Nie Mar 26, 2017 2:54 am

BIRD MAYA SALINGER
ZOEY DEUTCH
data urodzenia:

17.06
wiek:

24
miejsce urodzenia:

WINDSOR, COLORADO
stanowisko, miejsce pracy:

PRACUJE W KINIE W FORT COLLINS
stan cywilny:

PANNA
w Loveland od:

KILKU GODZIN?





BIOGRAFIA

Urodziłam się w Windsor w stanie Colorado. Moje przyjście na świat zmusiło rodziców, by w końcu porzucili wolne i bezmyślne życie hippisów, kupili dom, zaparkowali na podwórku kampera, którym do tej pory jeździli po Stanach i znaleźli prace, by chociaż trochę ustabilizować swoje życie. Nigdy nie nauczyli się za dobrze zasad gry w odpowiedzialne życie i nie można powiedzieć, żeby przez palce naszej rodziny przepływało chociaż trochę pieniędzy, które można byłoby rozpuścić na głupoty, ale mimo to miałam szczęśliwe dzieciństwo. Mama zawsze znajdowała sposób, żeby wyczarować coś z niczego i chociaż nie miałam pięknych Barbie, którymi bawiły się moje koleżanki z klasy, to moje ręcznie robione lalki podobały mi się nawet bardziej. Tak samo jak bardziej podobały mi się filmy na starych kasetach niż kablówka, której uświadczyć mogłam tylko w domach znajomych i zabawy, które wymyślał mój tata, niż gry na przenośnych konsolach. Przez to zawsze byłam odrobinę odseparowana od rówieśników. Koleżanki zapraszały mnie na przyjęcia urodzinowe pewnie wyłącznie dlatego, że ich mamy uważały, że wypada tak zrobić, a moje zaproszenia przyjmowały, bo nikt nie plótł tak pięknych fryzur, jak moja mama. Ale chociaż nie miałam wśród równych sobie wiekiem ludzi naprawdę bliskich przyjaciół, nigdy mi to nie przeszkadzało, bo rodzice spisywali się w tej roli znakomicie. Nigdy nie mieli problemu z tym, żeby poświęcić cały swój wolny czas, aby bawić się ze mną w magiczną wyspę, za którą służyło wnętrze starego kampera. Tata zbudował dla mnie domek na drzewie, a mama przystroiła go materiałami znalezionymi za kilkadziesiąt centów w pobliskim lumpeksie. To jedne z najpiękniejszych wspomnień, jakie posiadam - szkoda, że przez to, co wydarzyło się później, nigdy nie przestaną smakować odrobinę gorzko.
Idyllę przerwało odejście matki. Tamten dzień wyrył się w mojej pamięci. Był październik, mój pierwszy rok w podstawówce. Zmożona gorączką, nie poszłam do szkoły, zamiast tego siedząc owinięta pościelą i trzęsąc się z zimna. Mama należycie się mną zajęła - przyniosła termofor, podała swoją specjalną ziołową herbatę i głaskała mnie po głowie. Puściła mi z kasety Niekończącą się opowieść, mój ulubiony film. Skupiona na historii, którą oglądałam wtedy chyba trzysetny raz, nie usłyszałam, jak pakuje walizki. Gdy film się skończył, mama powiedziała, że wychodzi na chwilę do sklepu, ale zaraz wróci, a ja powinnam się zdrzemnąć. Owinęłam się więc szczelniej kocem i pożegnałam się krótko. To był ostatni raz, kiedy rozmawiałam z moją mamą, bo obietnica o rychłym powrocie nigdy nie została spełniona.
Jeszcze kilka lat po tym wydarzeniu przyłapywałam się na tym, że oczekuję jej powrotu. Zabraniałam siostrze pić z jej ulubionego kubka, do stołu nakrywałam o jedno miejsce za dużo, a czasami potrafiłam godzinami wysiadywać na ganku, obserwując ulicę i spodziewając się, że zaraz w oddali zamajaczy sylwetka mamy. To się nigdy nie stało. Czułam się samotna ze swoją tęsknotą. Moja siostra w dniu jej odejścia miała tylko trzy lata, więc praktycznie w ogóle jej nie pamiętała, ojciec natomiast zamknął się w sobie, stał się cichy, a w jego spojrzeniu już zawsze było coś smutnego i nie był w stanie znieść tego, że co jakiś czas próbowałam poruszyć temat mamy, dowiedzieć się od niego, z jakiego powodu mogła odejść, dokąd mogła pójść, czy uważa, że kiedyś wróci. Mama stała się tematem tabu w domu.
A jej obowiązki musiałam przejąć ja, chociaż byłam jeszcze bardzo młoda. Tata nie radził sobie z prowadzeniem domu - z niewieloma rzeczami sobie radził, ciągle zamyślony i żyjący w swojej własnej głowie. To ja zajmowałam się domem i siostrą. Starałam się, żeby miała tak samo piękne dzieciństwo, jak ja, ale nie byłyśmy do siebie zbyt podobne; moja siostra bowiem wolała spędzać czas w domach koleżanek, niż w starym kamperze albo domku na drzwie, z biegiem lat coraz bardziej zakurzonych, a gdy na swoje siódme urodziny nie otrzymała modnej w tamtym czasie lalki, zamknęła się w pokoju na kilka godzin i płakała. Chciałam, żeby była tak samo szczęśliwa, jak ja w dzieciństwie, więc gdy tylko wkroczyłam w odpowiedni wiek, poszłam do pracy, by dokładać się do rodzinnego budżetu i spełnić przynajmniej kilka z jej życzeń. Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, zwłaszcza że znalazłam pracę w kinie, w którym w tamtym czasie byłam już zakochana po uszy. Nie uczyłam się szczególnie dobrze, bo nie miałam na to zwyczajnie czasu. Okres składania podań na uczelnie wziął mnie z zaskoczenia, ale po głębokim namyśle uznałam, że moje pole manewru i tak nie jest wystarczająco duże, żeby czymkolwiek się przejmować. Ani nie miałam pieniędzy na dobrą szkołę filmową, ani nie mogłam nigdzie wyjechać. Poszłam więc na ogólny kurs do lokalnego collage’u, by po jakimś czasie podjąć filmoznawstwo i zarządzanie. Spędzałam więc praktycznie cały czas na pracy, nauce i oglądaniu filmów.
Tak było do czasu, aż coś nie zmąciło rutyny w moim życiu. Gdy siostra powiedziała mi, że jest w ciąży z kimś z Loveland, mogłam tylko wsiąść w samochód i pojechać do sąsiedniego miasta, by tego kogoś znaleźć i zmusić do wzięcia odpowiedzialności.


POZOSTAŁE

W niektórych kwestiach ciężko jej zaufać swojej intuicji. Nieważne, jak głośno krzyczy rozsądek, często jest ignorowany, a w swojej oślej upartości Bird brnie w swój pierwotny zamysł, nawet jeśli jest świadoma konsekwencji czy nawet tego, że zwyczajnie nie ma racji. Ciężko stwierdzić, dlaczego tak się dzieje, jej samej również. Bez wątpienia natomiast pozostaje fakt, że pewność siebie, jaką prezentuje, niekiedy niemal nachalnie, zazwyczaj nie ma odzwierciedlenia w tym, jak rzeczywiście się czuje. Często postępuje przez to bezmyślnie, podąża za impulsem, nie starając się nawet dociec, czy to, co robi, jest właściwie. Jej samoocena legła w gruzach po odejściu matki - nieważne jak wiele razy usłyszała od rodziny i przyjaciół, jak wiele razy sama powtarzała sobie, że nie to wydarzenie nie miało nic wspólnego z nią samą. Niełatwo obdarza zaufaniem. Mija dużo czasu, zanim w pełni otworzy się przed nowo poznaną osobą, bezgranicznie nie wierzy tak naprawdę nikomu. Przez tendencję do przetwarzania wszystkiego w kółko i w kółko zawsze znajdzie się coś, przez co można byłoby podważyć szczerość intencji. Mimo to ma świadomość, że wiele problemów tworzy w swojej głowie i stara się podchodzić do tego logicznie, nie zawsze jednak z pełnym sukcesem. Nie jest typem przyjaciółki, która tuli i wyciera łzy skrajem rękawa - może w ostateczności, ale zanim do tego dojdzie, stosuje mocne, motywujące kopniaki, starając się ustawić do pionu. Pocieszać zresztą nie potrafi - umie słuchać, empatii też jej nie brakuje, ale nadmierna szczerość nie pozwala jej na zapewnienia o tym, że "będzie lepiej". Nie stara się być delikatna, mówi o faktach, nazywając rzeczy po imieniu, porzucając zawiłe eufemizmy. Sama też niczego takiego nie oczekuje, a zamiast chować się w bezpiecznym schronieniu czyjegoś uścisku, woli wziąć sprawy w swoje ręce, stawić czoła problemowi. Nie jest łatwo namówić ją do przyjęcia pomocy. Przede wszystkim dlatego, że wymaga to okazania swojej słabości, a Bird skrzętnie ukrywa takie momenty przed światem. Wcale nie dlatego, że chce tworzyć obraz siebie jako niezwykle silnej bohaterki, powód jest zupełnie inny: zbyt często prowadzi to do mówienia o uczuciach, o których Bird rozmawiać nie potrafi. Na palcach jednej ręki (i to ze sporym zapasem palców) można policzyć ludzi, którym powiedziała, że ich kocha. Zazwyczaj stara się takie rzeczy okazywać i poniekąd oczekuje od innych, że potrafią na tyle dobrze czytać między wierszami, aby wiedzieć, jaki ma do nich stosunek.

» Kiedyś bardzo marzyła o karierze reżyserskiej w Hollywood, ale ze względu na rodzinę porzuciła te plany i poszła do lokalnego college’u.
» Mimo to żyje filmami i gdyby to było społecznie akceptowalne, mogłaby rozmawiać tylko i wyłącznie o nich. Ogląda przynajmniej jeden film dziennie, zawsze znajdzie na to czas.
» Ma dwa tatuaże na uczczenie dwóch największych miłości jej życia. Jeden z nich to motyw z Mechanicznej pomarańczy, a drugi to słowa I solemnly swear I’m up to no good.
» Filmy Kubricka może wyrecytować z pamięci od a do z. Prawie wszystkie. To ten poziom obsesji.
» Zawsze marznie. Nieważne, czy jest lato czy zima i ile warstw na siebie włoży, zawsze mogłoby być jej zdaniem przynajmniej odrobinę cieplej.
» Rodzina zwraca się do niej Bee i to jedyni ludzie, którzy mają na to jej przyzwolenie.
» Winę za to ponoszą dzieci z jej klasy w podstawówce, które nie miały dla niej litości, gdy dowiedziały się, co oznacza wyrażenie the birds and the bees. Za swoim pełnym imieniem też przez to nie przepada. Co prawda nie jest to wspomnienie, które nawiedza ją w koszmarach, ale jednak niesmak pozostał.
» Zawsze pachnie kokosem, bo wybiera kosmetyki o tym zapachu, o ile są dostępne.
» Ma zwyczaj przydzielania w głowie ludzi do domów Hogwartu. Ona jest z Ravenclawu. A jej patronusem jest orangutan, jakby ktoś był ciekawy.
» Kiedy miała trzynaście lat, złamała lewą rękę w trzech miejscach i od tej pory jej lewę ramię jest odrobinę krótsze od prawego. Nie widać tego jednak, dopóki Bird nie zwróci na to komuś uwagi. Ma też bliznę na lewej skroni, tuż przy linii włosów, która powstała, kiedy w wieku sześciu lat wraz z przyjaciółmi z dzieciństwa włamywała się do opuszczonego domu, w którym podobno straszyło i skaleczyła się szkłem, które wystawało z ramy po oknie.
» Kiedyś jej ulubionym filmem była Niekończąca się opowieść, ale dziś nie może na niego patrzeć.
» Jeździ starym kamperem rodziców, bo nie było jej stać na inny samochód, a potrzebowała czegoś, żeby dojeżdżać do pracy i na studia. Wydała więc odrobinę mniej pieniędzy, żeby mechanik doprowadził do ładu nieużywany przez kilkanaście lat wóz i teraz śmiga nim wszędzie, zupełnie nie przejmując się tym, że pewnie wygląda to conajmniej dziwnie. Może kiedyś zainwestuje w coś bardziej mobilnego, ale na razie jej sentymentalna strona na to nie pozwala, bo to tak, jakby wszędzie woziła ze sobą wszystkie swoje najlepsze wspomnienia.
» Kierowcą natomiast jest wyjątkowo dobrym, nie strach jechać z nią autem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Nie Mar 26, 2017 2:54 am



Lumiere 'Luke' Hamilton
Sam Claflin

data urodzenia:


29.11

wiek:


29

miejsce urodzenia:


Loveland

stanowisko, miejsce pracy:


researcher w Loveland Reporter-Herald, pisze doktorat na CSU

stan cywilny:


kawaler

w Loveland od:


zawsze





biografia


Tego zimowego dnia, którego Luke przyszedł na świat, całe jego życie było już zaplanowane. Co z tego, że dopiero co wziął swój pierwszy oddech? Bidget i Richard Hamiltonowie byli ludźmi wyjątkowo skrupulatnymi i uporządkowanymi. Chociaż nie zabrakło w nich ekscytacji dla pojawienia się na świecie ich pierwszego męskiego potomka - wtedy jeszcze nie zdążyli popaść w aż taką skrajność - to jednocześnie byli przekonani, że jeżeli chodzi o wychowanie dzieci, nie można dać dużo miejsca do działania przypadkowi. I w czasie gdy w pierwszych latach swojego życia Luke nawet przewyższał ich oczekiwania, spokojniejszy od innych dzieci w jego wieku i bardzo szybko podłapujący wiele rzeczy, w pewnym momencie znalazł się na równi pochyłej, jeżeli chodzi o zaspokajanie pragnień rodziców. Co prawda nie był łobuzem, nie tarzał się w błocie, nie rwał nowych ubrań ani nie łamał kończyn, ale odkąd tylko poszedł do szkoły, sprawiał problemy wychowawcze innego rodzaju - pyskował ile wlezie. Chyba jeszcze poruszając się na czworakach zdążył pozjadać wszystkie rozumy, bo nawet w wieku siedmiu lat poprawiał wszystkich nauczycieli (chociaż w tamtym czasie starał się ich nawrócić na swoje dziecięce rozumienie świata, bo mądrzejszy od nich wcale nie był) i wdawał się w długotrwałe i zupełnie bezsensowne dyskusje w trakcie lekcji. Być może państwo Hamilton zbyt często chwalili jego inteligencję - ale to był dopiero pierwszy z ich wychowawczych błędów. Kiedy zaczęły się sypać uwagi i wezwania do dyrektora, Hamiltonowie szli tam niemal na klęczkach, błagając o przebaczenie w imieniu syna, a zaraz po powrocie urządzali mu wielką awanturę. W taki sposób większość dzieciństwa Luke spędził, mając szlaban - nie przesadzam, naprawdę niewiele było takich okazji, kiedy u rodziców miał czyste konto. Większość czas spędzał więc na czytaniu w swoim pokoju, dzięki czemu mimo wszelkich problemów, jakie sprawiał kadrze szkoły, nikomu nie dawał szansy na wystawienie mu złej oceny i przechodził z klasy do klasy ze śpiewającymi wynikami. Rósł z nosem w książkach, zawarł kilka przyjaźni, wkroczył też w pewnym momencie w wiek, w którym zaczął zauważać istnienie dziewczyn. Mniej więcej w tym momencie jego siostra, w tym czasie już zamężna, przyszła pewnego wieczoru do rodzinnego domu ze złamanym obojczykiem i wielkim limo pod okiem. Państwo Hamilton zmusili ją do małżeństwa z bardzo niewłaściwym człowiekiem tylko dlatego, że zaszła w ciążę w imię chyba najważniejszej myśli w ich życiu: co na to sąsiedzi? I w imię tej samej myśli zabronili siostrze Luke'a wziąć rozwodu. To Lumiere wziął na siebie odpowiedzialność za bunt w związku z ich postawą, bo siostra była zbyt uległa, żeby się im postawić. On natomiast nie miał z tym najmniejszego problemu i pokłócił się z rodzicami tak, że jeszcze tego samego wieczora wyprowadził się do swojego najlepszego przyjaciela, którego rodzina przyjęła go jak swojego. Już wtedy stał się czarną owcą Hamiltonów, a rodzice nie odezwali się do niego nawet wtedy, kiedy dzięki licznym olimpiadom naukowym wypracował sobie pełne stypendium naukowe i poszedł na studia. Znalazł sobie również pracę i nawet zamieszkał sam w wynajmowanym pokoju, a zaraz potem się związał. Kiedyś uratował młodszą od siebie dziewczynę przed bandą łobuzów zgrywając chojraka (na szczęście skutecznie, nie dostał wtedy nawet po gębie) i chociaż zajęło mu kilka lat uświadomienie sobie, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał, to w końcu się ogarnął i udało mu się wygrać jej serce. Niestety, nie wszystko poszło tak, jak by sobie tego życzył, bo jednak jak przystało na społeczną kalekę, jaką był, w końcu wszystko zepsuł. Ale ile by nie miał za uszami, i tak uważa, że nie zasługiwał na to, co dostał: zerwanie poprzez wyjście za innego (bo co prawda jego dziewczyna zerwała z nim jeszcze przed wyjściem za mąż, ale Luke nie dał się przekonać do tego pomysłu i chciał ciągle o nią walczyć na swój własny, nieudolny sposób). Od tej pory nie wierzy w związki i pluje sobie w brodę, że nie wpadł na to zanim złamano mu serce, bo w końcu miał wiele lat na obserwowanie małżeństwa swojej siostry. Obecnie Luke wrócił do pracowania i studiowania, a właściwie pisania doktoratu i pogrążył się w rutynie, a jego plany zakładają, że tak pozostanie do końca jego życia.



pozostałe


» Straszna z niego mądrala. Ciągle popisuje się swoją wiedzą, a w dodatku uważa, że zawsze ma rację - niezależnie od tego, czy na danym temacie się zna, czy też nie.

» Wszystko, co mówi, wypowiada z absolutną pewnością, jakby to było zupełnie niepodważalne. Lubi też wdawać się z ludźmi w dyskusje.

» Do popełniania błędów się nie przyznaje, ale je poprawia. Zachowuje się też przy tym, jakby rację miał od początku. Pół biedy, jeżeli chodzi o jakąś teorię, gorzej w kwestii życiowych wyborów i socjalnych sytuacji. Przez to wiele osób uważa go za strasznego chama, chociaż tak naprawdę nie jest aż taki zły. Ci, którzy dobrze go znają, potwierdzą, że chęci ma prawie zawsze dobre i można na niego liczyć.

» Doktorat robi tylko dlatego, że lubi dowiadywać się nowych rzeczy, a dzięki temu ma dostęp do środków - no i może się popisywać, co nie?

» Na uczelni zajmuje się badaniem snu; poszedł w tym kierunku, bo jako nastolatek bardzo często lunatykował i to w takim stopniu, że potrafił obudzić się w środku miasta. Teraz epizody zdarzają mu się zdecydowanie rzadziej, na tyle, że mógł odstawić leki.

» Był kiedyś na kursie szybkiego czytania i bardzo dobrze opanował tę umiejętność. A czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce, zwłaszcza kiedy jest znudzony - nieważne, czy to przygodówka dla dzieci, romans dla nastolatek, thriller czy może traktat filozoficzny albo jakaś etykieta. Jest jednym z tego niewielkiego procenta ludzi, którzy przed zakupem przeczytają wszystko na opakowaniu, od deski do deski. Ot, tak z ciekawości.

» Przez to trochę długo schodzi mu się na zakupach, ale temu człowiekowi i tak się nigdy nigdzie nie spieszy. Mimo to jakimś cudem nie spóźnia się jakoś notorycznie. Tylko czasami.

» Jeśli trzeba coś policzyć, nawet dosyć skomplikowanego, na pewno nie zdążysz wyciągnąć telefonu z kalkulatorem z kieszeni przed tym, jak poda wynik. Zawsze prawidłowy.

» Może i jest inteligenty i ma dużą wiedzę, ale jest społeczną niedołęgą. Nie ma pojęcia, co wypada, a czego nie wypada powiedzieć. Czasem, gdy chce się dostosować, próbuje zgadywać, ale zazwyczaj zgaduje źle.

» Nie zależy mu na jakiejś ogromnej karierze, totalnie wystarcza mu jego praca (jest prosta, bo wiele rzeczy i tak wie, a jeśli nie, to bardzo chętnie wyszukuje informacje) i nie zamierza jej zmieniać.

» Nie ciągnie go też za specjalnie do dużych miast. Co prawda lubi pozwiedzać, ale przeprowadzić by się nie chciał.

» Kiedy był mały, pogryzł go koń, a potem na dodatek niemal stratował. Od tamtego momentu panicznie się ich boi. Zresztą zawsze go niepokoiły przez swoje inteligentne spojrzenie i to, że nie mógł się dowiedzieć, co się dzieje w ich głowie.

» Potwornie się irytuje, kiedy coś jest nielogiczne albo gdy nie jest w stanie czegoś pojąć. Pewnie dlatego nie umie w uczucia, chociaż i tak nie jest z nim AŻ TAK źle, bo przynajmniej akceptuje ich istnienie i nazywa po imieniu.

» Nie daj Boże, żeby wszedł na wikipedię, bo spędzi kilka godzin przeskakując przez hiperłącza i irytując się na wszystkie nieścisłości.

» Otrzymał swoje imię na cześć braci Lumiere i uważa, że ze strony rodziców to straszne bufoniarstwo, dlatego zawsze przedstawia się jako Luke i takiego też zdrobnienia używa na codzień. Nie lubi też tłumaczyć, że tak, Lumiere to naprawdę jego imię i nie, jego rodzice nie poznali się w kinie i niewiele mają wspólnego z filmami, po prostu chcieli nazwać go nazwiskiem kogoś sławnego.

» Zupełnie nie potrafi się bić, pada po pierwszym ciosie. Już kilka razy dostał po gębie przez swój sposób bycia i nigdy nie było inaczej. Mimo wszystko nigdy nie nauczył się, żeby nie zaczepiać pijanych osiłków w barach i nie sprawdzać, ile słów z jego wypowiedzi zrozumieją.





. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Wto Mar 28, 2017 7:53 pm

Charlotte Hilda Anderson
ft. Krysten Ritter



Miejsce urodzenia: White Oak
Data urodzenia: 20.09
Wiek: 32
Zawód: bywało różnie
Orientacja: hetero
Stan cywilny: nieogarnięta
Wyznanie: katolickie



Choćbym nie wiem jak się starała, nic mi się w życiu nie udaje. To już właściwie zasada: nie i koniec. Czasem mam jakieś chwilowe wzloty: znajdę pracę, dostanę podwyżkę, ktoś mnie pochwali albo uda mi się ugotować idealne ratatuille, ale, jak już zaznaczyłam – to chwilowe. Potem następuje awaria prądu gdzieś na jakimś odludziu i wszystkie pliki na serwerach firmy się kasują – razem z moimi projektami. Albo samochód przejeżdża kota, którego zdołałam utrzymać przy życiu przez rok. Albo w przeddzień służbowego wyjazdu atakują mnie osy, na których jad mam uczulenie. Albo mój chłopak odkrywa, że znoszenie mojego pecha jest dużo gorsze niż wytrzymywanie awantur jego byłej żony i postanawia do niej wrócić. Albo włącza się alarm przeciwpożarowy i nie tylko mój ratatuille do niczego się nie nadaje, ale i cała kuchnia.
To cała ja, całe moje szczęście. Tak było przez całe moje życie i wiecie? Już zdążyłam do tego przywyknąć, naprawdę. Dlatego trochę przestałam się już starać, skoro wiem, że nieważne, co bym zrobiła, nic nie zostanie ze mną na stałe. Zawsze byłam wyluzowana, ale po trzydziestce jestem taka chyba jeszcze bardziej, niż w liceum. Lubię nie być za nic odpowiedzialna – albo być, a jednak mieć to gdzieś. Lubię się pośmiać, więc po co martwic się czymś, co leży poza zasięgiem moich możliwości? Nauczyłam się wymagać od życia bardzo mało i przez wiele lat to było najlepszą taktyką na szczęście. Nie płaczę nad stratami, bo przygotowuję się na nie na starcie. Nauczyłam się obierać takie drogi w swoim życiu, żeby pozostawać zadowoloną bez zbędnego wysiłku.
To znaczy… tak było do czasu. Bo teraz wiele rzeczy się zmieniło.



Gdyby nie ludźmi, moi rodzice byliby chyba kamieniami. Poznali się w pracy, pół życia spędzili w pracy, mówili głównie o pracy, interesowali się pracą, trochę jakby poza biurem ubezpieczeniowym ich życie nie istniało. Chociaż potrafiłam nie spotkać ich w domu po kilka dni z rzędu - bo wychodzili do pracy, zanim się obudziłam i wracali, gdy już spałam - i tak jakimś cudem udawało im się kontrolować mnie prawie na każdym kroku. To znaczy - tak im się wydawało, bardzo się starali. Przeglądali moje notatki, rozmawiali z nauczycielami, chcieli w końcu, żebym pewnego dnia ja także znalazła sobie taką cudowną pracę, jak oni i wzięła przy okazji trochę przykładu ze starszej siostry, Cary, która całkiem porządnie ułożyła sobie życie. Bardzo chciałam ich zadowolić, ale nie potrafiłam siedzieć nad książkami, regularnie pojawiać się na lekcjach, nie miałam też żadnego spektakularnego talentu. Byłam tak bardzo zwyczajna, jak to tylko możliwe i wcale nie czułam się przez to nieszczęśliwa. W pewnym momencie stwierdziłam, że łatwiej będzie żyć tak, jak mi się podoba i po prostu trochę to za sobą tuszować. Rodzice dowiedzieli się, kiedy byłam w ostatniej klasie liceum - trochę za późno na reakcję. Ale jakoś przełknęli to, że nie poszłam na studia i zamiast tego zaczęłam pracę w kawiarni. A potem drukarni. A potem w pięćdziesięciu innych miejscach. Kiedy uzbierałam wystarczająco dużo oszczędności - a trwało to sześć lat - wyniosłam się do Fayetteville, do małej zagraconej kawalerki. Zmieniałam co chwilę pracę i chłopaków i życie upływało mi w błyskawicznym tempie. Tak naprawdę zakochałam się tylko raz, ale ten związek też zakończył się porażką, chociaż przez kilka miesięcy ponosiłam pierścionek zaręczynowy na palcu.
Po tym, jak rzucił mnie narzeczony od siedmiu boleści, zamieszkałam z siostrą i jej dziećmi. Ona właśnie rozwiodła się ze swoim mężem gnojem i nie narzekała na dodatkową parę rąk do pomocy, a ja nie czułam się samotna w pustym mieszkaniu w Fayetteville (na które zresztą i tak nie było mnie stać). Gdy znalazłam się pod jej czujnym okiem, więcej spraw zaczęło się układać. Częściej miewałam pracę - chociaż to i tak trochę żałośnie brzmi, lepiej jadałam, więcej czasu spędzałam poza domem. Mogłabym tak spędzić całe życie, niczego więcej nie potrzebowałam. Wiecie, kiedy mam gorszy dzień, zastanawiam się, czy to nie stało się przez moje fatum i przez to, że poczułam się zbyt spokojna i szczęśliwa, ale dwa lata później moja siostra umarła. Powiedziała mi, że jest chora, dopiero kilka tygodni wcześniej, chociaż sama wiedziała od około roku. Trochę mało czasu na przystosowanie się do tej informacji, ale sama nie wiem, czy gdybym spędziła kolejne pięćset godzin na rozmyślaniu, jak to bez niej będzie, przyjęłabym telefon ze szpitala lepiej, niż przyjęłam. I musiałam szybko wziąć się w garść, bo Cara zgotowała mi jeszcze jedną niespodziankę - prawa do opieki nad dwoma małymi urwisami.
Uwielbiam swoich siostrzeńców, ale sama myśl o tym, że mam być czyjąś matką, wywoływał u mnie zawroty głowy. Nie chodziło nawet o to, czy ja tego chcę, czy nie chcę, ale o ich zdrowie i bezpieczeństwo, bo umówmy się - nawet kaktusy potrafiłam zaniedbać do tego stopnia, że zostawały z nich suche kikuty wystające z ziemi. Mogłam bawić się z nimi godzinami, oglądać kreskówki, zabierać na lody, łyżwy, do kina, ale na przykład nie potrafiłam powiedzieć im, że ich matka nie żyje i już nigdy więcej jej nie zobaczą. Albo nie mam pojęcia, co powinni jeść, żeby dobrze rośli ani co robić, kiedy mają gorączkę, chociaż to i tak całkiem dobrze, że wiem, że nie powinnam dawać dzieciom tych samych leków, które sama bym zażyła. Rodzicielstwo było dla mnie kompletną abstrakcją i pięć miesięcy później - wciąż nią jest.
Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby to opanować - nie wiem ile, ale mogę przysiąc, że prędzej czy później będę chodzącą encyklopedią i będę mogła robić o wychowywaniu dzieci wykłady. Problem polega na tym, że może mi go nie wystarczyć. Jakiś czas temu do moich drzwi zapukał przedstawiciel opieki społecznej. Dziadkowie chłopaków ze strony ojca bardzo nalegają, żeby im ich oddać, twierdząc, że poradzą sobie z wychowaniem dużo lepiej, niż ja. Pewnie mają rację, ale Cara nie dałaby mi ich, gdyby nie sądziła, że sobie nie poradzę, prawda? Poza tym nie chciała, by ich ojciec gnój utrzymywał z nimi jakikolwiek kontakt. Dlatego muszę stworzyć im lepsze warunki i... no, w najbliższym czasie wyjść znaleźć narzeczonego i jak najszybciej wyjść za mąż. Zwłaszcza skoro i tak powiedziałam już tamtemu urzędnikowi, że niebawem to zrobię.



» Ususzyła każdy kwiatek, który kiedykolwiek posiadała, a wszystkie jej zwierzątka nigdy nie dożyły przy niej spokojnej starości, każde albo uciekło, albo zginęło w jakimś tragicznym wypadku.
» Wiecznie łażą za nią bezpańskie koty, ciężko zgadnąć dlaczego. Przygarnęłaby je wszystkie, ale za dobrze im życzy.
» Nie ma żadnego talentu, dosłownie. Ale przynajmniej jest zabawna.
» Pracowała już chyba w każdym miejscu w White Oak i połowie w Fayetteville, zewsząd ją wyrzucano. Najdłużej w jednym miejscu przepracowała rok, obecnie od czterech miesięcy trzyma się jednej roboty, którą wykonuje w domu - umawia ludzi na spotkania.
» Wiecznie coś gubi, zapomina o spotkaniach, wizytach u lekarza, zmianach, urodzinach. Nawet o swoich potrafi zapomnieć.
» Wiecznie nosi skarpetki nie do pary i nigdy nie ścieli łóżka.
» Na potrzeby macierzyństwa kupiła sobie książkę kucharską i potrafi bezbłędnie wykonać z niej już pięć przepisów. Przed nią jeszcze około stu.
» Bardzo szybko zapamiętuje teksty piosenek - być może dlatego, że siedząc za kierownicą, włącza radio na full i śpiewa na całe gardło. To jeden z wielu powodów, dla których jest bardzo słabym kierowcą.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Sie 24, 2018 6:54 pm







Caleb Loudshoot

DATA URODZENIA31.12.1994
CZYSTOŚĆ KRWI100%
MIEJSCE URODZENIAYork
MIEJSCE ZAMIESZKANIAYork
W HOGWARCIE JEST OD KLASYI
OBECNIE JEST NA ROKUVII
WYMARZONY DOMniechaj Tiara zdecyduje
WYBRANY WIZERUNEKRory Torrens


Wyglad

WZROST 178 cm
BUDOWA CIAŁA poprawnie zbudowany
KOLOR OCZU szare
KOLOR WŁOSÓW brązowe
ZNAKI SZCZEGÓLNE brak
PREFEROWANE UBRANIA Tak naprawdę wszystko, co nawinie się pod rękę będzie dobre, jemu to wszystko jedno. Nie zna się na modzie i nie wie, że czerwony i różowy to złe połączenie, nie zwraca też uwagi na to, że źle zapiął koszulę, albo że rzeczona koszula pachnie wyjątkowo męsko.


Charakter


Życie to żart. Życie to jeden, wielki, pieprzony żart. Więc się śmiejmy! Śmiech jest odpowiedzią na wszystko.

Caleb dorastał pod presją. I pomimo tego, że jego rodzice nie zostali zamordowani przez świra, ani nie wylądował na bruku, ani nawet nie zdechł mu ukochany pies, to tak jak każdy zresztą człowiek nie raz i nie dwa dostał od życia kopniaka z półobrotu. Kiedy to się zdarzyło po raz pierwszy, miał dziewięć lat i umarła jego daleka ciotka. Nigdy jej nawet nie widział, ale dla dzieciaka było to pierwsze zetknięcie ze śmiercią, gdy patrzył na powoli opuszczaną do dziury w ziemi trumnę, ze stratą, gdy patrzył na czerwoną i spuchniętą od płaczu, zasmarkaną babcię i z nieodwracalnością wyroków losu. Sądził, że nie poradzi sobie z tą sytuacją, gdy stał na pogrzebie obok czarnej jak śmierć marki, trzymając ją za zimną dłoń, której silny uścisk wcale nie był w żadnym calu krzepiący. W pewnej chwili patrzenie na posępne twarze rodziny stało się nie do wytrzymania i Caleb wyrwał się matce, przepchnął się między rodzeństwem i biegł do utraty tchu pomiędzy nagrobkami, a później wspinając się na wzgórze. Gdy znalazł się na jego szczycie, nie miał już siły i usiadł, starając się złapać oddech. Siedział tak chwilę i w pewnym momencie po prostu wybuchnął śmiechem. I wtedy odkrył, że jest to lekarstwo na wszystko.
Bywa, że ludzie uważają go za czubka - a on się z nich śmieje, bo śmieje się ze wszystkiego. Najlepiej z radości, ale w stresie, w smutku, z zażenowania, przy zbieraniu manta lub ponosząc życiową porażkę również.
Jest namiętny, we wszystkim, co robi. Poddaje się swoim uczuciom bez sprzeciwu, bo nie ma po co się buntować przeciw sile wyższej. W każdym swoim działaniu wydaje się być targany emocjami, a ich energia wypływa porami przy każdym jego kroku, geście, oddechu. Ani ich nie dławi, ani nie ukrywa przed światem i ludźmi. Mówi o nich otwarcie, zazwyczaj w formie żartu, bo tak wszystko brzmi lepiej.
Jest porywczy, co w połączeniu z głową napchaną dziwnymi pomysłami daje mieszankę, która pewnie kiedyś zabije go, kiedy następny raz będzie chciał sprawdzić, jak wysoko uda mu się polecieć na miotle albo ile czasu minie, zanim temu groźnemu psu uda się zerwdać z łańcucha, kiedy będzie chlapał na niego wodą. Ale RAZ SIĘ ŻYJE, prawda? A on bardzo chce uczynić każdą sekundę swojego życia godną wspomnienia na łożu śmierci i zapisać się w pamięci ludzkości na ładnych parę lat. Gdy patrzy się na niego, gdy robi wszystkie te szalone rzeczy, zdecydowanie wydaje się być szaleńcem.
Niestety wykazuje też lekceważący stosunek do rzeczy powszechnie uznawanych za ważne, takich jak szkoła, przyszłość, praca, gwarancja godnego życia. Bzdury! Godność możesz odebrać sobie tylko sam, a dla niego czymś takim na pewno będzie siedzenie za biurkiem w Ministerstwie Magii do końca życia, żeby tylko zjeść ciepły obiadek. Musi stale być w ruchu, a tkwienie przy książkach to istna tortura. "Marnuje swój talent" i dobrze o tym wie, między pierwszym a drugim zawalonym rokiem nauki zdążył usłyszeć o tym sześćset milionów razy, ale ma to, nie przymierzając, gdzieś pomiędzy lędźwiami i udami. Za żadne skarby nie pozwoli zawiesić się na smyczy. Znowu.
Często zmienia zdanie, rozmyśla się, zniechęca i zostawia coś niedokończone, ale w uczuciach jest stały. Przywiązuje się do ludzi naprawdę bardzo; za przyjaciół jest w stanie obciąć sobie rękę albo dwie, nawet do kompletu z nogami, uszami i nosem, jeśli będzie trzeba. Niestety jest przy tym chorobliwie wręcz zazdrosny i najchętniej wszystkich sobie bliskich zamknąłby w złotych klatkach, z kluszem wciśniętym głęboko do jego kieszeni. Nie może znieść bycia numerem dwa, ignorowania i zbyrwania i jego zaborczość może często doprowadzić do białej gorączki.



Historia


Historia jak historia. Urodził się, żyje, a potem umrze. Nic specjalnego.
Tak ci powie, gdy zapytasz. Niespecjalnie lubi mówić o swojej rodzinie, dla której najładniejsze określenie, jakiego używa, to poroniona. Przyszedł na świat w York, w sporej posiadłości należącej do nowobogackiej, czystokrwistej rodziny Loudshootów. Rodziny z tradycjami, co warto podkreślić. Rodziny bardzo chłodnej i nienoszącej znamion czegokolwiek, o czym myśli się, słysząc przymiot "rodzinny".
Od dziecka uczono go sztywnych zasad, etykiety, musiał też jeździć konno, grać w krykieta i na pianinie oraz uczyć się francuskiego i niemieckiego. Z tego wszystkiego lubił tylko jazdę konną, ale pod czujnym okiem matki i tak nie mógłby jeździć tak, jak miałby na to ochotę (na oklep, galopem, przez pola i łąki!), więc i te zajęcia nie osładzały mu jego ponurej, wypełnionej obowiązkami dziedzica egzystencji.
Długo się na to godził, bo aż, bagatela, tuzin lat. Stał się buntownikiem jako dwunastolatek, a wszystko dzięki przełomowej chwili, kiedy nie wytrzymał i wybuchnął matce śmiechem prosto w twarz, gdy po raz enty ustawiała go do pionu. Od tamtej pory doszedł do prwadziwej wprawy w buntowaniu się przeciw światu, bo zaczął delikatnie. Wywalczył sobie luźniejszy grafik, doprowadzając nauczycielkę języków do histerii, a każdy mecz krykieta z ojcem olewając ciepłym moczem. Rozkręcał się przez dwa lata, by oznajmić radoście matce, że we wrześniu po raz drugi będzie czwartoroczniakiem. I sprawiło mu to tyle uciechy, że później o tym samym mówił jako szóstoklasita.


Rodzina


♣️ Margaret Loudshoot - matka, lat 52. Nie lubi o niej rozmawiać.
♣️ Artur Loudshoot - ojciec, lat 56. Nie lubi o nim rozmawiać.
♣️ Nancy i Gabriel Loudshoot - rodzeństwo, lat 15 i 17. Nie lubi z nimi rozmawiać.



Ciekawostki


♣️ ma szczura Jeremiasza
♣️ imprezy? owszem, b a r d z o chętnie, ale raczej nie szaleje z alkoholem do oporu
♣️ powtarza wszystkim naokoło, że palenie jest złe, zabija i że mają rzucić, ale sam nie wytrzyma trzech godzin bez szluga
♣️ uwielbia popisywać się puszczaniem kółeczek z dymu
♣️ gdyby musiał żyć na swojej kuchni, umarłby z głodu albo bardzo groźnie zatruł
♣️ potrafi być romantyczny. Naprawdę!
♣️ uważa, że jego nazwisko jest debilne, więc często przedstawia się jako Caleb Wspaniały
♣️ do kochanych osób zwraca się zazwyczaj per "Fląderko", 'Makrelko", "Rozgwiazdko", "Płaszczko" tudzież godnością innych głębinowych stworzeń


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 9:58 pm

Miejsce urodzenia: White Oak
Data urodzenia: 31.10
Wiek: 30
Zawód: sprzedawca w sklepie muzycznym, czasami dorabia jako iluzjonista w pubach w Faye i Charlotte
Orientacja: dziewczyny
Stan cywilny: wieczny kawaler
Wyznanie: w teorii katolik



Nigdy nie da po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nikomu. Jego naważniejszym rekwizytem jest szeroki uśmiech, następne w kolejności są głupie żarty, którymi sypie w każdym, nawet najbardziej na to nieodpowiednim momencie. Odkąd nauczył się mówić, rozśmieszanie wszystkich wokół było jego tarczą przed wszystkim, co złe na świecie. Jeśli coś było nie tak, zaczynał pajacować i liczyć na palcach uśmiechy, które udało mu się wywołać. Im więcej ich było, tym łatwiej było sobie wmówić, że nie może być aż tak źle. Morris nie mówi o problemach, dopóki nie zostanie do tego zmuszony, a jeśli ktoś dobrze go zna, wie, że naprawdę źle robi się wtedy, gdy Mo milczy.
W każdych innych okolicznościach usta mu się nie zamykają. Mówienie o niczym to niezwykły talent, a Morris potrafi robić to dniem i nocą. I jeżeli ktoś tylko chce słuchać, to dosłownie tak długo może mówić. Uwielbia uwagę. Nie ma też problemu z tym, żeby zaczynać rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi, a dobra iluzja to świetny sposób na przełamanie lodów. W dodatku zawsze pamięta wszystkie imiona i nawet jeżeli rozmawiałeś z nim przez dosłownie pięć minut podczas jakiejś imprezy, Morris na pewno tego nie zapomniał. Ciężko znosi długotrwałą samotność. Jest też zawsze tym znajomym w grupie, który zgadzając się na najgłupsze przedsięwzięcia, zaczyna je już planować i nigdy się nie wycofa, o ile nie zrobi tego cała reszta – co ku jego wielkiemu zawodowi zdarza się bardzo często. Jeżeli obiecuje, że pojedzie w autostopową wycieczkę do Wielkiego Kanionu albo zorganizuje sesję wywoływania duchów nocą w środku lasu, nie rzuca słów na wiatr, naprawdę jest gotowy to zrobić.



Morris był żwawym dzieciakiem i należał do tych chłopców, którzy tarmosili warkocze koleżanek i z nudów robili zamieszanie na lekcji. Wyłamał w szkole kilka klamek, dla zakładu zjadł trzy kartki papieru, rzucał jedzeniem w kolegów i zatykał zamki w drzwiach gumą do żucia. Kochał też od zawsze wpajać w ludzkie głowy dziwne myśli. Jego szkolna koleżanka przez kilka miesięcy swojego życia używała przez niego dezodorantu również pod kolonami, po tym jak Morris wmówił jej, że tak należy robić. Inną w wieku trzynastu lat przekonał, że jest wiatropylna, a jej objawy przeziębienia to tak naprawdę oznaka, że jest w ciąży, a jeden z jego starych kumpli przez wygłupy Morrisa chyba do dziś jest przekonany o swoim daltonizmie. Kingsley stał się samozwańczym mistrzem blefu i fakt faktem, naprawdę jest dobry – jeśli ma okazję urabiać kogoś odpowiednio długo, jest w stanie przekonać go do prawie wszystkiego. Przebłyski odpowiedzialności miewał jedynie czasami. Zmuszała go do tego sytuacja rodzinna, bo w domu nigdy się nie przelewało. Pamiętając o tym, był w stanie zrezygnować z zachcianek i pilnie – a przynajmniej w większości pilnie – wspierał rodziców w prowadzeniu farmy.
Złamał wiele kończyn, obietnic i niewieścich serc w trakcie swojej edukacji. Uczył się słabo – nie przekonywały go dowody przeprowadzone przez Noblistów, bo teorie naukowe miał własne, poezja go nudziła, dzieląc los historii, a jego lekcja z sekcją żaby skończyła się wrzuceniem jej wnętrzności za kołnierz kolegi. Nie został, niestety, obdarzony łaską cierpliwości i nie potrafił się też koncentrować, ale jakimś cudem zawsze zdołał w ostatniej chwili obronić się przed powtarzaniem klasy. Miał dużo więcej fajnych rzeczy do roboty – gitara, dziewczyny, zakrapiane procentami ogniska i oglądanie gwiazd na dachu samochodu zaparkowanego nad jeziorem. Jeżeli Morris do czegoś się zapalił, potrafił ćwiczyć i powtarzać bez końca i jedyny problem polegał na tym, że z reguły nie interesowały go praktyczne umiejętności. Największą miłością obdarzył magiczne sztuczki, których, w przeciwieństwie do wszystkich innych przedsięwzięć, nigdy nie porzucił. Potrafił siedzieć w samotności i bez końca powtarzać triki, żeby dojść do perfekcji. Gdy połączy się te godziny ćwiczeń z jego charyzmą i naprawdę sporym doświadczeniem w odwracaniu uwagi, otrzymamy całkiem niezłego iluzjonistę. Ale na doskonaleniu umiejętności ambicje Morrisa się kończyły, bo wcale nie marzył o karierze na estradzie.
W zasadzie Morris ambicje miał żadne. W czasie kiedy jego rówieśnicy marzyli o wyjeździe z White Oak do wielkiego miasta, karierach albo chociaż rodzinie, jego zupełnie to nie interesowało. Nie był nigdy fanem długoterminowych planów i celów – dawał ponieść się chwili i działać przeznaczeniu, mówiąc "tak" wszystkim nadarzającym się okazjom. Po szkole zaczął pracować w kawiarni, żeby odciążyć trochę budżet rodziców. To w pracy poznał dziewczynę, w której się zakochał po raz pierwszy w życiu. Dziewczyna ta była w wieloletnim związku, a Morris stał się jej najlepszym przyjacielem. W dniu, w którym planował wyznać jej wreszcie swoje uczucia, dowiedział się, że się zaręczyła i że wyjeżdża do Nowego Jorku. Gdy otrzymał zaproszenie na ślub, specjalnie kupił ładny garnitur i prezent, wsiadł w samolot... i nigdy nie dotarł na uroczystość. Nie mógł się przemóc. Zamiast tego zbierał pieniądze do kapelusza, pokazując magiczne sztuczki na ulicach Wielkiego Jabłka, mając nadzieję, że może przynajmniej marynarka się zwróci. I chociaż nigdy w życiu nie zarobił tyle na swoich iluzjach, co tamtego dnia, Nowy Jork już chyba na zawsze stanie się dla niego synonimem wszystkiego, co złe i smutne na tym świecie, a także dowodem na to, że wielkie miasta nie są dla niego – wystarczy mu proste życie w rodzinnym White Oak. Wrócił do niego z ulgą, ale od tego momentu zawsze coś było nie tak i Morris nie mógł zbyć wrażenia, że czegoś zapomniał albo coś zgubił. Chociaż rutyna złożona z pracy, pokazów iluzji w barach, niezobowiązujących relacji tu i tam pozwalała mu nie myśleć o tym uczuciu dyskomfortu przez większość czasu, ono nigdy nie znikało.
A gdy otrzymał wiadomość o tym, że jego starsza siostra, policjantka, zginęła podczas służby, już nic nie zdawało się być na swoim miejscu.


» Zawsze nosi przy sobie przynajmniej jedną talię kart, a razem z nią bardzo często też inne rekwizyty, takie jak gumki recepturki, sztuczny kciuk i papier błyskowy. Każdą nową znajomość rozpoczyna od pokazania którejś ze swoich popisowych iluzji, a czasami w weekendy daje małe pokazy w pobliskich barach.
» Nie ma zupełnie wyczucia stylu. Ubrać się jak człowiek zdarza mu się tylko czasami, przez przypadek, albo gdy poprosi o pomoc kobietę. Sztuki obsługi żelazka też nigdy nie opanował, a dwie różne skarpetki to przecież nie jest koniec świata?
» Jeśli ktoś mu nie przypomni, nie pójdzie do fryzjera. Z regularnym goleniem się też bywa średnio. Ale spokojnie, myje się bardzo regularnie.
» Nosi okulary, ale nie zmieniał szkieł od jakiegoś czasu i pewnie niewiele już dają. I tak często o nich zapomina, więc w sumie jaka to różnica?
» Halloween to jego ulubiony dzień w roku i to nie tylko dlatego, że wtedy też wypadają jego urodziny. Jeśli chodzi o przebrania na tę okazję, wyznaje zasadę go big or go home.
» Wierzy w duchy i inne zjawiska paranormalne. Za młodu często namawiał znajomych na bawienie się ouija board, ogląda mnóstwo paranormalnych seriali dokumentalnych i uwielbia słuchać historii o zdarzeniach nie do wyjaśnienia.
» Przez całe życie chodził do kościoła tylko dlatego, że bał się tego, co może się wydarzyć, jeśli nie zobaczy go tam babcia. Po liceum zaczął wykręcać się z tego pracą i od tamtej pory pojawił się tam tylko raz – z okazji pogrzebu starszej siostry.
» Nie potrafi siedzieć bez ruchu, zawsze bębni w coś palcami, porusza nogą albo tańczy na siedząco.
» Ma wyśmienitą pamięć i chociaż nigdy nie wykorzystywał jej właściwie na drodze swojej edukacji, zna bardzo dużo randomowych i zupełnie nieprzydatnych ciekawostek.
» Wiele umiejętności zdobył tylko po to, żeby się popisywać, głównie przed dziewczynami. Z tego powodu zaczął czarować, nauczył się też udawać, że rozmawia płynnie w kilku językach (w tym mandaryńsku, japońsku, łacinie, hebrajsku, rosyjsku i czesku), co tak naprawdę polega na rzucaniu przypadkowych znanych mu słów, za to z wyśmienicie wyćwiczonym akcentem. Umie też zrobić doskonałe spaghetti napoli (za to jajecznica wychodzi mu już nie bardzo), kilka sztuczek na deskorolce i z jojo, grać na gitarze, ukulele i trochę na saksofonie, ale tylko jedną melodię.
» Lubi dobry alkohol i trochę hazardu. Jest mistrzem pokera, o ile nie gra z kimś, kto wie trochę o sleight-of-hand.
» Był mało urodziwym dzieckiem. Tylko pozycja klasowego pajaca uchroniła go przed znalezieniem się na samym dole szkolnego łańcucha pokarmowego i lądowaniem z głową w muszli klozetowej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 10:26 pm

Miejsce urodzenia: White Oak
Data urodzenia: 10.10
Wiek: 32
Zawód: dziennikarz radiowy w White Oak Voice
Orientacja: ogląda się za paniami
Stan cywilny: niedołęga
Wyznanie: wierzy w karmę i to by było na tyle



kreatywny × trudno przywiązuje się do ludzi × cyniczny × podręcznikowy introwertyk × zazdrosny × porywczy × zaborczy × zapominalski × uparty × ryzykant × niecierpliwy × lojalny × bezpośredni × ma poczucie humoru × uprzejmy × słowny



Nie ma co opowiadać o moim dzieciństwie. Zupełnie tak jak inne bachory taplałem się w błocie, udawałem, że jestem Tarzanem, wspinając po drzewach, rozbijałem głowę, kolana, łokcie - klasyka. Trochę trudno być wychowywanym przez panią psycholog, która dokładnie analizuje każdy twój wygłup i zamiast dawać normalne szlabany, gra w jakieś psychologiczne gierki, ale rodzice jakoś dali sobie radę. Jakoś.
Bo przez większość życia nie byłem dzieciakiem, o którym ktokolwiek powiedziałby "dobrze wychowany". Nie byłem szczególnie wysportowany i może nie byłem wybierany do drużyn na wf-ie jako ostatni, ale zawsze kończyłem wtarty w trawnik przez przeciwną drużynę, czasami z rozbitym nosem albo z guzem i do popularności mi było daleko, więc nadrabiałem głupotą. Bo to właśnie imponuje gimnazjalistom. A po gimnazjum trudno się tego oduczyć.
Więc imprezowałem, dawałem się prowokować do narażania swojego życia, reputacji i dumy. Robiłem za miejscowego pajaca, który śmieje się najgłośniej z własnych porażek, ale wypiera się ich, jeżeli nie miał akurat świadków. Musiałem dostać nauczkę, żeby trochę przystopować, ale zanim to się stało, przeniosłem się z błaznowaniem do Chicago, gdzie poszedłem na studia. W akademiku poznałem podobnych sobie palantów i czuliśmy się jak właściciele kampusu. Prawie zawaliłem pierwszy rok tylko przez to, że dałem sobie wmówić, że odrabianie zadań jest lamerskie, bo w końcu można w tym czasie pójść się uchlać.
Aż w końcu doczekałem się zemsty od losu, której tylko jakimś cudem do tamtej pory udawało mi się unikać. Pojechaliśmy na imprezę na drugi koniec miasta. Mieliśmy w dupie to, że któryś z nas będzie musiał wsiąść potem za kółko - piliśmy wszyscy równo. A w drodze powrotnej niemal straciliśmy życie.
Ze śpiączki farmakologicznej wybudzili mnie po dwóch tygodniach. Nie pamiętam, co się wydarzyło. Pielęgniarka powiedziała mi, że wjechaliśmy w drugie auto. I że tamten kierowca zginął na miejscu. Mój kolega pójdzie siedzieć, reszta wyszła z tego tylko poobijana, oberwałem najmocniej. Przeżyłem śmierć kliniczną, ale mój stan jest już stabilny. I kiedy tego słuchałem, potrafiłem zastanawiać się tylko, dlaczego pielęgniarka płacze.
Później okazało się, że to była moja matka. Tylko jej nie poznałem. Tak samo jak ojca, którego podejrzewałem o bycie lekarzem. Swoich sióstr też nie rozpoznałem.
Nie byłem w stanie nikogo rozpoznać. Wszystkie twarze wyglądały tak samo, żadna się nie wyróżniała. Nawet twarze, które pamiętałem, nagle zlały się w jedną i do żadnej nie potrafiłem przypisać imienia. Lekarz powiedział, że w wypadku doszło do nieodwracalnych uszkodzeń w moim mózgu i że będę taki do końca życia.
Po prawie rocznej rehabilitacji, wróciłem na studia, ale, jak można zgadnąć - wiele się zmieniło. Musiałem na nowo nauczyć się funkcjonować wśród ludzi, co wychodziło mi raz lepiej, raz gorzej, ale koniec końców wolałem siedzieć w samotności. Ta uwaga, o którą kiedyś zabiegałem, teraz była tylko męcząca, a od wyjaśniania po raz setny swojej sytuacji wolałem milczenie. Przez mój nowy tryb życia zdałem studia śpiewająco. Zatrudnili mnie w jednej z większych rozgłośni radiowych w Chicago i przez kilka lat harowania udało mi się wspiąć na tyle wysoko, by znaleźć się na antenie. Po jakimś czasie miałem swój własny program, ze dwa razy nawet przeprowadzałem wywiad z kimś ważnym. Być może byłem na prostej drodze do zostania gwiazdą radia, ale... no cóż, nigdy się nie dowiemy, ponieważ mnie zwolniono.
Zostałem bez pracy, bez perspektyw na udane życie w Chicago, bez sensu. Więc postanowiłem wrócić do White Oak.



» Kilka lat temu miał poważny wypadek samochodowy, który ledwo przeżył. Od tego czasu cierpi na prozopagnozję - chorobę, która uniemożliwia rozpoznawanie twarzy. Tak, Nemo nie rozpozna w tłumie nawet własnej matki. Całkiem nieźle idzie mu rozpoznawanie ludzi po ubraniach, głosie i kilku innych aspektach, ale jeżeli ktoś drastycznie zmieni swój wygląd, to nawet jeżeli zna się z Nemo od pieluchy, mężczyzna będzie bezradny.
» Jego ojciec był taki szczęśliwy z narodzin syna, że porządnie oblał to wydarzenie. Na nieszczęście w takim stanie wybrał się do urzędu i właśnie dlatego według wszystkich oficjalnych dokumentów pierworodny Carmody ma na imię Zebulon. Na szczęście odkąd był mały wszyscy zwracali się do niego drugim imieniem - Nemo.
» Przeżył śmierć kliniczną. Kiedy ludzie się o tym dowiadują, zawsze pytają, co wtedy widział, ale niestety Nemo musi wszystkich zawieść wyznaniem, że zupełnie nic nie pamięta.
» Wyleciał z pracy w radiu w Chicago, bo nie rozpoznał swojego szefa, wchodząc do windy i w jego obecności w rozmowie telefonicznej obrzucił go wszystkimi wyzwiskami, jakie tylko znał.
» Ma świetną dykcję i ładny głos, którym lubi czasami poszpanować przed paniami.
» Przez to, że wszystkie twarze w jego głowie się u niego zlewają, zwraca u innych uwagę na inne szczegóły - zapach, ton głosu, drobne gesty, sposób chodzenia, dłonie.
» Ma sporo blizn, głównie na brzuchu - po operacji - i ramionach.
» Uwielbia filmy o superbohaterach, stare filmy gangsterskie i wszystko, do czego muzykę komponował Ennio Morricone.
» Kiedyś brzdąkał na gitarze i śpiewał i myślał o karierze muzycznej, ale znudziło mu się to w trakcie studiów. Gitarę wciąż ma, bo przydaje się na ogniskach, ale głos oszczędza.
» Jeżeli przywitasz się z nim na ulicy w większym mieście, licz się z tym, że nie odpowie, bo już zbyt wiele razy dał się nabrać na to, że to zaczepia go ktoś, kogo powinien rozpoznać i wdawał się w zdecydowanie zbyt długą dyskusję z jakimś sprzedawcą albo niepozornym żulem. Wychodzi z założenia, że jeśli to faktycznie ktoś znajomy, to za nim krzyknie.
» Niezły z niego kucharz, ale zazwyczaj nie chce mu się gotować.
» Piwo, stek i baseball to najperfekcyjniejsze połączenie świata. A zaraz po nim plasuje się piwo, pizza i seriale.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 10:41 pm

Miejsce urodzenia: Fayetteville, NC
Data urodzenia: 3.10
Wiek: 27
Zawód: dostawca kwiatów w kwiaciarni
Orientacja: ogląda się za dziewczynami
Stan cywilny: nieudacznik
Wyznanie: wierzy w swoją wspaniałość



Kiedy maił siedem lat, wyobrażał sobie, że za dwie dekady będzie odpowiedzialnym, dojrzałym człowiekiem ze stabilną pracą, żoną, a może nawet dzieckiem. Gdyby siedmioletni Finnick zobaczył, jak faktycznie wygląda jego przyszłość... pewnie niemożliwie by się ucieszył, że nigdy nie stał się nudnym dorosłym. Prawda jest taka, że w duchu Blackthorn wciąż ma te siedem lat i jest bardziej niż chętny, żeby tak pozostało już na zawsze. Głupie żarty, zbijanie bąków, naiwne wizje rzeczywistości - tak w skrócie można opisać życie, które Finnick prowadzi. Nie potrzebuje stabilizacji dla poczucia bezpieczeństwa - i tak nigdy się niczym nie stresuje, szkoda na to czasu. Woli zaznawać ekscytacji i próbować wcielać w życie niemające racji bytu wizje. Trzeba przyznać, że mało jest rzeczy, które dla Finnicka są zbyt szalone. Słowo niemożliwe wcale go nie zniechęca, wręcz przeciwnie - brzmi jak wyzwanie, którego chętnie się podejmie, o ile mu się zechce, bo czasami bywa zbyt leniwy.

kreatywny × gadatliwy × trudno przywiązuje się do ludzi × ma specyficzne poczucie humoru × towarzyski × lubi być w centrum zainteresowania × zazdrośnik × porywczy × odważny × radosny × odrobinę zadufany w sobie × ekscentryczny × zaborczy × ruchliwy × łatwo rozproszyć jego uwagę × zapominalski × wrażliwy (ale o tym nikt nie musi wiedzieć) × uparty × ryzykant


Kiedy całe życie mieszka się pod jednym dachem z taką siostrą, jak jego bliźniaczka, trzeba nauczyć się kilku sztuczek i trzeba przyznać, że Finnick opanował je do perfekcji. Odkąd byli mali, wiecznie coś wymyślali, wystawiając cierpliwość rodziców na próbę i pewnie nie raz zmuszając ich do zastanowienia się nad tym, dlaczego w sumie zdecydowali się na potomków, natomiast niańki do rozważenia, czy aby na pewno potrzebują pieniędzy, które dostaną za opiekę nad nimi. Dobrze, że państwo Blackthorn płacili dosyć hojnie, bo bez tego prawdopodobnie nikomu nie opłacałoby się przebywać w ich towarzystwie. Zawsze przecież można było paść ich ofiarą, a że czasami ich pomysły bywały odrobinę ekstremalne, trzeba było liczyć się z ewentualnymi prawnymi konsekwencjami zaniedbania. Szczęśliwie nie udało im się nikogo posłać za kratki.
Finnick był żwawym dzieciakiem i należał do tych chłopców, którzy tarmosili warkocze koleżanek i z nudów robili zamieszanie na lekcji. Wyłamał w szkole kilka klamek, dla zakładu zjadł trzy kartki papieru, rzucał jedzeniem w kolegów i zatykał zamki w drzwiach gumą do żucia. Kochał też od zawsze wpajać w ludzkie głowy dziwne myśli, a jego ulubioną ofiarą, naturalnie, była Lindsey, która przez niego przez kilka miesięcy swojego życia używała dezodorantu również pod kolonami, po tym jak Finnick wmówił jej, że tak należy robić. Gdy miała trzynaście lat, przekonał ją też, że jest wiatropylna, a jej objawy przeziębienia to tak naprawdę oznaka, że jest w ciąży. Blackthorn zdecydowanie stał się mistrzem blefu i jeśli ma okazję urabiać kogoś odpowiednio długo, jest w stanie przekonać go do wszystkiego - a przynajmniej tak sądzi. Przebłyski odpowiedzialności miewał jedynie czasami. Jedną z wyjątkowych sytuacji było pojawienie się młodszej siostry. Chociaż na początku Finnick w ogóle nie rozumiał, po co rodzice adoptowali jeszcze jedno dziecko i miał zamiar trzymać się od niego z daleka, szybko pojął, że dzięki roli starszego brata będzie mógł małą dziewczynkę przekonać do wszystkiego.
Złamał wiele kończyn, obietnic i niewieścich serc w trakcie swojej edukacji. Uczył się słabo - nie przekonywały go dowody przeprowadzone przez Noblistów, bo teorie naukowe miał własne, poezja go nudziła, dzieląc los historii, a jego lekcja z sekcją żaby skończyła się wrzuceniem jej wnętrzności za kołnierz kolegi. Nie został, niestety, obdarzony łaską cierpliwości i nie potrafił się też koncentrować, ale jakimś cudem zawsze zdołał w ostatniej chwili obronić się przed powtarzaniem klasy. Miał dużo więcej fajnych rzeczy do roboty - gitara, dziewczyny, zakrapiane procentami ogniska i oglądanie gwiazd na dachu samochodu zaparkowanego nad jeziorem. Poświęcał edukacji jeszcze mniej myśli, odkąd się zakochał. Chociaż zarzekał się, że nigdy go to nie spotka, w ostatniej klasie go dopadło - pewnie dlatego, że jego wybranka była jeszcze bardziej szalona niż on. Na początku nawet za nią nie przepadał. Chciał jedynie udowodnić, że jest zdolniejszy do o wiele bardziej spektakularnych wyczynów, chociaż prawda była taka, że nie dorastał jej w tym do pięt. Zagryzał jednak zęby i zmuszał się do knucia na wyższym poziomie. Nie chciał zostać w tyle - a przynajmniej tak właśnie myślał, dopóki nie uświadomił sobie, że zwyczajnie chce jej zaimponować. Kilka zawieszeń w prawach ucznia dla obojga później zostali parą i Finnick naprawdę wyobrażał sobie, że będą razem do końca życia, wyjadą gdzieś z White Oak do wielkiego świata i będą mistrzami przekrętów. Jego dziewczyna plany miała podobne, ale chciała wcielić je w życie dużo szybciej. Wprowadziła Finnicka w swój pomysł - wspólna ucieczka z domu i szalona podróż dookoła świata. Nie musiała przekonywać go długo, bo Blackthorn swoją edukację miał gdzieś, a za nią poszedłby w ogień.
Plan nie poszedł jednak po ich myśli. Umówili się, że o trzeciej nad ranem spotkają się na przystanku autobusowym w Fayetteville, dokąd dotrą na własną rękę, aby trudniej było podążać ich śladem. Niestety, gdy Finnick już miał opuszczać swój dom, przyłapała go Lindsey, uniemożliwiając mu realizację planu. Sądził, że jego dizewczyna wróci do domu, może obrazi się na kilka dni, ale za jakiś czas spróbują znowu. Tak się jednak nie stało.
Już następnego dnia White Oak huczało od plotek o ucieczce z domu nastoletniej dziewczyny. Policja zajęła się sprawą, ale tylko na moment - jako pełnoletnia już osoba, miała prawo przebywać tam, gdzie jej się podobało. Chociaż Finnick został wezwany na przesłuchanie, nie miał zamiaru zdradzać, dokąd jego dziewczyna się udała - był przekonany, że skontaktuje się z nim prędzej czy później, a wtedy on do niej dołączy. Węsząca policja mogła znacznie utrudnić te plany.
Problem polegał na tym, że mijały kolejne tygodnie, a po niej wciąż nie było śladu - nawet Finnick nie dostał żadnej wiadomości. Na pójście na policję było za późno - do tej pory zarzucili śledztwo, zresztą za składanie fałszywych zeznań trafia się do więzienia, prawda? I chociaż Blackthorn zaczynał coraz częściej myśleć, że coś musiało się stać, wciąż milczał.
I milczy do dzisiaj, bo dziewczyna nigdy nie wróciła do White Oak, nigdy się z nim nie skontaktowała. Zero wieści, jedynie przypuszczenia. Ostatecznie Blackthorn skończył szkołę - i nie dostał się na żadne studia, po czym dumnie stwierdził, że wcale mu one do niczego nie są potrzebne. Łapał się różnych prac, co miesiąc nowej i robił wszystko to, co w liceum. Wcale nie przeszkadzało mu takie życie, póki dobrze się bawił - tylko w gorsze, deszczowe dni zaczynał ciągle od nowa opracowywać wielki projekt ucieczki z White Oak do życia w wielkim mieście, ale słońce zawsze wychodziło zbyt szybko, by zdążył zrobić coś poza wybraniem celu podróży i sprawdzeniem godzin odjazdów autobusów. Poza tym, czuł, że nie może wyjechać. Od dziewięciu lat wciąż ma ten sam numer telefonu - w razie gdyby dziewczyna, którą kiedyś kochał, miała się z nim skontaktować. Przed opuszczeniem rodzinnego miasta zawsze powstrzymuje go myśl, że może kiedyś ona wróci. Więc chociaż nigdy nie przyznałby się, że to dlatego wciąż tutaj tkwi, Finnick wciąż czeka.



» Używa swojego drugiego imienia, bo pierwsze, jak mówi, jest pedalskie. Każdy, kto się tak do niego zwróci spłonie w pożodze jego zemsty. Łaskawie wybacza taką zniewagę jedynie matce i dziadkom.
» Zawsze chciał mieć szczura albinosa i w końcu się takiego dorobił. Ma na imię Alaric i Finnick często nosi go na ramieniu.
» Gra na gitarze i całkiem nieźle śpiewa. Kiedyś starał się założyć zespół, ale po pewnym czasie wszyscy członkowie go opuścili, żeby robić poważne kariery, więc projekt upadł, ale czasami zdarza mu się solowe pokazy ze zbieraniem pieniędzy do kapelusza na ulicy w Fayetteville albo Charlotte.
» Nie czyta zbyt dużo, ale jeśli już czyta, są to horrory. To samo tyczy się filmów.
» Halloween to jego ulubiony dzień w roku. Jeśli chodzi o przebrania na tę okazję, wyznaje zasadę go big or go home.
» Lubi dobry alkohol i trochę hazardu. Mistrz pokera. Nałogowy palacz.
» Chodzi do kościoła tylko dlatego, że boi się tego, co może się wydarzyć, jeśli nie zobaczy go tam babcia.
» Od dwunastego roku życia odgraża się, że wyniesie się z White Oak, ale wciąż tego nie zrobił i prawdopodobnie nie zrobi nigdy.
» Zawsze jest przesadnie szczery w wyrażaniu swoich myśli i nie praktykuje przy tym dyplomacji.
» Nie potrafi siedzieć bez ruchu, zawsze bębni w coś palcami, porusza nogą albo tańczy na siedząco.
» Ma wyśmienitą pamięć i chociaż nigdy nie wykorzystywał jej właściwie na drodze swojej edukacji, zna bardzo dużo randomowych i zupełnie nieprzydatnych ciekawostek.
» Od czasów liceum był w kilku związkach, ze dwa nawet traktował dosyć poważnie, ale prędzej czy później zaczynał podświadomie je sabotować, więc dał sobie spokój z szukaniem stabilizacji w miłości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 11:03 pm

#2

Znów był spóźniony do pracy... i znów w ogóle się tym nie przejął. Najchętniej spałby cały dzień - poprzedniego wieczora urządził z kumplami wieczór pokera i obudził się z wyjątkowo nieznośnym przypadkiem syndromu dnia poprzedniego - ale słońce nie pozwalało mu ponownie zapaść w sen. Spędził pół godziny przewracając się z boku na bok w nagrzanej pościeli, zanim przypomniał sobie, że jakieś dwie godziny temu miał się stawić w robocie i o tym, że bardzo chciał zachować swoją posadę, bo pierwszy raz od dawna trafiła mu się taka, której nie nienawidził. Westchnął więc ciężko, zawlókł się pod prysznic, wyszedł bez śniadania i wsiadł za kierownicę samochodu, który poprzedniego wieczoru jeden z kumpli zostawił pod jego domem, zbyt pijany, żeby wsiadać za kółko (co prawda Finnick nie spytał o pozwolenie, ale był przekonany, że i tak udałoby mu się przekonać kumpla do pożyczki, więc nic się nie stanie, co nie?). Wzdychając co chwilę cierpiętniczo, wycofał się z podjazdu i ruszył wzdłuż swojej ulicy, rozglądając się na boki, jakby zaraz miał natrafić wzrokiem na coś, co da mu idealną wymówkę, by odpuścić sobie dzisiaj pracę.
... i nie minęło dużo czasu, zanim wcisnął hamulce tak mocno, że całym samochodem zarzuciło do przodu i rozległ się głośny pisk opon. Ktoś, kto jechał za nim, zatrąbił wściekle i wyminął go, ale Finnick w ogóle nie zwrócił na to uwagi, cały czas wpatrując się w sylwetkę dziewczyny idącej poboczem, zaciskając mocno palce na kierownicy.
- Cora? - spytał, chyba sam siebie, bo nie miała prawa go usłyszeć. Powiedział to zresztą tak cicho, że nawet gdyby nie siedział w samochodzie, a stał przed nią, jego głos mógł nie dotrzeć do jej uszu. Chwilę mu zajęło, zanim otworzył drzwiczki i wysiadł. Nawet nie kłopotał się, żeby je zatrzasnąć, prawdopodobnie zajmując w ten sposób praktycznie całą jezdnię, ale nie mogło go to w tym momencie obchodzić jeszcze mniej, bo szybkim krokiem ruszył w stronę dziewczyny (której uwagę, zakładam, przyciągnęło zamieszanie, które przed chwilą Finnick wywołał i się zatrzymała). - Cora? - powtórzył, tym razem głośno i wyraźnie, i to było jedyne, co był w stanie w tym momencie powiedzieć... bo to naprawdę była ona. Już wiele razy zatrzymywał przypadkowe dziewczyny na ulicy, tu albo w Fayetteville, sądząc, że to jego licealna miłość, ale do tej pory zawsze okazywało się, że widział to, co chciał zobaczyć i tak naprawdę nawet nie były podobne do Falkner, a przynajmniej nie tak, jak mu się w tamtych chwilach wydawało. Wiele razy też sobie wyobrażał, że Cora w końcu wraca do White Oak i jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało, przeprowadził z nią w głowie milion wersji rozmów po tym cudownym odnalezieniu - teraz milczał, oniemiały, a w głowie wciąż i wciąż kołatało się tylko jej imię. Więc stał i gapił się na nią, jakby zaraz miało się jednak okazać, że znowu wzrok płata mu figle albo że to jeden wielki przekręt.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-21, 15:38 [CYTUJ]
/#1

Czasem tak po prostu bywa, że wszystkie plany po prostu szlag trafia. Tak było i tym razem, bo Cora już wielokrotnie zastanawiała się nad jakimś wejściem smoka przy konfrontacji z Finnickiem. Była zbyt przerażona, żeby zrobić to normalnie, więc rozważała obrzucenie mu domu papierem toaletowym z podpisem. Wysłanie się w niespodziankowym, wielkim torcie. Podrzucenie mu jakichś zagadkowych liścików i zabawę w podchody.
Wiedziała, że spotkanie było nieuniknione, w zasadzie przecież poniekąd w ogóle tutaj wróciła, żeby naprostować sprawy, które nie dawały jej przez te długie lata spokoju. Tymczasowo jednak zajmowała się zupełnie innymi rzeczami. Na przykład przyjmowaniem mniej lub bardziej entuzjastycznych powitań ludzi, którzy na nią wpadli (a których często ledwo już pamiętała). Wymyślaniem jak ogarnąć swój dawny pokój bez wchodzenia do niego. Opieraniem się pokusie, by wymalować fosforyzujące, urocze słowo "kutas" na nagrobku swojego ojca.
Przy tym ostatnim nie miała zbyt dużych szans na sukces. Wiedziała, że w końcu to zrobi, w końcu zemsta to była świetna sprawa. Pewnie właśnie dlatego w tej chwili błądziła po ulicach White Oak zastanawiając się, skąd ona ma wziąć spreje.
Nawet wtedy, kiedy usłyszała pisk nagle hamującego samochodu i zatrzymała się, żeby się obejrzeć, nie wiedziała jeszcze jak bardzo jej plany na wejście smoka na zawsze pozostaną niezrealizowane. Rozejrzała się po ulicy, a nie widząc żadnego powodu, dla którego kierowca tak ostro zahamował, popukała się po głowie, nawet mu się nie przyglądając.
No debil, straszy porządnych ludzi.
Odwróciła się i chciała nawet odejść, ale potem zatrzymał ją dźwięk jej własnego imienia. Obejrzała się przez ramię, żeby spojrzeć prosto w twarz Finnicka. Zamrugała kilka razy z zaskoczoną miną, zanim ustawiła się znowu przodem do niego
- Och - rzuciła, a potem zrobiła jedyną sensowną rzecz, jaką mogła uczynić w tej sytuacji: zażartowała - No tak, niespodzianka!
Uniosła ręce, czyniąc dłońmi gest, jakby wkręcała żarówki, a potem przeniosła spojrzenie na auto, z którego wysiadł.
- Muszę przyznać, że widziałam różne powitania, ale nikt jeszcze nie próbował z mojego powodu spowodować wypadku - dodała, unosząc brwi, choć bardziej chciała wyrzucić mu w twarz "czemu do cholery mnie wtedy wystawiłeś?", żeby tę kwestię mieć przynajmniej za sobą.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-21, 16:25 [CYTUJ]
Jeszcze przez kilka(dziesiąt) długich sekund wpatrywał się w nią bez słowa, z twarzą wyrażającą jedynie szok, zanim się uśmiechnął. Najwyraźniej przez ostatnie dziewięć lat żadne z nich się za bardzo nie zmieniło. Dla Finnicka niezmiennie bycie niepoważnym było najlepszym wyjściem z niewygodnych bądź niezręcznych sytuacji. Przybrał tę pozycję obronną, która zupełnie nie pasowała do faceta, który jeszcze przed sekundą niemal spowodował wypadek na jej widok i parsknął śmiechem, który może nie do końca brzmiał wesoło, ale dla równowagi uśmiech na twarzy Blackthorna się poszerzył, jakby Cora opowiedziała mu prześmieszny żart.
W zasadzie nie mijało się to aż tak z rzeczywistością, bo to musiał być żart. W żadnym wyobrażeniu jej powrotu nie było... tego. Zupełnie jakby przed jej zniknięciem byli zaledwie jakimiś kumplami, i to takimi niezbyt dobrymi - takimi, którzy nawet nie mają swoich numerów telefonu i widują się tylko dlatego, że mają wspólnych znajomych. Niby ją znał, niby dobrze wiedział, że pod tym względem zawsze była podobna do niego - oboje wszystko najchętniej obracali w żart - i być może nie wziąłby tego za zły omen, gdyby nie jedna sprawa. Czy Cora wróciła do White Oak, ale nawet nie zamierzała przyjść się z nim zobaczyć? Bo zmierzała w odwrotnym kierunku, niż jego miejsce zamieszkania. Nie mógł pomyśleć inaczej, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Zabolało.
- Faktycznie niespodzianka. Kopę lat, Falkner - rzucił Finnick z beztroską niedbałością i skrzyżował ramiona na piersi. Ostatni raz zwracał się do niej po nazwisku jeszcze za czasów, kiedy się nie znosili. Miał wrażenie, że to nawet nie brzmi naturalnie w jego ustach, ale w tym momencie nawet nie zastanawiał się nad tym, co mówi - działał za niego jego instynkt, bo sam nie wiedział, jak mógłby się w tej sytuacji zachować. Nigdy nie spodziewał się, że powrót Cory go zrani. - Aaa... to? - rzucił, jakby nie wiedział, o co jej chodziło, wskazując kciukiem za siebie, gdzie stał samochód z wciąż pracującym silnikiem . - To nie mój samochód, nie mogę się do niego przyzwyczaić - wyjaśnił. W tych okolicznościach jakoś nie czuł się komfortowo z myślą, że Cora miałaby być świadoma tego, że w istocie była powodem jego nagłej utraty sprawności. - Nie spodziewałem się ciebie tutaj! Dawno wróciłaś do White Oak? - spytał uprzejmym tonem, takim samym, jakim wypytuje się spotkanych przypadkiem w sklepie dawnych sąsiadów, za którymi nigdy się nie przepadało.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-21, 20:42 [CYTUJ]
Właśnie dlatego Cora zastanawiała się nad jakimś wielkim wejściem smoka i zwlekała ze stanięciem twarzą w twarz z Finnickiem. Chciała uniknąć... dokładnie tego, w co teraz wpadli. Niezręczna chwila, podczas której żadne z nich nie wiedziało jak się zachować, jak traktować tego drugiego i szukało jakichś bliżej nieokreślonych znaków.
A przecież stali na środku chodnika, do jasnej ciasnej, to zdecydowanie nie była sceneria do rozmowy!
Nie umknęła jej uwadze zmiana postawy, jaka zaszła u mężczyzny. Mimo, że to nagłe hamowanie i wyskoczenie z auta powinno być dla niej wszelkim wskaźnikiem tego, że podszedł do tego nieplanowanego spotkania raczej emocjonalnie, i tak skrzywiła się na dźwięk własnego nazwiska. Tak to będzie wyglądało? Z trudem opanowała chęć odgryzienia się niepokonanym "Leslie" i po prostu pokazała mu środkowy palec, tuż przed tym, jak wsunęła kciuki do szlufek od spodni, ściągając dłonie w dół.
- Nie, niedawno - rzuciła - Okazuje się, że nawet jak jesteś wyrodną, zaginioną córką, to kiedy należy ci się w spadku dom po ojcu, nagle jesteś całkiem do odnalezienia. To dość miłe, zważywszy na to, że zaproszenie na pogrzeb do mnie nie dotarło
Wzruszyła ramionami. Nie zamierzała udawać, że wcale nie miała gdzieś tego, że pan Falkner wąchał kwiatki od spodu. Byłoby to sztuczne nawet bez pełnej wiedzy o sytuacji. W końcu nie odzywała się do niego przez prawie dekadę.
Przesunęła spojrzenie z Finnicka na auto i powtórzyła ten ruch kilka razy. Jeżeli już zdarzyło im się tak na siebie wpaść, to w zasadzie powinna go gdzieś zaprosić, zamiast sterczeć na chodniku, ale zgadywała, że tak naprawdę to nie miał teraz zbyt dużo czasu.
- Masz teraz jakieś plany? - zapytała, choć stawiała na to, że zna odpowiedź.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-22, 02:09 [CYTUJ]
Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich ich drogi się rozeszły, prawdopodobnie niezręczności żadnym sposobem by nie uniknęli, bez względu na to, jakich działań by się podjęli.
Uniósł wysoko brwi w odpowiedzi na jej wyciągnięty środkowy palec i chociaż przez chwilę korciło go, by odpowiedzieć tym samym, na szczęście się powstrzymał - czy też raczej Cora rozproszyła go swoimi następnymi słowami.
- Moje kondolencje - powiedział, bo przypomniał sobie, że prawdopodobnie wypada, nawet jeżeli miał wrażenie, że Falkner bez problemu by się bez nich obyła. Nie czuł się jednak upoważniony, żeby zadawać jakiekolwiek pytania, które rozjaśniłyby jego pogląd na tę sytuację, więc to jedyne, jak mógł skomentować jej słowa, tak na dobrą sprawę. A był ciekaw, bo przecież Cora nigdy nie skarżyła się na swoje życie rodzinne, kiedy byli razem i zawsze miał wrażenie, że w tej kwestii wszystko jest w porządku. Nie mógł wiedzieć, prawda? - To dosyć wygodne. Zazwyczaj szukają tak dokładnie, kiedy chcą spłaty długów, a nie coś rozdawać - stwierdził, zastanawiając się przy okazji, kto i jakim sposobem ją znalazł. Bo Finnick próbował szukać jej na własną rękę, ale jego zdolności detektywistyczne były bardzo ograniczone, a pieniędzy na profesjonalistę nie miał.
Zastanowił się chwilę. Przed chwilą jeszcze spieszył się (względnie, ale powiedzmy, że jednak spieszył) do pracy, do której w tym momencie był spóźniony już o jakieś trzy godziny, ale jednak są rzeczy ważne i ważniejsze, prawda? W razie gdyby postanowili go zwolnić, na pewno coś sobie znajdzie - miał już w tym spore doświadczenie - a nie codziennie spotyka się swoją pierwszą miłość, która na dziewięć lat zniknęła bez śladu. Oczywiście, że miał dla niej czas. Nawet jeżeli czuł się teraz zdezorientowany, zraniony i odrobinę spanikowany, czuł się trochę, jakby Cora miała znowu przepaść, kiedy tylko zniknie mu z oczu.
- Nic aż tak ważnego - powiedział, w głowie już układając kłamstwo, którym wyjaśni szefostwu swoją dzisiejszą nieobecność. - Mogę odwołać. To zależy, o co chodzi - dodał, chociaż w jego głowie klamka już zapadła. I tak szukał tylko wymówki, żeby odpuścić sobie dzień pracy.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-22, 10:31 [CYTUJ]
Cora skinęła głową na kondolencje, ale kąciki jej ust powędrowały nieznacznie do góry. Gdyby nie doszły do niej wieści o śmierci ojca, nigdy w życiu nie zdecydowałaby się ponownie postawić stopy w White Oak. To jego obecność blokowała ją przez tyle lat, powstrzymywała choćby przed krótkimi odwiedzinami, do czasu, aż przestała nawet o nich myśleć.
Za to szerzej uśmiechnęła się już, kiedy Finnick zaproponował, że może przełożyć swoje plany. Postąpiła pół kroku bliżej. Byłoby to świetne rozwiązanie. Teraz, kiedy już ją wypatrzył na ulicy, najlepiej było załatwić sprawy jak najszybciej, zanim mogła zacząć się zastanawiać nad sposobem odwrotu.
- Nadal lubisz wagarować, co? - parsknęła, bo takie pytanie przyszło jej na myśl najpierw, mimo że nie wiedziała, czy mężczyzna wybierał się do pracy, na zakupy, czy może zwykłe spotkanie towarzyskie.
- Słuchaj, Fin. Ja mam pytania, ty pewnie też masz pytania. Nie wiedziałam, czy będziesz chciał rozmawiać, ale biorąc pod uwagę to, że oboje stoimy na środku chodnika jak para idiotów to... No to chyba mam już swoją odpowiedź. Miałam poszukać w sklepach... - zawahała się. Finnick był kiedyś jej partnerem w zbrodniach, ale tym razem i kaliber był trochę inny i minęło przy okazji dziewięć lat od kiedy ostatnio rozmawiali. - pewnych rzeczy, ale nie sądzę, że znajdę je w White Oak, więc kupię je, jak pojadę do Fayetteville. Co oznacza, że mam dziś dużo wolnego czasu.
Przeniosła spojrzenie z niego na okolicę i marszcząc brwi poszukała wzrokiem otwartej placówki, w której nie byłoby zbyt wiele osób.
- Idę teraz tam - wskazała na pijalnię soków, ale zaraz potrząsnęła głową - Albo nie, idę do domu. - zmieniła natychmiast zdanie.
Co prawda Cora wolała znajdować się w miejscach, gdzie przebywały też osoby trzecie, ale nie była jeszcze pewna jak wiele powie Finnickowi. I czy to, co powie powinno trafić do uszu pracowników lokalu.
- Jeśli zdecydujesz się wpaść teraz, to super, nie będę musiała iść tej całej drogi. Ale jeśli wpadniesz później, to ja też tam będę.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-23, 16:04 [CYTUJ]
Uśmiechnął się łobuzersko, tym samym uśmiechem, który wiecznie miał przyklejony do twarzy, pierwszy raz podczas tego spotkania w zupełnie niewymuszony sposób. - Nie da się wygrać z przeznaczeniem - stwierdził.
Finnick przysłuchiwał się uważnie słowom Cory.
- Jasne, powinniśmy pogadać. Czemu miałbym nie chcieć? - rzucił beztrosko, ale szczere mówiąc, nie spodziewał się tej inicjatywy z jej strony i wbrew jej podejrzeniom i swoim własnym słowom, chyba nie do końca chciał doprowadzić do tej rozmowy. Nie był pewien, czy chce zadawać jej swoje pytanie, a co ważniejsze - słuchać jej odpowiedzi. Może to zabrzmi głupio, nawet trochę okrutnie, ale przyzwyczaił się do tego, że jej nie ma, przyzwyczaił się do życia, które prowadził, a teraz przeczuwał, że wraz z nią nadchodzą jakieś zmiany. Bywał naiwny, ale nie aż tak, żeby sądzić, że będzie mógł teraz spokojnie kontynuować prowadzenie swojego beztroskiego i nieodpowiedzialnego życia w takiej formie, jak dotychczas, nawet jeżeli bardzo chciałby w to wierzyć. Zwrócił też uwagę na jej zawahanie i domyślał się, że Cora planuje coś, w co kiedyś na pewno by go zaangażowała. Nie mogła wiedzieć, że Finnick byłby bardziej niż chętny do roli partnera w zbrodni, on natomiast trochę inaczej zrozumiał to, że nie chciała mu zdradzać szczegółów.
Blackthorn zastanawiał się przez chwilę, zanim wskazał głową na samochód. - Wsiadaj - powiedział z uśmiechem, którym maskował swój niepokój. Sam wbił dłonie w kieszenie dżinsów i odwrócił się, by wrócić swoimi krokami za kierownicę (i przy okazji być może ukryć rzeczy, które mimo jego starań mogły malować się na jego twarzy; jasne, był świetny w udawaniu, ale zazwyczaj nie musiał działać pod wpływem stresu, bo i niczym się nie stresował, teraz natomiast nie mógł tego powiedzieć).

/zt x2


Wychodząc z domu Cora nie spodziewała się, że przyprowadzi jakiegokolwiek gościa, więc pierwszym, co mogło rzucić się w oczy po przestąpieniu progu jej domu, to stosy kartonów podpisanych "do wyrzucenia", "rodzina chce" albo "do sprzedania". W zasadzie pierwszą czynnością, jakiej oddała się kobieta po powrocie do White Oak było popakowanie wszystkich rzeczy związanych z jej ojcem i śladami jego życia tutaj. Teraz pozbywała się ich stopniowo.
Obecność pudeł sprawiła tylko, że poczuła się trochę bardziej absurdalnie. Jeszcze niedawno zakładała przecież, że nie zobaczy ani Finnicka, ani domu rodzinnego, ani White Oak w ogóle, a teraz działo się zupełnie odwrotnie. Nie pasowała tu. Czuła się jakby odstawała. Nie będąc pewną, czy mężczyzna pamięta układ domu wskazała mu ręką salon.
- Chcesz się czegoś napić? - zapytała po ściągnięciu butów, sama ruszając w stronę pomieszczenia - Mam...hm, kranówkę, herbatę, to wino, które rodzice chcieli otworzyć jak urodzę pierwsze dziecko i... chyba gdzieś tam była whisky, ale nie jestem pewna -wymieniła.
Splatając ręce na piersiach rozejrzała się po salonie, jakby była tutaj pierwszy raz. Nadal nie przywykła do tego wszystkiego. Ciągle nie była tak do końca pewna, co zamierzała zrobić z tym domem, bo nieustannie zmieniała zdanie. Typowe!
- Cały czas nie mogę uwierzyć, że przez tyle lat to pomieszczenie nie przeszło żadnego remontu - stwierdziła, bo i salon niespecjalnie zmienił się pod jej nieobecność.
Chwilowo nie siadała. Uznała, że to bez sensu, jeśli zaraz będzie musiała udać się do kuchni po napoje.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-25, 18:18
Po tym, jak zaparkował przed domem Cory, dał poprowadzić się do środka, w międzyczasie wysyłając smsem kolejną z rzędu nieprawdopodobną historię swojemu szefowi (swoją drogą, gdyby przejrzeć smsową historię na tej linii, znalazłoby się wystarczająco pomysłów na przynajmniej siedem powieści, to było dosyć zabawne). Pamiętał jej dom bardzo dobrze. Nie tylko z czasów, kiedy przyprowadzała go tutaj co jakiś czas, gdy byli w liceum - po jej zniknięciu odwiedził go chyba drugie tyle razy, aby opowiedzieć jej rodzicom i policji, co wiedział o jej poczynaniach (a przynajmniej o tym, co zdecydował się im przekazać). Nawet zapach był znajomy i wzbudził w nim ten sam rodzaj nostalgii, jaką czuje się na widok zgubionej w dzieciństwie zabawki. Kilka wspomnień wyostrzyło się na sam widok wnętrza tego budynku i Finnick nieświadomie uśmiechnął się smutno.
- Znajdźmy tę whisky - zadecydował po chwili zawahania. Na początku chciał podziękować, ale potem stwierdził, że może odrobina alkoholu sprawi, że to spotkanie przebiegnie trochę gładziej.
- Trochę jakby White Oak zatrzymało się w czasie pod twoją nieobecność, co? - spytał. Nie wiedział, czy na pewno nawiązuje do domu, czy może do samego siebie, ale włożył ręce w kieszenie i tak jak ona rozglądał się po pomieszczeniu. Faktycznie, wyglądało dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy był tu po raz ostatni, gdy dowiedział się, że policja po ustaleniu, że w zniknięciu Cory nie brały udziału osoby trzecie postanowiła porzucić tę sprawę.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-25, 23:54
Alkohol. Dobrze. Choć kobieta nie zwykła tracić nad sobą kontroli, nie była też całkowitą abstynentką, a wydawało jej się, że całe te spotkanie może okazać się cholernie trudne, jeśli nie będzie miała we krwi choć odrobiny procentów.
W końcu alkohol zawsze dodawał odwagi! Pokiwała głową i na parę sekund zniknęła w kuchni, przynosząc z niej szklanki, które postawiła na stoliku. Potem zaczęła grzebać w barku. Przez ostatnich parę lat mieszkał tu praktycznie wyłącznie mężczyzna (choć Cora nic nie wiedziała o nic o ewentualnych kobietach w życiu swojego ojca, nie zamierzała się nad tym jakoś głęboko zastanawiać). Nie powinno więc dziwić, że akurat to miejsce było całkiem dobrze zaopatrzone.
- Nie, wcale się nie zatrzymało - zaprzeczyła przestawiając kolejne butelki - Wszyscy nagle są strasznie starzy! - parsknęła - Jedna z tych sąsiadek, które nie były pierwszej młodości, nawet jak byłam nastolatką, ma już chyba nawet demencję, bo zamiast powitania, powiedziała mi, że zakładała się z koleżankami, że pewnie skończyłam jako prostytutka. Była strasznie zła, że przegrała!... Och, tu jest!
Triumfalnym gestem podniosła rękę, w której trzymała teraz butelkę whisky. Zamknęła barek i nalała trunek do szklanek. Najwyższy czas, żeby zakończyć tę gadkę szmatkę i powoli przejść do konkretów. Trochę jej jednak zabrakło odwagi, żeby zapytać wprost, dlatego kiedy Cora przysiadła na kanapie i wbiła spojrzenie w Finnicka, nie zająknęła się na temat wydarzeń sprzed dziewięciu lat. Nie wspomniała o tej nocy, kiedy czekała sama na przystanku, a on nie przyszedł. Zaczęła od czegoś mniejszego.
- Wszystko się zmieniło. - rzuciła zamiast tego - Oprócz tego, że ty tu jesteś. Dlaczego nadal tutaj jesteś?
W zasadzie naprawdę ją to dziwiło. Na jego ręce nie dostrzegała obrączki, a nie zapamiętała Finnicka, jako kogoś, kto chciałby w tej małej miejscowości spędzić całe życie. W jej głosie można było jednak wyczuć wyrzut. W końcu jego obecność tutaj przypominała też o tym, że z nią nie wyjechał.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-26, 01:13
Zazwyczaj Finnick był tym najtrzeźwiejszym w towarzystwie. Nie do końca dlatego, że miał mocną głowę, chociaż takiej znowu słabej również nie miał. Po prostu zawsze tak się wczuwał w dyskusję lub cokolwiek, co się działo, że często zapominał o tym, że przed nim stoi szklanka z alkoholowym napojem czy też butelka piwa, a bawić się umiał doskonale i bez alkoholu - nie potrzebował go, żeby rozkręcić imprezę. Taką prawdziwą potrzebę, aby się napić, czuł w chwilach podobnych do tej. Jakikolwiek napój wyskokowy zdecydowanie pomógłby mu znieść dziwność tej sytuacji.
Finnick parsknął głośnym śmiechem, kiedy powiedziała o zakładzie starszych pań.
- Chyba nawet wiem, o którą chodzi. Swego czasu za każdym razem, kiedy mnie widziała, starała się wypytać o to, co się z tobą dzieje, a kiedy mówiłem, że nie mam pojęcia, wyglądała, jakby chciała mnie sprać i mówiła coś o kuponach i pięćdziesięciu dolarach - powiedział. Co prawda podeszła do niego dokładnie dwa razy, ale przecież nie ma historii, której Finnick by nie podkoloryzował. - A żebyś słyszała wszystkie plotki, które krążyły o tobie po White Oak przez te dziewięć lat - stwierdził, kręcąc z uśmiechem głową. Dopiero kiedy już wypowiedział te słowa, uświadomił sobie, jak niezręcznie czuł się z samym wspominaniem tego czasu. A gdy dotarło do niego, że powiedział o tym zupełnym mimochodem, jak jakąś starą, dobrze obojgu znaną i niemal zapomnianą historię, aż się wzdrygnął. Pewnie odmalowało się to na jego twarzy, a Finnick, dobre tego świadomy, zaraz sięgnął po szklankę z krótkim podziękowaniem i wychylił połowę zawartości za jednym zamachem (jakby to miało dowieść, że czuje się zupełnie swobodnie, bez sensu).
- Zmieniło się z wierzchu, wewnątrz wszystko jest cały czas dokładnie takie samo, uwierz - stwierdził z pewnością. Gdy zadała swoje pytanie, wbił wzrok w swoją szklankę, obracając ją w dłoni i miarowo kołysząc whisky. Bo cały czas na ciebie czekałem, przeszło mu przez głowę, ale zaraz odgonił tę myśl. Przecież to nie była prawda. Prawda? - A, wiesz, byłem tu i tam - ta, w Fayetteville, Charlotte i kilku wioskach po drodze - i ostatecznie stwierdziłem, że jednak mi się nie podoba w wielkim świecie - skłamał beztroskim tonem, przechylił głowę i zaraz też spojrzał na Corę. Skupiony na swoim własnym zdezorientowaniu i staraniach zamknięcia się przed niechcianymi myślami, zupełnie mylnie odczytał jej ton jako zwykły szok. Ile razy w końcu powtarzał, że wyjedzie z tej wiochy, kiedy tylko będzie mógł i będzie jeździł po świecie? A przecież zawsze podejmował kroki do spełniania swoich nawet najdurniejszych planów.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-26, 16:22
Pięćdziesiąt dolarów i kupony!
No to teraz Cora zaczynała rozumieć. Taka sowita nagroda była warta życzenia komuś losu prostytutki i napadania na biednych mężczyzn w poszukiwaniu informacji. Brzmiało jak coś... co zdecydowanie zrobiłaby właśnie Falkner. Niekoniecznie poczciwa staruszka, która wiecznie ją rugała za dzieciaka, ale cóż, ostatecznie ludzie się zmieniają, prawda?
To była zdecydowanie demencja, ale ostatecznie Cora nie zaprosiła tutaj Finnicka, żeby dyskutować o stanie zdrowia jej byłych sąsiadów, chwilowo więc zostawiła ten wątek w spokoju.
- Och, stwierdziłeś, że wielki świat ci się nie podoba - powtórzyła zamiast tego jego kolejne słowa, a zaraz potem napiła się porządnego łyku whisky.
Świetnie. Ciekawe czy do takich samych wniosków doszedł dziewięć lat temu! Może po prostu stwierdził, że to jednak głupie. Albo ona mu się znudziła.
Cora doskonale zdawała sobie sprawę, że wysnuwała zbyt daleko idące wnioski, ale nic nie mogła poradzić na to, że te myśli i tak się pojawiły. I że w ich wyniku zaczęła bawić się własnymi palcami. Bo ostatecznie coś się przecież wydarzyło.
- Więc może to i lepiej, że nie pojechałeś ze mną - oznajmiła, dokładając wszelkich starań, by te słowa zabrzmiały jak zwykły żart, bez żadnych podtekstów - Ostatnie czego bym potrzebowała w podróży dookoła świata, to towarzysz, który stwierdził, że to jednak nie to.
Pozwoliła sobie chwilowo pominąć, fakt że żadnej szalonej podróży nie było. Zajechała aż na Florydę i tam poczuła się, jakby przyrosła do jednego miejsca. Ot, wielka wycieczka.
- Co do tych plotek. Czy w którejś z tych plotek zostałam superbohaterką? - zapytała z nutką nadziei w głosie, zanim napiła się ponownie.
Nie wytrzymałaby długo bez tego typu wtrącenia, w tak niekomfortowej sytuacji. To działało jak tarcza. Nie pozwalało światu zobaczyć, co tak naprawdę myślała. I równocześnie rzeczywiście pomagało jej czasem utrzymać własne myśli i emocje na wodzy.
Nie było przecież niczego lepszego, co można zrobić dla rozładowania napiętej atmosfery, jak kolejny głupi żart.


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-31, 21:06
- No, uznałem, że wszędzie jest dokładnie tak samo jak w White Oak. A tutaj przynajmniej mogę wpaść do rodziny na obiad, kiedy akurat głoduję - stwierdził uśmiechnięty, chociaż w duchu wcale nie było mu wesoło. Zwłaszcza po jej następnych słowach, które znowu Finnick zinterpretował na swój sposób. Analizował w głowie każdy szczegół, to, jak Cora siedzi, dziwny ton w jej głosie, który starała się zawoalować, tę zabawę palcami i nie było wyjścia, żeby przez zupełnie nieracjonalnego Blackthorna nie przemawiała niemal dekada obaw, gdy decydował się na podjęcie wniosków.
Nawet nie wiedział, co jej na to odpowiedzieć, dlatego przez chwilę milczał, mową ciała starając się nadrobić za tę oznakę niezręczności.
- To faktycznie pewnie lepiej - stwierdził w końcu, wciąż robiąc dobrą minę do złej gry, chociaż palce zaciskał na szklance tak mocno, że pewnie niewiele brakowało, żeby skruszył szkło.
- Sam kilka takich rozpuściłem - powiedział, zakładając nogę na nogę. Brzmiał w tych słowach żartobliwy ton, ale nie mogła wiedzieć, że było w tym trochę prawdy. Nie mogła też wiedzieć, jak bardzo Finnick irytował się za każdym razem, kiedy słyszał na rynku o tym, że skończyła w rynsztoku albo jak stawał sparaliżowany, gdy ktoś w kolejce w sklepie informował go, że Cora już nie żyje i to takim tonem, jakby mówił o krowie sąsiada, nawet jeżeli ten ktoś nie mógł mieć pojęcia, co tak naprawdę się z nią działo. W White Oak taka sprawa jak jej pojawiała się raz na dekadę, więc nic dziwnego, że ludzie gadali. Tylko Finnick, jej najbliżsi przyjaciele i rodzina wiedzieli, jak to było bolesne, gdy słuchało się tego gadania pomiędzy wymianą zdań o najnowszym odcinku opery mydlanej i radach dotyczących zakupu proszka do prania. Żeby sobie z tym jakoś radzić, swego czasu faktycznie Blackthorn sam puścił kilka plotek, w których Falkner odnosiła jakieś szalone sukcesy.


Podziel się na:

Cora Falkner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-04-03, 21:18
No nic, subtelne ciągnięcie Finnicka za język nie zdawało jakoś egzaminu. To znaczyło, że Cora musiała się wewnętrznie wziąć na odwagę i zapytać wprost - a to wcale nie było przecież takie łatwe. Dziwnie było kogoś pytać o przewinienie sprzed dziewięciu lat. Wydawało się już takie nieważne, w końcu tyle różnych rzeczy oboje przeżyli w tak długim czasie. Cora zdążyła już wymyślić dwadzieścia tysięcy różnych możliwych historii, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.
Przygryzła wargę, a po chwili przyssała się do swojej szklanki z alkoholem. Nie piła jednak łapczywie, a sączyła tylko, żeby dać sobie czas na wymyślenie, w jaki sposób ująć swoje pytanie. Nie zajęło jej to długo - Finnick chwilę potem dostarczył jej idealnego pretekstu, żeby w końcu przestać krążyć wokół tematu.
- No cóż - mruknęła odkładając whisky na stół i uśmiechając się lekko - To całkiem miłe, jak na kogoś, kto złamał mi wtedy serce - rzuciła swobodniejszym tonem, niż rzeczywiście się czuła z tymi słowami. - Muszę przyznać, że byłam rzucana na kilka ciekawych sposobów, ale żaden z moich byłych nie rozsiewał potem o mnie bohaterskich plotek.
I przy żadnym z nich nie była tak samo skonfundowana. Za każdym razem spodziewała się, że coś się wydarzy i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to ona była w większej części winna.
Ale nie z Finnickiem. Nie wtedy.
Zamiast się skrzywić, albo zrobić groźną minę, Cora po prostu wbiła spojrzenie w ławę, w miejsce gdzie jeszcze nie tak dawno temu stała ramka ze zdjęciem jej rodziny. Razem z nią samą, tym chętniej kobieta się tego pozbyła. Ciekawe jak by się to wszystko potoczyło, gdyby tylko jej ojciec nie był takim cholernym skurwielem.
- ...więc dlaczego?


Podziel się na:

finnick blackthorn
[Usunięty]

Wysłany: 2017-05-09, 17:56
Naprawdę starał się zachować swoją beztroską postawę, ale z każdym jej słowem mięśnie coraz bardziej się zaciskały i coraz więcej kumulowanych przez dekadę emocji: obawy, nadziei, urazy, zaczynało na nowo się w nim kołatać, przypominać o swojej obecności jak przewlekła choroba, o której myślało się, że została już wyleczona, ale okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. Przez całe swoje życie nie czuł tylu rzeczy na raz, co w tej chwili i nie potrafił okłamać nawet sam siebie, że one nie istnieją, nie tym razem.
Tym razem z hukiem odstawił szklankę na stół nagłym ruchem (aż sam siebie odrobinę wystraszył), pochylił się do przodu i spojrzał na nią z czystym niedowierzaniem.
- Ja złamałem serce tobie? - spytał, bo ta część jej wypowiedzi uderzyła go najbardziej. Ścisnęły mu się wszystkie wnętrzności na te jej słowa i nie wiedział, czy bardziej czuje się winny na samo wyobrażenie tego, czy bardziej jest wściekły, że jej myśli powędrowały w taką stronę przed tymi dziesięcioma laty, jakby w ogóle go nie znała. - Rzuciłem cię? - powtórzył po niej i w jego głosie rozbrzmiewało prawdziwe szaleństwo. W ciągu kilku sekund zniweczył już wszystkie swoje starania sprawiania pozorów kogoś, kto nie rozpamiętuje przeszłości i na kim ta sprawa nie robi już aż takiego wrażenia, nawet z procentem, a miało być jeszcze gorzej. Bo zaraz potem wstał, nie mogąc nawet usiedzieć w miejscu, wyszedł zza stolika, za którym poczuł się uwięziony i zupełnie nie wiedział, co zrobić ze swoim ciałem, bo czuł się, jakby zaraz miał wyjść z siebie i stanąć obok. Pierwszy raz w życiu zrozumiał, co właściwie stoi za tym powiedzeniem. Jej dlaczego kołatało mu się w głowie. A z racji tego, że nie potrafił nawet ubrać w słowa tego, co chciałby jej teraz powiedzieć, postanowił odpowiedzieć na jej pytanie.
- Może dlatego, że miałem dosyć tego, że w każdej plotce byłaś martwa albo właściwie u kresu życia i nie miałem już ochoty wpadać w panikę stojąc w kolejce po papier toaletowy, bo przez chwilę wydawało mi się, że to może być prawda, a nie wymysły sąsiadów, i dla odmiany chciałem posłuchać czegoś innego, nawet jeżeli wiedziałem, że sam to wymyśliłem - rzucił ironicznym tonem, po raz pierwszy od bardzo dawna stuprocentowo szczery na temat swoich uczuć. Co ona właściwie z nim robiła? - Może gdybym wiedział, co faktycznie się z tobą działo, mógłbym sobie te plotki darować, ale postanowiłaś mieć mnie gdzieś przez całe dziesięć lat.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Czw Wrz 06, 2018 11:31 pm

Miejsce urodzenia: Nowy Orlean, Luizjana
Data urodzenia: 15.04
Wiek: 25
Zawód: sprzedawca na stacji benzynowej (i trochę dorabia sobie dilowaniem trawką)
Orientacja: hetero
Stan cywilny: wyjebane
Wyznanie: tym bardziej



Na pierwszy rzut oka to zwykły młody kryminalista, który góra za dziesięć lat wyląduje w końcu w więzieniu. Wszystko na to wskazuje - jego postawa, dokonania i słowa. Nie poznasz na pierwszy rzut oka, że nie wierzy we wszystko, co mówi, nawet jeżeli znałeś go jeszcze jako energicznego, żywego chłopaka, którego wszystko interesowało. Chociaż postawa to często zwykłe udawanie, sam Gideon nie ma pojęcia, w którym momencie rozmyły się jego granice. Wydaje się twardy i szorstki, ale tak naprawdę szybko przecieknie ci przez palce, o ile w ogóle zechcesz je na nim zacisnąć - zrobi wszystko, żeby cię odstraszyć. Bezbronność i żal skrywane tą mimikrą z dnia na dzień coraz bardziej ustępują totalnemu zobojętnieniu.
Gdzie tak naprawdę jest Gideon? Na dzień dzisiejszy chyba gdzieś pomiędzy.



W posiadłości Snyderów rodzinne zdjęcia zajmują honorowe miejsce w salonie. Na pewno ich nie przeoczysz; stoją całą gwardią na ramie kominka, każde z nich oprawione w zdobioną ramę pasującą do rustykalnego wnętrza. Niegdyś Snyderowie robili je obowiązkowo w każde Boże Narodzenie; ta tradycja umarła jednak kilka lat temu, gdy dla wszystkich członków rodziny stała się zbyt bolesna i niezręczna, aby móc ją kontynuować. Kominek to pomnik najlepszych lat życia Snyderów; Hannah, pani domu, ustawiła na nim swoje ulubione siedem zdjęć, chociaż dziś nie może już nawet ich oglądać. Trzy pierwsze przedstawiają trójkę Snyderów, jeszcze bez Julii, najmłodszej latorośli. Do trzech kolejnych pozowała cała rodzina. Na ostatnim ze zdjęć znów brakuje jednego z jej członków - tym razem Gideona Seniora. To zdjęcie ukryte jest jednak odrobinę za resztą i dzięki temu z daleka wszystko wygląda bardzo standardowo, jak nic niezwykłego. Ot, szczęśliwa rodzina dbająca o swoje więzy. Wprawne oko wychwyci jednak pewną nieprawidłowość, z każdym krokiem skierowanym w stronę kominka coraz wyraźniejszą: Gideon Snyder Junior wygląda na nich… spokojnie? Niewinnie? Szczęśliwie? A przecież wystarczy rzucić jedno spojrzenie na tego trójwymiarowego Gideona, by w każdej jego tkance i każdym atomie zobaczyć nerwowoś i niechęć, znikające z jego aury jedynie na kilka godzin przerywanego snu. To rodzi pytanie: co wydarzyło się odkąd błysnął fotograficzny flesz?
Życie Gideona rozpoczęło się wręcz utopijnym prologiem. Urodził się wiosną, w ciepły, słoneczny dzień, taki, który budzi chęci do działań i wyciąga wszystkich z domów, urodził się zdrowy i silny, urodził się w zamożnej, ułożonej rodzinie, która jeszcze zanim przyszedł na świat poprzez znajomości zarezerwowała mu miejsce w dobrej, prywatnej szkole z internatem. Chociaż małżeństwo Gideona Snydera Seniora i Hanny Jameson było czysto biznesowym zagraniem, państwo Snyder zgrali się również jako partnerzy w życiu prywatnym. Oboje mieli wspólny cel: wychować pierworodnego syna na kolejnego CEO firmy bukmacherskiej.
W pierwszych miesiącach życia Gideona Hannah Snyder dostała zalecenie lekarskie, by w związku z problemem z drogami oddechowymi przeprowadziłć się do innego stanu. Idąc za radą przyjaciół, z którymi rodzinna firma prowadziła interesy, państwo Snyder zakupili dom w White Oak; wprawdzie nieduży, ale z pięknym widokiem. Pan Snyder większość czasu spędzał podróżując w sprawach biznesowych - tak było przez całą młodość Gideona, którą spędził na zawieraniu przyjaźni z dziećmi z sąsiedztwa oraz dziećmi przyjaciół rodziny, nauce jeździectwa i gry na skrzypcach z matką i tęsknieniu za ojcem, największym autorytetem. Miał dobre dzieciństwo. Chociaż miał dużo mniej czasu na wymachiwanie kijami-mieczami i brudzeniem nowych spodni trawą niż inne dzieci, pani Snyder dbała o to, by i takie zajęcia dało się upchnąć w jego grafiku.
Pierwszy kryzys - trzeba zaznaczyć, że w perspektywie całego życia raczej drugorządny - miał miejsce, gdy Gideon wrósł wiek szkolny. Nadszedł czas, żeby odebrał dawno obiecane miejsce w szkole z internatem w Wirginii. W tych latach życia przeprowadzki z reguły stanowią o zakończeniu przyjaźni i chociaż w każde wakacje Gideon niezmiennie powracał do białodębowych zaułków, jego dawni przyjaciele, niegdyś kompani smokobójczych wypraw i wybawiciele przed utonięciem w lawie, stawali się coraz bardziej obcy, aż w końcu stali się ludźmi, którymi kiwa się jedynie głową na ulicy, jeśli nie zdąży się odpowiednio szybko odwrócić wzroku. W szkole Gideon nigdy nie znalazł równie ekscytujących towarzyszy - może to przez jego niechęć, a może faktycznie, tak jak zawsze twierdził, w Woodberry Forest panował duch biznesu i szaleńczy wyścig po pierwsze miejsce na listach najlepszych uczniów. To tam w spojrzeniu Gideona zaczęła pojawiać się iskra niechęci; zawsze jednak odpowiednio szybko pojawiało się coś, co dawało radę ją ugasić. Życie dopiero szykowało dla Gideona naszpicowany trudnościami punkt kulminacyjny.
Wszystko wydarzyło się na przestrzeni kilku miesięcy, tuż po tym, jak Gideon zdał swoją maturę, tuż przed obiecanym mu rocznym wyjeździe do Europy, który przez wszystkie wydarzenia nigdy nie doszedł do skutku. Najpierw urodziła się siostra Gideona, Julia. To wydarzenie było akurat najwyższym punktem kolejki górskiej i momentem, w którym na chwilę tkwi się w zawieszeniu, zanim zacznie się spadać, ale coś za coś - podczas porodu Hannah Snyder trwale straciła wzrok i chociaż podjęła wszelkie starania, by przejść nad tym do porządku dziennego, Gideon czuł, że matka nie była już tą samą osobą, co wcześniej. A czasu na dojście do siebie miała mało - miesiąc później Gideon Snyder Senior został wyprowadzony z biura w Nowym Orleanie zakuty w kajdany, oskarżony o machlojki finansowe i kontakty z mafią i umieszczony w więzieniu. Dzięki współpracy z policją skrócił swój wyrok, ale niedługo później wydał na siebie własny, wieszając się w swojej celi.
Świat Gideona upadł. Dlatego, że matka zamknęła się w swoim pokoju, a Julia od niemowlęctwa była wychowywana przez niańki. Dlatego, że od aresztowania do śmierci ojca Gideon ani razu z nim nie rozmawiał i nigdy nie zdołał zaspokoić palącej potrzeby poznania prawdy. Dlatego, że przez jedną podsłuchaną rozmowę stracił zaufanie do praktycznie wszystkich ludzi, których znał i kochał.
Nie miał zamiaru dłużej przebywać w kręgach, w których obracał się od urodzenia. Dziadkowi, który przejął kontrolę nad rodzinną firmą i który wciąż miał nadzieję, że Gideon szybko go zastąpi, pokazał środkowy palec. Nie poszedł na studia, chociaż przez to odcięto go od rodzinnego majątku. Miał to gdzieś, znalazł swoje sposoby na zarobek, które były bardziej bliskie nowemu pomysłowi na życie, samozniszczeniu. Mija siódmy rok, odkąd Gideon zaczął kusić los, by dopisał mu epilog. Bójki? Czemu nie. Nielegalne zajęcia? Jak najbardziej. Ryzykowne zabawy? Zawsze. I tak nie ma żadnego planu na swoją przyszłość.



» Przez kilkanaście lat grał na skrzypcach, teraz rzadko do nich wraca, ale od czasu do czasu mu się zdarza.
» Świetnie jeździ konno, w szkole trenował też szermierkę i tenisa.
» Kiedyś zaczął uczyć się mandaryńskiego, ale nie miał wystarczająco cierpliwości. Pamięta z niego wystarczająco wiele, żeby zaszpanować, ale na pewno nie na tyle, żeby faktycznie się z kimś dogadać.
» Dużo czyta, zwłaszcza w pracy.
» Bo w pracy nie spisuje się specjalnie dobrze, zwyczajnie mu się nie chce.
» Do kilku barów w Charlotte i Fayetteville ma już zakaz wstępu za udział w bójkach.
» Zwiedził już kilkakrotnie posterunek policji w Białym Dębie, jest jednak na tyle sprytny, że udało mu się do tej pory uniknąć jakichkolwiek poważnych konsekwencji swoich wyczynów.
» Życie z niewidomą matką nauczyło go odkładania wszystkiego na miejsce i chociaż kiedyś wiecznie tworzył wokół siebie chaos, dziś wszędzie ma idealny porządek.
» Jego siedmioletnia siostra to jedyna osoba na świecie, której Gideon okazuje ciepło. Przy Julii staje się zupełnie innym człowiekiem i bardzo pilnuje, żeby trzymać ją z daleko od życia, które obecnie prowadzi.
» Ma niezliczenie wiele blizn, większych lub mniejszych, w tym większość to nowe nabytki, a nie pamiątki z dzieciństwa. Często paraduje z podbitym okiem, rozciętą wargą albo ręką na temblaku. Nie dlatego, że jest niezdarny. Bójki w pubach (i nie tylko tam) to dla niego naprawdę chleb powszedni.
» ...bo niemal zawsze alkohol potęguje jego agresję, nawet jeśli wcale nie miał w planach jakiegokolwiek sabotażu.
» Zaczął palić na pokaz, kiedyś w ogóle nie ciągnęło go do tytoniowego dymu. Dziś skręca papierosa średnio co dwadzieścia minut, a bez przerwy na dymka staje się jeszcze bardziej drażliwy, niż zwykle.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Sponsored content




PisanieTemat: Re: You can't burn fire   

Powrót do góry Go down
 
You can't burn fire
Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
dodatkowe
 :: 
relacje
-
Skocz do: