IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 You can't burn fire

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Sob Kwi 18, 2015 9:16 pm

Córeczka tatusia, złote dziecko - tak mówili o niej wszyscy, kiedy była młodsza. Ładne sukienki z falbankami, dwa warkocze, za które nie raz i nie dwa razy została pociągnięta w akcie gorącej miłości jedenastolatków, szeroko otwarte oczy, głowa zadarta do góry i wielki uśmiech na ustach. Świergotała, kiedy się śmiała, a na zajęciach z baletu nauczycielka stawiała ją innym dziewczynkom jako przykład. Jej samotny ojciec, właściciel małej fortuny i sporej wielkości winnicy w Prowansji zawsze powtarzał jej, że jest księżniczką, a ona mu wierzyła - co innego miała robić? Żyła w swoim kryształowym zamku, podziwiając barwy migocące jak w kalejdoskopie, patrząc z rezerwą na innych jeszcze przez kilka lat.

Lekcja pierwsza
Swoją pierwszą miłość poznała pod koniec liceum. W tamtych latach wciąż była słodsza od miodu i z przyzwyczajenia patrzyła na innych z góry, chociaż jej postawie brakowało jeszcze trochę do wyniosłości. Zawsze dbała o swój wizerunek i o to, by każdy przetańczona przez nią figura była perfekcyjna. Nie kładła byle czego na swoim talerzu, by w swoim allongé wyglądać jak wierzba płacząca i nigdy nie zachwiać się przy chaînés. Patrząc w lustro, chciała widzieć filigranową księżniczkę, taką samą, która obracała się w ażurowej pozytywce stojącej na jej stoliku nocnym, którą ojciec przywiózł jej z Austrii. Myślała o sobie, że jest śliczna i on też tak myślał, chociaż wiedział, że nie należy do jej koronkowego świata i nigdy należeć nie będzie. Jego pewność siebie i regularne rysy twarzy zwabiały jednak spojrzenia - spojrzenie Elodie też. Ale nie był tym nasycony, bo jasne było jak na dłoni, że Lavelle patrzy na niego z góry - a on chciał, by kierowała na niego spojrzenie z dołu, z włosami rozrzuconymi na poduszkach. Nietrudno było mu znaleźć pretekst do rozpoczęcia rozmowy, a chociaż nosił podarte ubrania i czarną, wełnianą czapkę, Elodie z łaską obdarowała go swoim najpiękniejszym uśmiechem. Wiedział, że musi się postarać, żeby straciła dla niego głowę, tak, jak tego pragnął. Nie cofał się przed niczym. Przypadkowy dotyk, smutny uśmiech, wypowiedziany mimochodem komplement, nie do końca w zamierzeniu ukradkowe spojrzenie pełne podziwu i wiele przemilczanych słów zastygających w domyśle w powietrzu - i zakochała się w nim bez pamięci. Nie przewidział tylko, że on też się w niej zakocha. Ten związek był burzliwy, daleko mu było od perfekcji. Dramatyczne rozstania przeplatały się z łzawymi powrotami co kilka tygodni. Powodów do kłótni było wiele. To, że ona odmawiała mu swojego ciała, twierdząc, że utraci niewinność ruchów, jakże potrzebną w tańcu, albo to, że coraz częściej na jego ubraniach pozostawała mdląca woń trawki, a spojrzenie każdego poranka nosiła znamiona syndromu dnia poprzedniego. Wylewali na siebie nawzajem wszystkie swoje frustracje, ale coś sprawiało, że jedno nie mogło żyć bez drugiego. Elodie zdążyła mu jeszcze obiecać swoją rękę, zanim popełnił samobójstwo.

Lekcja druga
Należy niniejszym sprostować, że Boris, który nie pozostawił po sobie żadnego pożegnalnego listu ani najmniejszego domysłu o przyczynie tego zamachu na własne życie w umysłach bliskich, chociaż ciągle nazywany w umyśle Elodie pierwszą miłością, w istocie miłością był drugą. Pierwszą był balet i tylko on uratował Lavelle po traumatycznych wydarzeniach klasy maturalnej. Nie było czasu na pamiętanie, kiedy należało ćwiczyć développé, écarté, frappés i suivi-pas de bourrée. Jej taniec nie był już taki, jak kiedyś, nabrał ostrości i wiele w nim było desperacji, ale nikt nie miał wątpliwości co do tego, że stał się jeszcze bardziej pociągający i hipnotyzujący, co wcześniej. Tuż po ukończeniu szkoły dyrektor jednego z paryskich teatrów zdradził jej, że wkrótce ma zamiar przedstawić ją jako swoją primabalerinę. Dyrektor teatru opiekował się nią już od jakiegoś czasu i lubił powtarzać, że jest jej najgorętszym fanem i Elodie nie ma prawda uciec do nikogo innego. Elodie uśmiechała się wtedy z wdzięcznością i starała się tańczyć jeszcze lepiej, by wyciągnąć z ust jego i trenerki słowa najwyższego uznania. W ten sposób wspomnienie o Borisie wracało tylko nocami i Elodie potrafiła udawać prawdziwie szczęśliwą. Co prawda nie brylowała już w towarzystwie, większość jej przyjaźni się rozpadło, a na niesłychanie zazdrosne przecież tancerki z teatru liczyć nie mogła, bo widziały w niej przecież zbyt wielką konkurencję. Wystarczał jej ojciec i jego nowa kobieta, młoda diwa operowa wiecznie przechadzająca się po domu z lampką wina. Wystarczało jej własne odbicie w lustrze, gdy wygina się w perfekcyjnym pas de poisson. Jej występ na otwarcie sezonu przyszły zobaczyć tłumy, a scenę obsypały rzucane w wyrazie podziwu kwiaty. Jeszcze wtedy Elodie nawet kłaniając się, głowę trzymała wciąż wysoko uniesioną, patrząc w oczy ludziom w pierwszym rzędzie, pogrążonym w półcieniu i wychylających się w siedzeniach, by lepiej ją widzieć. Przetańczyła w teatrze dwa sezony jako primabalerina, do samego końca otrzymując prawie same zachwalające recenzje. W jej pokoju zawsze stały świeże kwiaty wysyłane przez wielbicieli. Aż do swojego ostatniego występu nigdy nie upadła - ale kiedy to się już stało, nie udało jej się podnieść.

Lekcja trzecia
Po operacji kolana i długiej rehabilitacji powiedzieli jej, że już nigdy nie wróci na scenę. Po upadku jej staw był poharatany, najlepsi chirurdzy sklejali go właściwie z postaci proszku, żeby chociaż mogła normalnie poruszać się na co dzień. Każdego dnia coraz mniej kwiatów zostawało w jej pokoju w szpitalu. W końcu bukiety wysyłała już tylko jedna osoba - Felippe. Widziała go kiedyś kilka razy na bankietach i za kulisami. Wiedziała, że wspierał teatr finansowo i dyrektor - który odwiedził ją w szpitalu dokładnie raz - wiele mu zawdzięczał. Tylko raz rozmawiała z Felippe i wyznał jej wtedy, że ogląda każdy nowy balet, w którym tańczy Elodie. Kiedy już kończyła rehabilitację, odwiedził ją i zaprosił na kolację. Poszła. Na jedną, na drugą i na trzecią i chociaż czuła wdzięczność i sympatię, zachowywała wobec niego bezpieczny dystans. Nie chciała nic obiecywać, skoro za każdym razem, kiedy próbowała spojrzeć na niego z większym uznaniem, widziała nagle twarz należącą wcale nie do Felippe. Ale wciąż pozwalała mu zabierać się w różne miejsca. Kiedy wyznał jej miłość i się oświadczył, sama nie wiedziała, dlaczego się zgodziła - chyba z tej wdzięczności. Była uległa i ten związek w niczym nie przypominał jej pierwszego związku pełnego skrajnych emocji. Była letnia, ale letnie było bezpieczne i tylko Felippe był z tej przyczyny niezadowolony, tak samo jak z oświadczenia, że Elodie pozwoli mu się dotknąć jedynie po ślubie - tak naprawdę nie potrafiła pozwolić zabrać mu się do łóżka, bo wciąż powtarzała sobie, że chciała, aby to Boris był jej pierwszym. Felippe znosił to, chociaż czasami wypominał jej oziębłość, której wypierała się z całych sił. Powiedziała mu nawet, że go kocha i to kilka razy, ale za każdym słowa te cierpko smakowały i Lavelle nawet nie starała się udawać przed samą sobą, że nie kłamie. Starała się w nim zakochać z całych sił, bo to on pomógł jej w powrocie na deski teatru. Może nie tak, jak tego pragnęła, bo tym razem grała w sztukach Felippe, odkrywając na nowo dźwięk podnoszonej kurtyny, ale niewątpliwie pomogło jej to w pogodzeniu się z utratą tour lent i temps lié. Zamieszkała z nim i na początku prawie czuła się szczęśliwa - ale to wszystko, co była w stanie mu dać, nie było dla Felippe wystarczające. Wciąż wypominał jej, że nie przypomina dawnej siebie, w której się zakochał. Że jest chłodna, wycofana i zawsze patrzy w ziemię, kiedy z nim rozmawia. Elodie czuła się rozczarowana, kiedy dowiedziała się o jego romansie, ale potrafiła skwitować to tylko smutnym uśmiechem i krótkim pożegnaniem, zanim spakowała swoje rzeczy i wyniosła się do mieszkania ojca. Ale przebywanie w rodzinnym domu było najgorszym wyjściem, bo koronkowy świat w którym żyła, jej kryształowy pałac już nie istniał, a ona nie była już księżniczką i nic tak dotkliwie nie przypominało jej o tym, jak jej pokój, łóżko z baldachimem i wielkie lustro na jednej ze ścian, przed którym kiedyś godzinami ćwiczyła. Uciekła do Lyonu i rozpoczęła swoje nowe, samotne życie.
Charakter & ciekawostki
Wycofana, małomówna i wiecznie uśmiechająca się smutnym, wybrakowanym uśmiechem, który na dłuższą metę prawie każdego doprowadza do szału. Letnia, prawie nigdy nie widać po niej głębszych emocji. Wycofana i uciekająca przed zbyt intensywnym kontaktem z ludźmi. Zawsze patrzy pod nogi, a mimo to często się potyka. Chowa twarz za szerokimi rondami kapeluszy i przeskakuje po brukowanych uliczkach ze zwinnością łani, wiecznie od czegoś lub kogoś uciekając. Na scenie umie być prawie każdym, ale zazwyczaj dostaje drugorzędne role i to jej właściwie odpowiada. Nie zabiega o niczyją uwagę, wręcz jej unika, ale kolekcjonuje ludzkie uśmiechy - lubi komplementować i dodawać otuchy, trzeba tylko uważać, żeby nie pomyśleć, że można zawsze na nią liczyć. Woli ciepły koc, szklankę whiskey i książkę, niż wypad do pubu. Woli sączącą się cicho z głośników muzykę klasyczną, niż dudniące dyskoteki. Często kwituje coś samym uniesieniem brwi lub jednym z szerokiej gamy spojrzeń. Jest pół-słowem kończącym rozmowę.

× Dwa razy była zaręczona, mimo to wciąż nigdy nie była z mężczyzną;
× Interesuje się głównie kulturą wysoką, rzadko docenia inną;
× Była odnoszącą spore sukcesy baletnicą, zanim nie doznała kontuzji kolana, która skreśliła jej karierę;
× Absolutnie nie potrafi gotować, dlatego zazwyczaj jada na mieście, wybierając skromne, mało zaludnione i najlepiej zacienione restauracyjki;
× Nie potrafi rozpocząć dnia bez kawy;
× Nie ogląda telewizji, nie czyta gazet i nie słucha radia, nigdy nie wie, co dzieje we Francji i na świecie;
× Mało kto widział jej mieszkanie, bo nigdy nie zaprasza do siebie z własnej woli;
× Nie pozwala robić sobie zdjęć, nie znosi tego;
× Uwielbia za to kapelusze wszelkiego rodzaju, najlepiej te o szerokim rondzie;
× Nie ma prawa jazdy, wszędzie podróżuje rowerem lub komunikacją miejską;
× Jeśli zdarzy się, że ktoś rozpozna w niej byłą primabalerinę, wypiera się tego z uprzejmym uśmiechem i szybko odchodzi;
× Nie lubi wścibskich ludzi, boi się dużych zwierząt i insektów. Kiedyś chciała trzymać u siebie w mieszkaniu kota, ale okazała się alergiczką, więc ma kanarka;
× Z powodu dawnych przyzwyczajeń nie je słodyczy;

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Sro Kwi 22, 2015 7:25 pm


    She lies like the moon lies, a different face every night,
    all but one of them false, and the one true face as barren
    and hard as stone. Why do you believe her?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Wrz 07, 2015 1:23 am

word-wrap:break-word;
max-width:100%;

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Wto Wrz 08, 2015 10:41 pm

Historia miłości jej rodziców była w jej rodzinie prawie legendą: ona, małomiasteczkowa dziewczyna, która wyróżniała się spośród innych jedynie bystrością w ciemnych oczach i grubym splotem warkocza sięgającym do pasa, on, podróżnik zza oceanu, Europejczyk zagubiony w sieci karolińskich dróg. Jemu zepsuł się samochód, ona w tajemnicy przed rodzicami dała mu schronienie w rodzinnej stodole, póki nie był znów gotowy do drogi. W końcu wyjechał, ale podróż nie była już tak słodka, kiedy w głowie pozostał obraz obijającego się o plecy warkocza i uprzejmego uśmiechu dziewczyny z White Oak - dlatego wrócił, żeby ją poślubić i wychowywać z nią dzieci.
Parker zawsze słuchała tej opowieści z mocno bijącym sercem i ciepłym uczuciem dumy - czym były przy tym księżniczki Disneya, czym baśnie i książki? - i już odkąd zaczęła rozumieć jej treść, czyli mniej więcej od dziewiątego roku życia, sama marzyła o takiej miłości. Z przekonaniem, że właśnie to ją spotka, nosiła głowę uniesioną wysoko, ale umiała patrzeć z góry na miejscowych chłopców, bijących się obłoconymi kijami po łydkach, tylko chwilami.
Miała dobre dzieciństwo. Nic nie zaburzyło jego rytmu, nic nie przesunęło też granicy wieku, w którym odkrywa się, jaki świat jest naprawdę. Uczyła się przeciętnie, z niektórych przedmiotów się wyróżniając, z innych w ostatnich tygodniach semestru wyciągając oceny. Robiła to, co wszystkie nastolatki: bawiła się, czasami wymykała się w nocy z domu, by przesiadywać ze znajomymi nad jeziorem, zdobyła fałszywy dowód osobisty, który wykorzystała tylko raz i była tamtego wieczora zbyt zestresowana, żeby się bawić, martwiła się egzaminami, kłóciła się z rodzicami i prowadziła wielogodzinne rozmowy przez telefon z przyjaciółkami. Jej zmartwienia zamykały się na godzinie policyjnej i tym, co

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Lis 09, 2015 11:40 pm





Morpheus Somnus Caulfield
ft. Gaspard Menier


    Miejsce urodzenia: chłodne przestrzenie Anchorage
    Data urodzenia: ostatni dzień roku, godziny poranne
    Wiek: dwadzieścia trzy lata wyciekły mu przez palce
    Zawód: kiedyś wyszkolony na pilota, obecnie jeszcze bez zajęcia
    Orientacja: zachwyca się kobiecymi sylwetkami
    Stan cywilny: bez żalu zaślubiony samotnej misji
    Wyznanie: oddany wyłącznie własnym ideom



Jestem słowem wyrwanym z kontekstu, zbitką twardych i syczących głosek zmuszających język do wygięcia się w nienaturalny sposób. Jestem niezręczną ciszą, która zapada, gdy żadna ze stron nie chce tak naprawdę rozmawiać. Jestem nieudaną poezją dekadenckiego twórcy składającego pokłony Tanatosowi. Niechętnie patrzę w oczy swojemu rozmówcy, nieczęsto zaszczycam zdaniem dłuższym niż oddech. Polegam na obserwacji, więc nie zadaję pytań, pozostawiając kwestię mojego zainteresowania nierozstrzygniętą. Moje mięśnie mimiczne rzadko znajdują okazję do pracy, bo pogrążam się w swoich myślach przez średnio trzy czwarte doby.
Potrafię zgadnąć, czego się ode mnie oczekuje i zachować się w sposób, który da mi przepustkę do spokoju. Umiem przywołać na twarz uśmiech, gdy to właśnie on jest moim biletem, umiem też przekonująco się śmiać, przekonująco cierpieć, płakać i godzić się z własnym losem. Nie wierz we wszystko, co mówię, jeśli nie chcesz, aby twoja uwaga została odciągnięta od tego, co tak naprawdę chcę, myślę, czynię. Uwierz we wszystko, co mówię, jeśli nie chcesz zostać moim wrogiem i toczyć bitew, w których milczenie jest orężem.
Nie potrafię nie mieć celu, choćby odległego, abstrakcyjnego lub śmiesznego. Muszę do czegoś dążyć, żeby uniknąć poczucia zagubienia, które wywołuje emocjonalną hipotermię. Nie zbaczam ze ścieżek, nie gonię jaskółek, nie zbieram kwiatów, nie podziwiam widoków. Nie darzę długotrwałą uwagą przypadkowych osób. Nie pozwolę odciągnąć się od kierunku marszu.
Kolekcjonuję wspomnienia i idee; noszę poza zasięgiem ludzkich spojrzeń, co nie oznacza, że nie ma w tym dumy. Przeżywam takie same emocje, jak każdy, tylko w ukryciu. Żałuję, kocham, nienawidzę, współczuję, obawiam się, tęsknię, cieszę się tak samo jak każdy, może nawet intensywniej, ciężko zgadnąć. Daję po sobie poznać głównie spokój, czasem złość w ramach ostrzeżenia, czasem radość w ramach zachęty. Wierzę w wiele rzeczy, na czele z samym sobą, co nie jest równe duszy zdobywcy i marzyciela. Mój świat nie jest wielki i piękny, składa się z niewielu istot, obejmuje niewiele miejsc i taki mi wystarcza w zupełności.




Odkąd pamiętam, moja percepcja zawsze unosiła się kilka centymetrów powyżej ciała. Miałem wrażenie, że jestem tylko obserwatorem swojego własnego życia; patrzyłem na swoje ręce i czynności, które wykonują z niekłamaną satysfakcją. Zaskakiwały mnie moje własne kroki, gesty, słowa i podejmowane decyzje. Słyszałem siebie z prawie identycznej perspektywy, co telewizyjny bełkot lub poranną rozmowę rodziny przy śniadaniu. Gdy mówiłem o sobie, czułem się, jakby ktoś podarował mi tożsamość, a ja wyuczyłem się jej na pamięć i z dumą recytowałem utkwione w umyśle wersety. Gdy ktoś pytał mnie, kim jestem, odpowiadałem: jestem Morpheus. Bo chyba nie wiedziałem o sobie zbyt wiele ponad to.
Spędziłem dzieciństwo w mroźnym mieście, w bardzo sennym sąsiedztwie; zima spowalniała ruchy przez dziewięć miesięcy w roku, więc żyło się tam powoli. Przynajmniej mojej rodzinie donikąd się nie spieszyło; zawsze był czas na wspólne posiłki, na rozmowy, tworzenie zdrowych więzów. W domu zawsze ktoś był obecny; jeśli nie tata, rudy dryblas z wąsem, w okularach i wiecznie wymiętych koszulach, to filigranowa mama o przenikliwym spojrzeniu i wyjątkową umiejętnością celnego strzelania ścierkami po głowie albo któreś z dwójki mojego rodzeństwa: młodsza Hestia z niekończącą się ekscytacją i niemającymi racji bytu pomysłami czy starszy Homer, pragmatyczny kujon o najszerszym uśmiechu, jaki w życiu widziałem. Miałem poczucie, że są wszystkim, czego mi potrzeba; w podstawówce nawiązywanie kontaktów nie szło mi dobrze, sklejenie wypowiedzi, która brzmiała w mojej głowie satysfakcjonująco trwało zbyt długo, żeby ktokolwiek miał cierpliwość na to czekać, a rówieśnicy już na pewno. Nie potrafiłem dotrzymać im kroku, więc trzymałem się rękawa starszego brata, jeśli był w pobliżu - jeśli nie, ukrywałem się za książką, żeby zmniejszyć frustrację swoją niepewnością i niezdecydowaniem.
W liceum szło mi lepiej; poprawił się mój refleks i konwersacja przestała być odległą, nieosiągalną sztuką. Mówiłem wciąż niewiele, ale wystarczająco, by zapoznać kilka osób z szarą fakturą swojego spojrzenia na rzeczywistość. Dwójkę spośród tych ludzi pozwalałem sobie nawet w głowie nazywać przyjaciółmi, z przekonaniem z miesiąca na miesiąc o krztynę większym.
Nikt nie przeczuwał nadejścia dnia, w którym dźwięki wystrzałów odbiją się od ścian w naszej szkole. Takie rzeczy się zdarzały w odległej od nas rzeczywistości, słyszeliśmy o tym w wiadomościach, czytaliśmy o tym w prasie, ale nigdy nie obawialiśmy się, że i nasza okolica wychowała odchyleńca, który postanowi skrócić życia przypadkowych osób.
Ale wychowała, chociaż nie dotarło to do mnie z faktem, kiedy dwie kule przemknęły ze świstem tuż obok mojej głowy. Padłem na kolana i razem z innymi czołgałem się do najbliższych drzwi, nie wiedząc, co się dzieje. Nawet nie obejrzałem się za siebie, nie dołączyłem do wykrzykiwań, nawoływań, zapomniałem imion ludzi, których chciałbym chronić. W tamtej chwili chciałem chronić tylko siebie, zezwierzęcony i upodlony, rzucony na kolana i na kilka kwadransy cofnięty w ewolucji. Obrazy przesuwały się kalejdoskopem przed oczami, echo niosło dźwięki szamotaniny, tupotu stóp i wyrzuconych w przestrzeń kul, a zostawienie tego daleko za swoimi plecami było jedyną myślą, do jakiej byłem zdolny. Podobno zanim przyjechała policja i syreny zawyły do wtóru z rannymi, minęło niecałe czterdzieści minut. Zdziwiłem się, gdy to usłyszałem, zapamiętałem upływ czasu inaczej. Od dwóch kul na stołówce do biblioteki, od zapłakanej twarzy koleżanki z klasy błagającej o pomoc do mojego milczenia, od znalezienia okna bez krat oddzielonego od ziemi nieśmiercionośną odległością do skoku i wygiętej pod dziwnym kątem kostki, od czołgania się po trawie pod trybuny przy boisku do widoku migających zza gmachu szkoły świateł zwiastujących przybycie umundurowanych wybawicieli i wyprowadzenia szaleńca do radiowozu. Dla mnie to była tylko chwila.
Leżałem pod trybunami jeszcze chwilę po tym, jak adrenalina opadła. Przysłuchiwałem się z oddali płaczom i okrzykom, mając nadzieję, że nikt mnie nie znajdzie. Złudną - znalazł mnie jeden z nauczycieli; pomagał właśnie w liczeniu żywych uczniów. Oparty na jego ramieniu, z jedną nogą w użytku, dotarłem do epicentrum. Nie chciałem słuchać, bo wiedziałem, że nie usłyszę nic dobrego. Czułem.
Jasnowłosa dziewczyna, która zawsze siedziała obok mnie na chemii i narzekała, że nigdy nie pamiętam jej imienia? Martwa. Chłopak na wózku inwalidzkim z piegami, który miał szafkę obok mnie? Martwy. Nauczycielka od geografii wiecznie namawiająca mnie do udziału w olimpiadzie? Martwa. Kapitan drużyny futbolowej, jego najlepszy przyjaciel i dziewczyna? Martwi.
Moja młodsza siostra?
Martwa.
Dowiedziałem się o tym z momentem, w którym zobaczyłem odwróconego od wszystkich Homera, zaciskającego szczęki z siłą wystarczającą by uwydatnić wszystkie ścięgna w jego szyi. Okulary dzierżył w lewej dłoni, przedramieniem zasłaniał oczy i jestem pewien, że płakał.
Zatrzymałem się w odległości, z której widziałem czarny worek pod jego stopami. Nie chciałem zaglądać do środka, nie chciałem widzieć: byłem przekonany, że gdybym spojrzał, ten obraz prześladowałby mnie do końca życia (nie miałem racji; nie musiałem patrzeć, żeby tak było).
Nie odezwałem się do brata, nie powiedziałem ani słowa. Pozwoliłem zbadać się sanitariuszom, opatrzyć swoją nogę, sprawdzić, czy nie mam innych urazów i nie mogłem pojąć, jak głupie i niepotrzebne są te zabiegi, skoro żaden z tych pielęgniarzy i tak nie mógłby mnie powstrzymać od rozbicia swojej własnej głowy o beton. Miałem ochotę to zrobić, rzucić się a ziemię, uderzać o nią czołem do nieprzytomności, wrzeszczeć, rozedrzeć sobie gardło, rozedrzeć sobie płuca. Zamiast tego pozwalałem się potrącać przez przechodzących ludzi, pozwoliłem policji zadać sobie kilka pytań, udzieliłem zdawkowych odpowiedzi, maszerowałem bez celu, okrążając wszystkich, a zwłaszcza Homera, przez, zdawałoby się, kilka godzin, póki nie zjawili się rodzice, póki nie zadzwonili po wuja, by odwiózł mnie i brata do domu, żeby oni mogli na osobności opłakać swoją córkę i wysłuchać policji.
Moim pierwszym słowem od tamtego wieczora było "amen" na pogrzebie Hestii. Kolejnym była odpowiedź na pytanie o godzinę, a po kilku dniach, kiedy musiałem wrócić do szkoły, poszło już z górki, chociaż gdy tylko miałem wybór - milczałem, zazwyczaj pogrążony w myślach. Nienawidziłem tego, że moja rodzina starała się "żyć normalnie", nienawidziłem, gdy ludzie przychodzili do mnie i mówili, że "muszę ruszyć naprzód", a tym bardziej, gdy tłumaczyli, że "powinienem dać sobie trochę czasu". Kiwałem głową, żeby nie słuchać dłużej, niż musiałem. Sam byłem pewny dwóch rzeczy:
Po pierwsze, nienawidziłem sam siebie. Dokładnie siedemnaście minut przed śmiercią mojej siostry (według raportu policji) siedziałem tuż obok niej, żeby rzucić się do samotnej ucieczki i zupełnie o niej zapomnieć na kolejne pół godziny. Zostawiłem ją za swoimi plecami. Zostawiłem ją samą sobie, nie miałem okazji wybić z głowy ratowania najlepszej przyjaciółki postrzelonej w nogę. Nie miałem okazji ściągnąć jej z trajektorii lotu kuli, a mogłem to zrobić. Dlatego nienawidziłem sam siebie.
Po drugie - nienawidziłem Jima Marienthala i całej jego rodziny, która wykarmiła mordercę i psychopatę. Wtedy jeszcze sama ta nienawiść mi wystarczała; wyklęci ze społeczeństwa, rzadko stawali mi przed oczami, więc pod tym względem mogłem być względnie spokojny.
Do czasu, gdy zebrali kolejne żniwo. Minęło niecałe pięć lat, zdążyłem odnaleźć ukojenie za sterami samolotu, zdążyłem wyuczyć się zawodu, pozbyć się bezsenności i wieść samodzielne życie, kiedy dowiedziałem się, że Homer próbował rozbić się o ziemię skacząc z wysokości, dręczony tym, z czym zmagała się cała moja rodzina. Przeżył, ale pozbawił się władzy w nogach, a we mnie obudził na nowo nienawiść: do siebie samego i Marienthalów. Sen znów mnie unikał, patrzenie na miasta z wysokości już nie łagodziło myśli. Miesiąc przymusowego urlopu, miesiąc nocnego wpatrywania się w sklepienie, miesiąc bezowocnych prób dojścia do ładu z samym sobą. Miesiąc to wystarczająco dużo czasu na przemyślenia, które przyniosły mi jeden wniosek: z duchami przeszłości należy się zmierzyć.
I to właśnie zamierzałem zrobić. Wypytywania nadały kierunek mojej drogi - Karolina Północna, małe miasteczko White Oak. Pachnące nagrzanym sianem, lasem i życzliwością miejsce, w którym Marienthalowie odnaleźli dla siebie miejsce. Podążyłem za nimi, po drodze układając plany na swoją zemstę. Ich syn psychopata i morderca był w więzieniu, nie mogłem już położyć rąk na jego losie - ale miał młodszą siostrę. Moja zginęła. Ja zamierzałem być tylko trochę łaskawszym.




» Przez dwa lata wykonywałem zawód pilota liniowego. Latałem liniami państwowymi, więc nie dało mi to okazji do zwiedzenia świata. Marzę o własnej awionetce.
» Nie rozmawiałem ze swoim bratem od pół roku; po jego skoku z dachu budynku rozmawiałem z nim dwa razy. Zrobił się równie milczący, co ja.
» Moim dziadkiem jest Robert Bates, sławny alpinista i pisarz. Jego wyprawa na K2 była porażką, ale dała mu sławę. Nieudolne zdobywanie gór to chyba domena mężczyzn z tej rodziny.
» Żyję w bałaganie; od czasu do czasu podejmuję próby zorganizowania swoich rzeczy, które kończą się fiaskiem zwykle po nie więcej niż dwóch tygodniach. Utrzymuję porządek wszędzie, tylko nie w miejscu, w którym śpię.
» Nie umiem obsługiwać żelazka, więc nawet gdy się staram, moje ubrania są wymięte i pozaginane. Nie lubię ucisku krawatów i chętnie odkładam je na bok na rzecz luźnych flanelowych koszul i znoszonych dżinsów.
» Piszę dzienniki, których zawartość nie jest przeznaczona dla obcych oczu. Kto ich tknął, wie, czym jest moja wściekłość.
» Nie utrzymuję kontaktu z rodziną, chociaż matka systematycznie wysyła mi listy, nauczona, że telefonów i maili nie odbiorę.
» Jestem w White Oak od dwóch tygodni.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Lis 09, 2015 11:44 pm





Leslie Boris Fairweather
ft. Jamie Campbell Bower


    Miejsce urodzenia: White Oak
    Data urodzenia: 31.10
    Wiek: 28
    Zawód: recepcjonista w przychodni weterynaryjnej
    Orientacja: hetero
    Stan cywilny: kawaler
    Wyznanie: katolickie



mitoman, kompulsywny kłamca × kreatywny × gadatliwy × trudno przywiązuje się do ludzi × ma specyficzne poczucie humoru × towarzyski × lubi być w centrum zainteresowania × zazdrośnik × porywczy × odważny × kobieciarz × radosny × zadufany w sobie × ekscentryczny × zaborczy × ruchliwy × łatwo rozproszyć jego uwagę × zapominalski × bywa chamem i prostakiem × uparty × ryzykant



Kiedy całe życie mieszka się pod jednym dachem z całkiem sporą grupą ludzi, trzeba nauczyć się przekrzykiwać chór głosów i trzeba przyznać, że Boris opanował to do perfekcji. Był żwawym dzieciakiem i należał do tych chłopców, którzy tarmosili warkocze koleżanek i z nudów robili zamieszanie na lekcji. Wyłamał w szkole kilka klamek, dla zakładu zjadł trzy kartki papieru, rzucał jedzeniem w kolegów i zatykał zamki w drzwiach gumą do żucia. Złamał wiele kończyn, obietnic i niewieścich serc w trakcie swojej edukacji. Uczył się słabo - nie przekonywały go dowody przeprowadzone przez Noblistów, bo teorie naukowe miał własne, poezja go nudziła, dzieląc los historii, a jego lekcja z sekcją żaby skończyła się wrzuceniem jej wnętrzności za kołnierz kolegi. Nie został, niestety, obdarzony łaską cierpliwości i nie potrafił się też koncentrować, ale jakimś cudem zawsze zdołał w ostatniej chwili obronić się przed powtarzaniem klasy. Miał dużo więcej fajnych rzeczy do roboty - gitara, dziewczyny, zakrapiane procentami ogniska i oglądanie gwiazd na dachu samochodu zaparkowanego nad jeziorem. Ostatecznie skończył szkołę - i nie dostał się na żadne studia, po czym dumnie stwierdził, że wcale mu one do niczego nie są potrzebne. Łapał się różnych prac, co miesiąc nowej i robił wszystko to, co w liceum. Wcale nie przeszkadzało mu takie życie, póki dobrze się bawił - tylko w gorsze, deszczowe dni zaczynał ciągle od nowa opracowywać wielki projekt ucieczki z White Oak do życia w wielkim mieście, ale słońce zawsze wychodziło zbyt szybko, by zdążył zrobić coś poza wybraniem celu podróży i sprawdzeniem godzin odjazdów autobusów. Można uznać, że był trochę przerażony wizją życia na własną rękę - z dala od wielkiego, rodzinnego domu, którego gwar zawsze go uspokajał, pomimo tych niezliczonych razy, kiedy narzekał przed przyjaciółmi na swoich kuzynów i rodzeństwo.


» Używa swojego drugiego imienia, bo pierwsze, jak mówi, jest pedalskie. Każdy, kto się tak do niego zwróci spłonie w pożodze jego zemsty. Łaskawie wybacza taką zniewagę jedynie rodzicom.
» Zawsze chciał mieć szczura albinosa i w końcu się takiego dorobił. Ma na imię Alaric i Boris często nosi go na ramieniu.
» Gra na gitarze i całkiem nieźle śpiewa. Kiedyś starał się założyć zespół, ale po pewnym czasie wszyscy członkowie go opuścili - nie wie, dlaczego - więc gra solo. Czasami zbiera pieniądze do kapelusza na ulicy w Fayetteville albo Charlotte.
» Nie czyta zbyt dużo, ale jeśli już czyta, są to horrory. To samo tyczy się filmów.
» Halloween to jego ulubiony dzień w roku, pomijając nawet fakt, że wtedy też wypadają jego urodziny.
» Miał kilka dziewczyn, ale nigdy nie traktował żadnej z nich poważnie. I to on zawsze był rzucany z jakichś niewyjaśnionych przyczyn.
» Lubi dobry alkohol i trochę hazardu. Mistrz pokera. Nałogowy palacz.
» Zdarza mu się spontanicznie wywołać bójkę w pubie. Do kilku miejsc w Charlotte i Fayetteville ma zakaz wstępu.
» Zasadniczo zazwyczaj, kiedy mu nudno, wszczyna jakąś kłótnię, a potem najchętniej ogląda ją z boku i zaśmiewa się do łez.
» Chodzi do kościoła tylko dlatego, że boi się tego, co może się wydarzyć, jeśli nie zobaczy go tam babcia.
» Od dwunastego roku życia odgraża się, że wyniesie się z White Oak, ale wciąż tego nie zrobił i prawdopodobnie nie zrobi nigdy.
» Każdy zawsze będzie jego zdaniem głupszy niż on sam.
» Najlepszym rozwiązaniem na zły dzień jest zostawianie hejterskich komentarzy w sieci. Poprawa humoru gwarantowana.
» Zawsze jest przesadnie szczery w wyrażaniu swoich myśli i nie praktykuje przy tym dyplomacji.
» Nie potrafi siedzieć bez ruchu, zawsze bębni w coś palcami, porusza nogą albo tańczy na siedząco.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Lis 09, 2015 11:45 pm





Lucinda Margaret Adler
ft. Freja Beha Erichsen


    Miejsce urodzenia: Charlotte
    Data urodzenia: 31.10
    Wiek: 23
    Zawód: policjantka
    Orientacja: hetero
    Stan cywilny: panna
    Wyznanie: katoliczka



Luce to kumpel, kumpel wszystkich. Idealna towarzyszka wyjść do pubu, bo słucha (zupełnie nie jak kobieta), milczy (zupełnie nie jak kobieta) i nigdy niczego nie komplikuje (zupełnie nie jak kobieta). Szczera i bezpośrednia, powiedziałbyś nawet: prosta. W sumie miałbyś rację. Kiedy jest jej źle, idzie upić się piwem i następnego dnia wszystko jest już w porządku. Nie kumuluje w sobie emocji, a przynajmniej nie wszystkie, większości od razu daje upust w ten czy inny sposób. Rzadko jednak o nich mówi, dlatego często nie potrafi ich nazwać i jeśli z jakichś przyczyn jest zmuszona, czuje się kompletnie zagubiona. Jest lojalna i opiekuńcza; za najbliższych jest w stanie oddać życie, co wcale nie oznacza, że codziennie mówi im, że ich kocha. Nie, właściwie takie słowa nigdy nie chcą jej przejść przez gardło, dlatego woli sprowokować sytuację, w której wystarczy zwykłe "ja też". Buzuje w niej gorąca krew, więc szybciej robi lub mówi, niż myśli. Nie kalkuluje, nie jest interesowna i nie zrobi dla pieniędzy nic, na co nie miałaby ochoty. Nie mówi zbyt wiele, więcej przekazuje całą gamą różnych uśmieszków, spojrzeń i układów brwi.



Ojcu, któremu zawsze marzył się syn, a skończył z dwiema córkami, trochę jednak się poszczęściło - bo chociaż siostra Luce pięknie wyglądała w sukienkach i jako dziewczynka zawsze splatała swoje długie włosy w warkocz, to Lucinda nigdy nie pozwalała wciskać się mamie w koronkowe sukienki i zawsze upierała się, by ścinać jej włosy na krótko. Zawsze miała rozbite kolana, zawsze obrywała głowy lalkom siostry, zawsze przyjaźniła się z chłopcami, zamiast bawić się w dom, wolała grać w baseball i ochoczo powtarzała za swoimi przyjaciółmi: "dziewczyny są fuj". Była żywa i energiczna, zamiast chodzić, wolała biegać, a jej matce do samej śmierci nie udało się nauczyć ją zachowywać się przy stole zgodnie z zasadami savoir vivre.
Gdy umarła, Luce miała dwanaście lat i był to pierwszy przełom w jej życiu, bo od tej pory już nie była córeczką tatusia. Na pogrzebie to siostra ściskała ją pokrzepiająco za rękę, a ojciec stał kilka kroków dalej, jakby się wyparł posiadania córek. Od tamtej pory stał się zgryźliwym starszym panem i nie pojawiał się już na meczach baseballa, które odbywały się w szkole Luce. Krzyczał więcej, niż do tej pory i często spędzał w łóżku całe dnie. Już wtedy siostra stała się dla niej najbliższą osobą we wszechświecie i kiedy poznała swojego przyszłego męża, Lucinda poczuła się trochę odrzucona. Zagryzała zęby, bo widziała, jak bardzo siostra jest szczęśliwa. Zgodziła się nawet włożyć sukienkę na jej ślub.
Do dziś Luce nie może zrozumieć, czym kierowała się jej siostra, dokonując zabiegu aborcji i tym samym, podejmując tę decyzję, rozbijając swoje małżeństwo. Wróciła do domu tylko po to, by dowiedzieć się, że ojciec ma raka mózgu i jakiś czas później popełnić samobójstwo. Tej decyzji Luce też nie rozumiała.
Została sama, miała szesnaście lat. Ojciec nie był w stanie się nią zająć, a nie miała żadnej innej rodziny. Opieka społeczna już powiedziała jej, że znajdzie się w domu dziecka, a Luce już obmyślała plany ucieczki i myślała o podróżowaniu po całych Stanach, byle do osiągnięcia pełnoletności. Pojawił się jednak Andrew. Szwagier, którego postanowiła akceptować tylko przez wzgląd na szczęście siostry, które - jak sądziła Luce - brutalnie jej odebrał, spychając na skraj wytrzymałości i w efekcie doprowadzając ją do samobójstwa, powiedział, że się nią zaopiekuje. I chociaż w pierwszej chwili Luce pomyślała sobie, że nie jest pewna, czy przypadkiem nie wolałaby już domu dziecka, przystała na to.
Ich relacja z początku była trudna, a droga do porozumienia - długa i żmudna. Nie sposób było jednak nie zauważyć, że Andrew się starał i nawet pełna wątpliwości i uprzedzeń Luce musiała to docenić. Kiedy po ukończeniu szkoły policyjnej wyprowadzała się, by żyć na własny rachunek, doszła do wniosku, że będzie tęsknić za Andym, chociaż mu tego nie powiedziała.
Teraz już od półtorej roku mieszka w White Oak i radzi sobie całkiem nieźle.




» Nie płacze. A kiedy już musi, oddala się w miejsce, w którym nikt nie będzie mógł jej zobaczyć, ale ostatnio zaszła taka potrzeba po samobójstwie jej starszej siostry.
» Uwielbia Guinessa, papierosy i rzutki, kiedy się wkurzy, potrafi przywalić całkiem mocnym prawym sierpowym, nigdy nie chodzi w sukienkach ani spódnicach, ogląda piłkę nożną i jest świetna w baseball, nie zna się na makijażu ani modzie, obcasy miała na sobie tylko podczas przymiarki w sklepie obuwniczym i była wtedy zmuszona, często chodzi w męskich ciuchach, zawsze lepiej dogadywała się z facetami - ale czuje się i jest kobietą, więc czasami kiedy jej kumple zapominają, że nie jest facetem, potrafi się zdenerwować, albo, bardziej po babsku, obrazić.
» W podstawówce wygrywała wszystkie konkursy plucia na odległość i miała swój gang, którego była szefową.
» Ma niezliczenie wiele drobnych blizn i jedną większą, przecinającą łuk brwiowy, którą widać tylko, gdy się opali lub zmarszczy brwi; jej nogi zawsze pokryte są szramami i siniakami i absolutnie nic sobie z tego nie robi.
» Najbardziej babskie buty, jakie posiada, to sandały.
» Nie ma pojęcia, jak odróżnić kobaltowy od indygo, seledynowy od zgniłozielonego albo łososiowy od amarantowego.
» Dużo przeklina i posługuje się dosyć prostym językiem, chociaż jakby się jej zachciało, mogłaby uchodzić za bardziej oczytaną. Ale nie chce, lubi swoje prostackie zwyczaje.
» Zastanawiała się nad karierą wojskową, ale jej największym marzeniem było zostać agentką FBI i dlatego zdecydowała się na szkołę policyjną. W sumie nadal marzy o takiej ścieżce kariery.
» Nie lubi warzyw, woli mięso. Boczek uznaje za ambrozję.
» Nie widzi sensu w wydawaniu pieniędzy na fryzjerów, więc zazwyczaj ścina sobie włosy sama, co prowadzi do tego, że jej fryzura wygląda jak strzępy. No ale co z tego?
» Lubi filmy wojenne i seriale detektywistyczne, kreskówki, komiksy Marvela i DC Comics, gry komputerowe - zwłaszcza strzelanki, a także książki, w których są jakieś intrygi.
» Łatwo ją zwieść, odwołując się do jej kobiecości i traktując ją jak dziewczynę, bo ma dość facetów zapominających o tym, że jednak ma cycki.
» Nie mów do niej inaczej, niż Luce - nigdy Lucy albo Lucinda. Nigdy. Serio.
» Nie jest głęboko wierząca, ale zdarza jej się wpaść do kościoła. Zdarza jej się nawet czasem wyspowiadać.
» Trudno o większe artystyczne beztalencie od niej; chociaż ma całkiem przyjemny, niski, mruczący głos, zupełnie brak jej słuchu muzycznego, jedyne, co potrafi narysować, to patyczako-ludzi i słonia od tyłu, w tańcu wygląda, jakby zupełnie nie miała koordynacji ruchowej, a kiedy stara się napisać coś innego niż raport, wypada to co najmniej żałośnie.
» Jeździ pickupem, którym opiekuje się sama, nie potrzebuje usług mechanika, póki nie wydarzy się coś poważnego.
» Ma bernardyna, którego nazwała Robbie.
» Należy do tych osób, które całe sztywnieją, gdy ktoś stara się je przytulić i ograniczają swoją odpowiedź do lekkiego, niezręcznego poklepania po plecach.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pon Lis 09, 2015 11:46 pm





Audrey Ophelia Hendrix
ft. Kate Harrison


    Miejsce urodzenia: Biały Dąb
    Data urodzenia: pierwszy dzień zimy dziewięćdziesiątego siódmego roku dwudziestego stulecia
    Wiek: oczekuje na tort z osiemnastoma świeczkami
    Zawód: wyprowadza psy sąsiadów
    Orientacja: wzdycha do chłopców
    Stan cywilny: polny kwiatek
    Wyznanie: modli się czasem do duchów gwiazd, lasu i jeziora



Przez przekonanie, że w realnym świecie przeznaczone jest dla niej niewiele miejsca, stworzyła swój własny. Często przebywa samotnie i nauczyła się wybierać ten stan, by nie musieć znosić po raz setny oglądania pleców. Cztery ściany pokoju na poddaszu stały się jej twierdzą, w której wszystko jest możliwe; nieliczne momenty spokoju i odprężenia przychodzą wtedy, gdy swoim małym, domowym planetarium wyświetla na suficie konstelacje, kładzie się na podłodze, przykrywa kocem i podąża spojrzeniem za migocącym światłem. Czyta ogromne ilości książek, przy czym jej ulubionymi stały się te dekadenckie, tanatyczne, pełne odważnych myśli, bystrego spojrzenia na rzeczywistość i mocnych słów dzieła, prowadzące po ścieżkach samopoznania. Niektóre z nich wyryła mocno na wewnętrznej stronie swojej czaszki. Powtarzanie ich wciąż na nowo daje jej poczucie, że jest silna, że jest wojowniczką.
Ale wcale nie jest; jest pełna trwogi i płochliwa jak sarna, kiedy tylko przyjdzie jej się zmierzyć z ludźmi. Nawet, gdy ktoś uśmiecha się szczerze i bezinteresownie, Audrey zaczyna z miejsca wróżyć rychłą katastrofę, widzi konspirację i chwyty poniżej pasa tam, gdzie ich wcale nie ma. Niełatwo jest jej zdobyć się na zaufanie, niełatwo jest otworzyć podwoje do swojego prywatnego świata. Ktoś, kto chciałby się tam dostać, musi przeczekać, aż kilka razy drzwi uchylą się i gwałtownie zamkną tuż przed nosem. Chwała tym, którzy mają w sobie wystarczająco cierpliwości, aby nie zniechęcić się od razu. Ta cierpliwość będzie im potrzebna na przestrzeni całej znajomości z Audrey.
Czasami jest wciąż małą dziewczynką, zwłaszcza wtedy, gdy zaszywa się nad jeziorem i godzinami brodzi w płyciźnie, opowiadając sobie samej dialogi, które jej zdaniem prowadzą ze sobą drzewa albo gdy sama sobie śpiewa do snu kołysanki. Dzieciństwo zatrzymuje przy sobie z premedytacją, pełna przekonania, że jest bezpiecznym stanem, w którym chciałaby znajdować się całe życie. Wylatywanie z gniazda pod każdym względem wydaje się przerażającą perspektywą.



Jej pierwszy krzyk rozdarł powietrze pełne gęstej atmosfery, a ręce, które ją trzymały, wręczyły ją ochoczo komuś innemu. Ten drugi uścisk był mocniejszy, pewny i opiekuńczy - był to uścisk jej ojca, Charlesa, który przygotował się do roli, jaką przyszło mu odegrać, zaskakująco szybko. Ustatkował się tylko dla Audrey, chociaż nigdy nie podejrzewałby sam siebie o to, że kiedykolwiek ze spokojem i świadomie przyjmie na siebie jakąkolwiek odpowiedzialność. Córka stała się ważniejsza od sączenia piwa, seansów baseballa w pubach z przyjaciółmi i oglądania się za kobietami. Wieczorami, zamiast przesiadywać w ciemnych i dusznych salach pobliskich barów, przyglądał się śpiącemu dziecku, mając wrażenie, że przestanie ono oddychać, kiedy tylko oderwie wzrok. To poczucie wcale nie znikało, kiedy Audrey rosła. Zawsze była otoczona opieką i starannie doglądana; specjalnie przeniósł się z pracą do domu, żeby stale mieć oko na swoją pociechę.
Drobna i ciemnowłosa dziewczynka miała energię trzech galaktyk i śmiech odbijający się echem od ścian. Nigdy nie przestawała zadawać pytań, jednego bardziej abstrakcyjnego od drugiego, zapętlających się w nieskończoność. Cokolwiek było pod ręką, musiało przejść test jakości jej krótkich palców i ciekawskich oczu. Szybko się uczyła, była pojętna, była chętna, była pełna werwy.
Charles nie miał pojęcia, co się wydarzyło, że po kilku tygodniach w szkole, właściwie z dnia na dzień, przestała taka być. Stwierdził, że odpowiedzi należy szukać u lekarzy i sądził, że taką otrzymał: przy badaniach krwi ujawniła się anemia. Łatwo było mu odetchnąć, sądząc, że balast nieświadomości został zdjęty z jego pleców. Nie mógł wiedzieć, co tak naprawdę powodowało u Audrey utratę dwóch z trzech galaktyk. Gdy nauczycielka na spotkaniu w szkole wspominała o wyobcowaniu dziewczynki, odpowiedź miał gotową: anemia. Gdy sąsiadka dziwiła się, że Audrey nie bawi się już z jej córkami, odpowiedź była prosta: anemia. Gdy dziewczynka wracała do domu ze smugami na twarzy i zapuchniętymi oczyma, odpowiedź nasuwała się sama: anemia. Gdyby wiedział, jak bardzo jest ślepy, byłoby mu za samego siebie niesamowicie głupio - ale wiedzieć nie mógł, bo Audrey przez wszystkie lata nie pisnęła ani słówka.
Dzieci przestały się do niej odzywać, bo on powiedział wszystkim, że Audrey ma wszy. Nauczycielki martwiły się jej zachowaniem, bo on poskarżył się na nią, chociaż to wcale nie ona pociągnęła koleżankę z ławki przed nią za warkocz. Wracała do domu z płaczem, bo on znów schował jej rzeczy w szkole i musiała ich szukać kilka godzin po zakończeniu lekcji. Audrey nie miała pojęcia, co takiego zrobiła, że sobie na to zasłużyła i chyba po jakimś czasie nawet zaczęła wierzyć, że po prostu jest nieudana i faktycznie nie ma po co z nią rozmawiać.
Przez kolejne lata uodporniła się trochę, ale on wytoczył przeciw niej ciężką artylerię, na którą nie była już przygotowana. Chowanie rzeczy, wywracanie na nią tacy z lunchem, wredne liściki czekające na nią w szafce - to była w stanie znieść. Któregoś razu usłyszała o sobie jednak nieprawdopodobne rzeczy; w łazience dziewczyny rozmawiały o tym, że podobno pozwoliła "pójść na całość" chłopcu, z którym tylko przez chwilę rozmawiała tydzień wcześniej. Nie musiała długo kalkulować, żeby domyślić się, że za plotkami też stoi on. I to też byłaby w stanie wytrzymać, gdyby kolejna z rzędu - o tym, że ponoć wpadła, ale dokonała aborcji - nie doszła do uszu jej ojca.
Charles wierzył w nią zawsze całym sercem, ale nie był w stanie uwierzyć, gdy Audrey mówiła, że to nie jest prawda, a za jej złą famą stoi demon, który prześladuje ją od zawsze. Emocje poniosły go do tego stopnia, że temu Bogu ducha winnemu chłopcu, którego największym grzechem był uśmiech skierowany w jej stronę, złamał nos w napadzie ojcowskiej zaborczości. Nie było od tej pory szans, żeby ktokolwiek w WO nie znał siedmiu wersji całej historii, która nigdy nie miała miejsca, a Audrey trudno było patrzeć w oczy komukolwiek z miasteczka, z Charlesem na czele. Jemu też coraz ciężej patrzyło się na córkę, zwłaszcza gdy był przekonany o tym, że z pełną świadomością zabiła jego wnuka. Dziewczyna nie miała nawet siły wyjaśniać mu, jak wielka jest jego pomyłka. Napięcie, które między nimi zapadło, było nie do zniesienia dla obojga. Wkrótce Charles stwierdził, że przyjmie propozycję pracy w Chicago, a Audrey odda pod opiekę swojej matce - skoro jego wychowała dobrze, to może i swoją wnuczkę zdoła naprostować.
Nie wyszła nawet z pokoju, żeby się z nim pożegnać, kiedy spieszył się na samolot.
Trudno było przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego i Audrey nie udało się to do końca. Chodziła z wzrokiem wbitym w ziemię, uciekała przed jakąkolwiek rozmową, a gdy na horyzoncie pojawiał się on, chowała się w najgłębszy kąt, jaki zdołała znaleźć.
Wieść o jego wyjeździe była najszczęśliwszym od dawna momentem w jej życiu.



» Astronomia, zwłaszcza pojmowana nie tyle jako nauka, co mistyka, jest jej wielką pasją; jest w stanie wskazać na niebie wszystkie konstelacje, jest też głęboko przekonana, że odczytywanie przyszłości z gwiazd jest możliwe, a także, że ustawienie planet ma przeogromny wpływ na to, co dzieje się na Ziemi;
» Uwielbia zwierzęta, a więc i swoją pracę, bo zajmuje się wyprowadzaniem psów sąsiadów; dzięki temu ma nienaganną kondycję;
» Większość dochodów wydaje na książki, których kolekcję ma imponującą; najchętniej czyta Baudalaire'a, Rimbauda, Szekspira i Wilde'a, uwielbia również Verne'a, Orwella i Salingera;
» Nigdy w życiu nie miała chłopaka, ani nawet się nie całowała;
» Interesują ją mitologie, na czele ze słowiańską;
» Stara się trzymać pająki, ćmy i inne insekty na odległość, ale w prawdziwą panikę wpada dopiero, gdy jest ich całe mrowie;
» W dzieciństwie sporo chorowała, ale dzięki temu teraz jest okazem zdrowia i rzadko kiedy choćby siąka nosem;
» Kiedyś za zaoszczędzone pieniądze kupiła sobie domowe planetarium, jej zdaniem to dużo lepsza rozrywka od telewizji; teraz oszczędza na teleskop;
» Nie poznała swojej matki, dla ojca była ona tematem tabu - przez to w postrzeganiu Audrey obrosła niemal w mit; dziewczyna rozważała przeróżne teorie na temat tego, dlaczego nie dane było jej zobaczyć swojej rodzicielki, a jej obraz jest, jak łatwo się domyślić, wyidealizowany do granic możliwości;
» Nigdy nie zapaliła papierosa, a z alkoholem miała kontakt tylko dzięki bombonierkom;
» Wierzy w przeróżne dziwne rzeczy, takie jak to, że drzewa, strumienie, jeziora, gwiazdy i kamienie mają dusze i ze sobą rozmawiają, że duchy istnieją, że każdy ma swojego anioła stróża albo że jeśli przytrafiają nam się złe rzeczy, to znak, że w poprzednim życiu byliśmy kimś złym;



. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Lip 15, 2016 10:14 am

Naucz mnie, naucz mnie od nowa!


[spoil] [/spoil]

OPIS:
    Poszukuję dla Elodie kogoś - roboczo nazwijmy go Panem X - kto jej przypomni, jak to jest mieć emocje! W pierwszej kolejności według mojej wizji jest to irytacja i złość, dopiero później przywiązanie i jeśli dobrze pójdzie - miłość. Elodie jest teraz na tyle wycofana, że to Pan X będzie musiał wyjść z inicjatywą zawarcia znajomości. Według mojej wizji zacznie się od zaczepek, docinków i złośliwości, które Lavelle najpierw będzie starała się zbywać milczeniem, ale nieustępliwość Pana X doprowadzi do tego, że w końcu coś w niej pęknie. I chociaż wydaje jej się, że spokojne i monotonne życie to coś, czego teraz potrzebuje, wbrew sobie uzależni się od uczuć, które Pan X w niej budzi i zacznie sama szukać jego towarzystwa, chociaż prędzej by umarła, niż się do tego przyznała.
    Nie chcę, żeby to była prosta znajomość i żeby wszystko poszło gładko, nawet od momentu, kiedy pojawią się uczucia czy nawet tego, w którym Elodie się do nich przed samą sobą przyzna. Liczę na dużo, dużo dram, im więcej, tym lepiej!


    - Postać może być zarówno nowa jak i istniejąca i uwikłana w inne dramy. Jak już wspomniałam, im więcej tym lepiej, więc żony czy też narzeczone mi niestraszne. Nie wymagam wyłączności, chociaż nie ukrywam, zależy mi na tym, żeby uczucia Elodie nie były jednostronne i żeby nie była to platoniczna znajomość!

    - Najlepiej by było, żeby postać miała od 27 lat w górę, równolatkowie też stykną. Wygląd jest mi zupełnie obojętny, ale jeśli postać miałaby się stworzyć, to chętnie z szukaniem pomogę i podpowiem, kogo lubię, a kogo nie! Jeśli postać już istnieje, to na luzie mogę zacisnąć zęby i jakoś przetrzymać mordę, która mi nie do końca odpowiada, o ile ma się nam dobrze grać. Nawet udam, że jest spoko Laughing

    - Iiii, co jeszcze... No, fajnie by było, gdyby się obyło bez uciekania bez słowa, bo uciekanie z uprzedzeniem mogę ewentualnie jakoś przeżyć (chociaż wolałabym nie musieć). Ja raczej nie jestem typem takiego chamskiego uciekiniera, więc no. Gwarancji nie ma bo nie ma, bo jestem nowa na forum, ale w razie czego w sumie łatwo mnie znaleźć i dojechać, więc są opcje zemsty Laughing

    - Liczę na zgrabne posty i wychodzenie z inicjatywą w grze. Na długości mi nie zależy, bo lepiej krócej i częściej, niż wyjeżdżać z epopejami raz na miesiąc, prawda? (aczkolwiek przy pełnej emocji grze zdarza mi się rozpisać, sorry not sorry).

    - Nie chcę niczego w tej fabule narzucać i nowe pomysły naprawdę mile widziane, nawet jeżeli miałyby trochę kolidować z pomysłem opisanym wyżej. Zakładam, że będziemy we dwójkę nad wszystkim myśleć + od czego jest spontan?

    - Generalnie maks mi zależy na tej relacji, bo bez niej za bardzo nie ruszę nigdzie z postacią, więc POKOCHAM za zrobienie jej i mogę zostać prywatnym murzynem od avatarów i podpisów w razie czego (chociaż nie teraz, bo mój komputer statek-matka jest w naprawie, ale jak wróci, to będę na każde zawołanie, aj promys!!!).

    ZAPRASZAM NA PW <3


[align=center]AKTUALIZACJA: 08/07/2016[/align]

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Mulberry White

avatar

Liczba postów : 224
Age : 23
Skąd : Brighton

PisanieTemat: Re: You can't burn fire   Pią Mar 17, 2017 8:00 pm




Nina Marie Langdon
ft. Teresa Oamn



Miejsce urodzenia: Chicago
Data urodzenia: 2.12
Wiek: 19
Zawód: czarna owca w rodzinie
Orientacja: hetero
Stan cywilny: panna
Wyznanie: katolickie



× głośna × energiczna, ale przy tym swoją energię najczęściej marnuje na prokrastynację, a nie pracę × stanowcza × cyniczna × wygadana × obrażalska × zazdrosna × emocjonalna, ale w ogóle nie ogarnia swoich uczuć i najczęściej się ich wypiera × charyzmatyczna × odważna × lojalna × prawdomówna × towarzyska × kąśliwa × dużo narzeka, często tylko dla zasady × wolny duch × pewna siebie × potwornie lubi stawiać na swoim ×



Kiedyś moja matka mieszkała w White Oak, urodziła się tu, wychowała, a jakoś tuż po osiągnięciu pełnoletności wyjechała. Pewnie chciała uciec od mojej babci, która jest bardzo stanowczą kobietą i już sobie wyobrażam, jak musi wyglądać wychowywanie dziecka w jej wykonaniu. Mama wylądowała w Chicago. Nie poszła na studia, została kelnerką i dosyć szybko wyszła za mąż za mojego ojca. Nie znam go. Tuż po moich urodzinach wylądował w więzieniu. Upierał się w sądzie, a potem za każdym razem, kiedy go odwiedzałam, że został wrobiony przez mafię, z którą konszachty były jego jedynym grzechem. Czy mówił prawdę? Nie wiem. W każdym razie dostał dwadzieścia pięć lat odsiadki i widywałam go tylko kilka razy w roku. Mama niechętnie mnie do niego przyprowadzała, mówiła, że powinnam znać swojego ojca, nawet jeśli jest recydywistą. Pewnie bała się, że kiedyś sama będę starała się go znaleźć i doznam szoku. W gruncie rzeczy, to by była racja.
Mniej więcej tuż po tym, kiedy zapuszkowali mi ojca, mama wysłała mu do więzienia papiery rozwodowe i znowu stała się wolną kobietą. Czy była dobrą matką? Cóż, ja nie narzekałam, bo na wiele mi pozwalała. Chyba było jej wygodniej, kiedy byłam poza domem, chociaż nie ulega wątpliwościom, że o mnie dbała, interesowała się moimi ocenami i tak dalej, być może po prostu ufała mi wystarczająco, żebym nigdy nie dostała szlabanu. Mówiła tylko, o której mam wrócić i tyle, ale jeśli się spóźniłam, to afery nie było, zwłaszcza że zazwyczaj nie było jej w domu, kiedy wracałam, bo miała nocną zmianę albo już spała. Więc hulaj dusza. Korzystałam z tej wolności jak się dało. Może nie lądowałam z głową w kiblu, w sumie nigdy nie upiłam się tak, żeby musieć poruszać się na czworaka, od narkotyków też trzymałam się z daleka - chyba że zaliczymy do nich marihuanę. Bez przesady, do piętnastego roku życia nie zdążyłam się jakoś szczególnie zdemoralizować. Przygody z jointem też zaczęły się później.
Piętnasty rok mojego życia był punktem zwrotnym, bo wtedy mama poznała Rusa. Rus wydawał się być całkiem w porządku. Póki z nami nie mieszkał, nie mogłam szczególnie na niego narzekać. Ale potem się wprowadził, a mama była wystarczająco w nim zakochana, żeby zgodzić się za niego wyjść, więc wkrótce Rus stał się moim ojczymem. Nie jestem typem dziewczyny płaczącej na ślubach, ale na ślubie mamy przełykałam łzy, bo do tej pory zdążyłam już go znienawidzić. Coś po prostu było w nim nie tak, coś, co trudno jest nazwać i określić - ale było i nie dało się temu zaprzeczyć, jeśli akurat nie było się w nim tak beznadziejnie zakochanym, jak mama. Nie dało się jej wmówić, że ten rycerz na białym koniu ma jakiekolwiek wady.
Płakałam na tym całym cholernym ślubie, bo przeczuwałam, że nic już nie będzie takie samo i miałam rację. Rus okazał się być kompletnie walnięty, ale, co gorsze, interesował się moim wychowaniem dużo bardziej, niż mama. Nie, to w sumie nie jest cała prawda. Nie interesował się moim wychowaniem, raczej po prostu chciał ustawić mnie do pionu, a najlepiej w ogóle się pozbyć - jak się okazało, nienawidził mnie równie mocno, jak ja jego. Na mamę miał ogromny wpływ. Wkrótce mój dom zamienił się w Alcatraz. Była godzina policyjna, sprawdzanie wiadomości na telefonie, odwożenie i odbieranie ze szkoły, dzwonienie co godzinę, żeby sprawdzić, gdzie jestem. Kiedy przez szesnaście lat życia było się przyzwyczajonym do kompletnego luzu, to był kompletny szok. Co najlepsze, wtedy dopiero zaczęło mnie najbardziej ciągnąć do robienia złych rzeczy. Bo nie, nie jestem osobą, która się łatwo podporządkowuje, a już na pewno nie komuś takiemu, jak Rus.
Szybko odkryłam, że szczere rozmowy z mamą o całej tej sytuacji nie mają sensu, bo i tak stawała po stronie swojego męża. Nie dało się zrobić nic, żeby wszystko wróciło do normy, więc uznałam, że w takim wypadku jedyne, co mogę zrobić, to po prostu postępowanie po swojemu. Zrobiłam sobie kolczyk w chrząstce - przez prawie miesiąc nie mogłam nigdzie wychodzić. Uciekłam z domu na trzy dni - miesiąc zamienił się w dwa miesiące. A potem zrobiłam sobie tatuaż i okazało się, że moja taktyka może źle się dla mnie skończyć, bo Rus zwyczajnie mnie uderzył. Nie, nie raz, uderzył mnie kilkukrotnie. Mamy nie było wtedy w domu, kiedy wróciła, za nic nie chciała uwierzyć, że mówię prawdę, nawet kiedy pokazywałam jej siniaki. Uznała, że chcę się pozbyć ojczyma, bo go nie lubię. Dodała coś jeszcze o tym, że myślę tylko o sobie i się na mnie obraziła.
Nie wytrzymałam. Wzięłam plecak, spakowałam się i znowu uciekłam z domu - ale tym razem nie poszłam po prostu do koleżanki, wychodziłam z domu naprawdę nie chcąc i nie mając zamiaru tam wracać. Pojechałam autobusem na obrzeża miasta i złapałam stopa. Miałam zamiar pojechać do babci, do White Oak. Wiedziałam, że być może to było głupie, bo jeśli już odwiedzałyśmy z mamą babcię, zawsze leciałyśmy samolotem, żeby nie tkwić kilkunastu godzin w samochodzie. Bardzo dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że to kawał drogi i pewnie nie uda mi się pokonać tego dystansu zbyt szybko.
Zajęło mi to tydzień. Kilka dni dłużej, niż planowałam, ale mama z Rusem zgłosili moje zaginięcie i szukała mnie policja w całym Illinois. Poza tym siedemnastolatka samotnie podróżująca stopem po Stanach Zjednoczonych w trakcie semestru pewnie jest dosyć podejrzanym widokiem. Ale od Ohio poszło już z górki. Zapukałam do drzwi domu rodzinnego domu matki cała brudna, śmierdząca i głodna, a na mój widok babcia podniosła wrzask chyba na całe miasteczko, bo naturalnie została powiadomiona o moim zaginięciu. Już następnego dnia w White Oak zjawił się Rus - sam, bo mama musiała pracować - i po dziś dzień dziękuję, że tak się stało, bo gdyby i ona przyjechała, pewnie musiałabym wrócić do Chicago. Całe szczęście babcia też nie pałała sympatią do swojego nowego zięcia. Na widok mojej reakcji na niego oraz jego reakcji na mnie oznajmiła, że Rus może się wypchać, bo ja nigdzie z nim nie pojadę, a potem zadzwoniła do mamy i poinformowała ją, że pomieszkam przez jakiś czas w WO. "Jakiś czas" okazał się trwać prawie trzy lata. Skończyłam tutejszą szkołę, ciągle odkładałam pójście na studia, przewinęłam się przez trzy miejsca pracy. Moja babcia ledwo mnie już znosi i zapowiada się, że jeszcze trochę się przeze mnie nacierpi.
Bo dwa tygodnie temu zaszłam w ciążę. I kompletnie nie wiem, co teraz zrobię.



» Rysunek i malowanie jest jej wielką pasją, w szkolnym plecaku zawsze ma szkicownik wypełniony rysunkami przypadkowych ludzi, a palce często ubrudzone grafitem;
» Czasami zdarza jej się też latać z aparatem, ale już mniej zapamiętale;
» Jej ojciec jest w więzieniu, odsiaduje dwadzieścia pięć lat za morderstwo, którego, jak się zarzeka, nie popełnił. Nina odwiedzała go z matką, kiedy jeszcze mieszkała w Chicago i faktycznie trudno wyobrazić go sobie w roli bezwzględnego mafiozy;
» Zdarza jej się przeklinać swój typ urody, bo naprawdę ciężko jest wmówić ludziom, że ma się dwadzieścia jeden lat, kiedy chce się kupić fajki albo alkohol;
» Często przeklina, jej ulubioną obelgą jest "chujogłowy", a najczęściej powtarzaną frazą "w dupie ci/wam/mu/im się poprzewracało";
» Unika aparatów, bo na zdjęciach zawsze wygląda, jakby ktoś jej groził bronią;
» Ma prawo jazdy, ale jeździ jak ciota;
» Wciąż zdarza jej się narzekać na wieś, bo większość życia spędziła w Chicago; jeśli jej coś nie wychodzi, miasteczko będzie pierwszą rzeczą, na którą zwali winę;
» Stara się śmiać z gracją i godnością, ale kiedy już prawdziwie i otwarcie wybucha śmiechem, brzmi jak psychopatka albo umierająca lama;
» Lubi za duże, męskie koszule, najlepiej flanelowe;
» I starszych od siebie facetów;
» Słucha dosyć alternatywnej muzyki - Crystal Fighters, Funeral Suits, Friska Viljor, Eagels of Death Metal, The Doors i The Neighbourhood to jej ulubione zespoły;
» Jej śpiew brzmi, jakby ją torturowano, ale ona zdaje się tego nie słyszeć;
» Łatwo ją sprowokować i namówić na najdurniejsze akcje;

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

HELP
all what I need
Haru™ Sourcecode
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://art-academy.forumpl.net/t523-willow-i-nessmann http://art-academy.forumpl.net/t558-let-me-be-closer http://art-academy.forumpl.net/t617-wierzbowy#3309 http://art-academy.forumpl.net/t106-pokoj-3-felicity-lancaster-willow-i-nessmann
Sponsored content




PisanieTemat: Re: You can't burn fire   

Powrót do góry Go down
 
You can't burn fire
Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
dodatkowe
 :: 
relacje
-
Skocz do: